Akademia – czyli każdy ma swój Wołomin

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Genia. Każdy kto ma cokolwiek wspólnego z naszą literaturą wie o kim mówię. W roku 1945 do Zofii Nałkowskiej przyszła dziewczyna ze wsi, szukała pracy domowej. Nie umiała ani czytać ani pisać. Pisarka posłała ją do szkół, dzisiaj każdy kto usiłuje dotrzeć do Nałkowskiej natrafia na Genię, bez niej, jak mówią wtajemniczeni, „mucha nie siądzie”. Umieszczona za fotelem pisarki całuje ją raz po raz w głowę, słucha i ocenia nowe teksty autorki „Medaljonów”. Gdy słucha czegoś ładnego, od razu płacze. Gdy w pierwszych lalach po wojnie peeselowska „Gazeta Ludowa” piórkiem maczanym w jadzie opryskiwała pisarkę, Genia na własną rękę konfiskowała pismo by ono nie dostało się do rąk atakowanej. „Tylko niech pan i aby nic nie mówi – zaklinała nas wszystkich po kolei, może się nie dowie”. Razem z autorką dwudziestu kilku książek napisanych na przestrzeni pięćdziesięciu lat Genia na pewno wejdzie do literatury, skąd po wsze czasy przyciągać będzie oczy wszystkich tych, którzy cenią piękny przymiot natury ludzkiej – wierność. My dzisiaj uczcijmy to dziecko ludu dobrym słowem za to wszystko, co robi dla naszej pisarki.

Pewnego dnia Genia wyłudziła ode mnie obietnicę udziału w Akademii, w której miała także uczestniczyć jej wychowawczyni. Odłożywszy słuchawkę, nie mogłem pojąć jak się to stało, zwykle bowiem twardo odmawiam tak, że już mnie nawet nie proszą. Jeszcze w okresie łódzkim przyjaciele wmówili mi, że nie znoszę występów, i chociaż podczas nielicznych wieczorów stwierdzałem coś wręcz przeciwnego, że lubię klimat widowni, lubię oddech tłumu – od tamtej pory stale twardo odmawiam i w wymawianiu się od publicznych występów wykazuję tyle siły woli, ze to mnie samego zaskakuje.

W dwa dni później, w niedzielne popołudnie niepodobne do żadnego innego, stawiłem się u Zofii Nałkowskiej. Zastałem ją przy wertowaniu tekstów; szukała czegoś stosownego na Akademię. Autorka dwudziestu kilku książek denerwowała się jak debiutantka, jak gdyby opinia pokoleń zależała od jej dzisiejszego wystąpienia. Wołała, że nie ma nic, że nic dotąd nie napisała. Przyjmując od Geni coraz nowe teksty, słuchając coraz to nowych propozycji, orzekała że to nie to „że musi być o walce, a nie o cierpieniu bo to był człowiek walczący, bohater”. Każdego dnia artysta jest taki sam, jak pierwszego. W końcu bez przekonania, pisarka zdecydowała iż odczyta utwór „W ciemności”.

Zeszliśmy na dół: w samochodzie czekał już Władysław Broniewski, ulubiony poeta robotników polskich. W trójkę – troje pisarzy z trzech generacyj – mieliśmy reprezentować literaturę na Akademii w Wołominie, dwadzieścia kilometrów pod Warszawą.

Za rogatkami miasta utonęliśmy w mrocznej głuszy. Wszystkie źródła życia wokoło nas zdawały się być potopione, jechaliśmy pod nieistniejącym niebem, wśród nieistniejących pól, istniały jedynie drzewa, światłem naszych reflektorów oblewane życiem i przywrócone życiu. Czuliśmy chłód ziemi.

Dopiero przed samą szóstą znaleźliśmy się pod wołomińskim technikum szklarskim. Stało tam już kilka maszyn warszawskich. Obszerna kwadratowa sala była nabita ludźmi. O szóstej uroczystość otwarto, przywitano imiennie gości z Warszawy. Nałkowskiej ani Broniewskiego nie przywitano, widocznie nie takich pisarzy gości u siebie Wołomin co niedzielę. Referat polityczny wygłosił ładnym starannym językiem jeden z warszawskich towarzyszy. Po referacie zapowiedziano część artystyczną.

Antoni Słonimski opowiadał kiedyś, iż w Pafawagu we Wrocławiu, początek części artystycznej oznajmiono po wystąpieniu warszawskich poetów z wierszami. Zatem mogło być gorzej. Znaleźliśmy się więc w części artystycznej, Władysław Broniewski i ja, Zofia Nałkowska doszła ostatecznie do wniosku że „W ciemności” nie nadaje się do odczytania i pozostała na sali.

Broniewskiego i mnie zaprowadzono do pokoiku za sceną, gdzie zebrała się „część artystyczna”: stąd każdy w swojej kolejności miał ruszyć po laury. Zastaliśmy tu pulchną ładną skrzypaczkę, uczennicę konserwatorium, jeszcze młodszego od niej pianistę o oczach jak płomień wśród nocy. Chłopiec wrócił niedawno z Francji. Zostawił tam rodziców, emigrantów z trzydziestego dziewiątego roku; wybrał nas. Dalej zastaliśmy aktorkę z Teatru Polskiego, która miała recytować Majakowskiego i Lewina; była najwięcej zdenerwowana i twierdziła, że nie ma trudniejszej rzeczy na świecie jak recytować wiersze. Do ekipy należała także nieduża, trochę wystraszona śpiewaczka w czerwonym sweterku, który zdejmowała i wkładała naprzemian. W przeciwieństwie do innych, którzy denerwowali się skrycie, śpiewaczka denerwowała się jawnie.

Poczułem się jak straganiarz, którego wezwano by pokazał swój majdan; myślę że nie tylko ja jeden tak się czułem, bywają sytuacje silniejsze od człowieka. Pośród tej trzódki krążył towarzysz z miejscowej huty, który miał nas zapowiadać; ubrany był na czarno z czerwonym krawatem, głowę nosił wysoko, dumnie. Witając przedtem Broniewskiego powiedział doń: „Jestem szczęśliwy, towarzyszu, widząc was u nas”. Tylko Broniewskiemu to powiedział.

Najpierw wywołano młodych wirtuozów, pianistę z płonącymi oczami i pulchną ładną skrzypaczkę. Grali koncert Rachmaninowa. Gdy wrócili, pianista, wycierając ręce, narzekał na zbyt niski stołek przy fortepianie. Dziewczyna wróciła równie spokojna jak wyszła, ani jeden włos na jej głowie nie skrzywił się, jej spokój był wręcz niewiarygodny. Oklaski jeszcze długo dochodziły z widowni pod adresem pary; muzycy przypadli do serca. Potem wyszła denerwująca się aktorka z wierszem Majakowskiego. Zza ściany dochodził jej potężny głos nagrodzony wkrótce hucznymi oklaskami. Potem ruszył Władysław Broniewski. Gorąca owacja przywitała poetę u wejścia. Sala wiedziała z kim ma do czynienia. Broniewski przeczytał trzy wiersze: dwa pierwsze widownia przyjęła entuzjastycznie, trzeci gorzej. Trzy wiersze nie mogą być tak samo oklaskiwane. Poeta wystąpił dzisiaj może po raz dwutysięczny, a przecież bolał nad nieco chłodniejszym przyjęciem ostatniego wiersza. Gdy wrócił, wezwano pieśniarkę w czerwonym sweterku. Potem obywatel Wołomina kiwnął głową na mnie. Mój czai nadszedł.

Gdy stanąłem przy pulpicie i obrzuciłem widownię spojrzeniem groszowego zdobywcy, stwierdziłem niepokojące zjawisko. Górna część sali, gdzie gęsto stłoczyła się młodzież szkolna i to najmłodsza wiekiem, kołysała się jak łan zboża. Potrzeby artystyczne dzieciarni musiały już być zaspokojone, gdyż niektórzy starali się dostać do drzwi powodując ową żywą falę. Robotnicy, którzy przyszli na Akademię zabrali ze sobą swoje dzieciaki. Gdy nazajutrz zastanawiałem się, czy obecność dzieciaków na Akademii ma sens, doszedłem do wniosku że ma. Jeśli nawet pewna część programu dla dzieciaków bywa za trudna, coś jednak w młodych główkach i serduszkach na długo pozostaje. Ale na tę myśl wpadłem dopiero nazajutrz, a narazie nieco speszony przyglądałem się żywej fali. Postanowiłem z czytaniem odczekać aż fala ustanie, ale jak to bywa w takich wypadkach część widowni chcąc mi pomóc, zaczęła sykać tak, że tumult jeszcze wzrósł. Gdy nieco przycichł, sięgnąłem po tekst.

Rychło jednak mogłem się przekonać o słuszności tego, co mówią warszawscy kelnerzy: „Nie smakuje panu dzisiaj? Bo pan nie ma dzisiaj transu do jedzenia, do wszystkiego potrzebny trans.” Zacząwszy czytać czułem coś, co możnaby nazwać odwrotnością transu. Tekst, który miałem przed sobą nieraz czytałem przyjaciołom, robił wrażenie: świeżo przeczytałem go Geni, rozpłakała się na poczekaniu; sam także nie miałem najgorszego zdania o trzech kartkach maszynopisu, które leżały przede mną. Teraz inaczej, próbowałem czytać „normalnie”, ale normalnie czułem ciepło, teraz – lód. Tekst raził mi uszy, zamiast kształtu widziałem – szwy, nic prócz szwów! Próbowałem się przełamać, przekonać do tekstu, rozgrzać na nowo, była to teraz jedyna droga do rozgrzania sali, ale chłód rósł we mnie samym. Było w moim tekście kilka zdań o „ośmiu latach, które przeciekły mi przez palce, o oszalałym biegu czasu”. Zwykle czytałem te miejsca z przyśpiewem, z odpowiednim akcentem, tym razem spod przyśpiewu, z którego nie zrezygnowałem, dochodziło mnie kabotyństwo akcentów i – nonsens treści w zestawieniu z adresatem. Co z tym moim zdaniem o ośmiu latach, które przeciekły przez palce mieli zrobić obywatele słuchacze, których pełna liczba lat przeżytych na tym najlepszym ze światów wynosiła właśnie tyleż? Utraciwszy adresata miejsca patetyczne kpiły sobie ze mnie. Po jednej dziurze zobaczyłem drugą, trzecią. Czytanie stało się męką.

Gdy mniej więcej w połowie tekstu uniosłem głowę zobaczyłem to, czego się spodziewałem: kołysanie trwało, trwał ciąg ku drzwiom, pogwar, szum, nikt nie słuchał! Zobaczyłem klęskę, ale zrozumiałem, że muszę udawać iż obojętność widowni nie dociera do mnie, że muszę czytać dalej, przede wszystkim czytać, gdyż w milczeniu moja sytuacja jeszcze wyrazistsza, stawała się wręcz nie do zniesienia. Spuściłem oczy. Straciwszy resztę serca do tego, co czytałem i do tych, którym czytałem, do całego świata, pod zdaniami wyczuwając nowe bryły lodu, tam gdzie zwykle dostrzegałem płomień, wilcze doły tam gdzie Tatry. I już bez przyśpiewu, bez akcentu, bez duszy, z pełną świadomością sromotnej porażki biegiem do końca, czekając – pomimo wszystko! jeszcze ciągle! jeszcze do samego końca! – na odruch serca z dołu, którego się nie doczekałem. Wśród podwójnych lodów zewnętrznych i wewnętrznych osiągnąłem wreszcie metę. Nikt się nie zorientował, że skończyłem, ani jedna para rąk nie pochwaliła mojego trudu, skończyłem tak samo, jak zacząłem pośród hamowanego z trudem mętnego gwaru. Świadom klapy na całego wybiegiem ze sceny.

Wróciwszy do izdebki za sceną usiadłem przy poecie Broniewskim. Rozmowy musiały być prowadzone szeptem gdyż występy trwały nadal. Dwaj młodzi żołnierze podeszli cicho do Broniewskiego i cicho stuknąwszy obcasami spytali czy mogą prosić o autograf. Potem podszedł do Broniewskiego młody wysoki chłopiec i spytał, czy może pokazać swój wiersz. Wiersz na trzech dużych stronach nosił tytuł: Ciemna noc październikowa. – O tu pożyczka ze mnie – zawołał w pewnej chwili Broniewski. – Trzeba pracować, rzekł, gdy skończył. Chłopiec odszedł. – Rzadki okaz grzmiącej grafomanii – szepnął mi na ucho. Gdy młodzi wirtuozi wrócili ze sceny, gdzie po raz drugi odnieśli triumfy, zapowiadający skinął na owego właśnie wysokiego chłopca, który dopiero pokazywał swój wiersz Broniewskiemu. Okazało się, że należał również do „ekipy artystycznej”. Na wszystko wokoło patrzałem jak przez gazę zajęty trawieniem odniesionej porażki. W pewnej chwili moją uwagę zwróciło to, co dochodziło ze sceny. Ktoś tam grzmiał jeszcze głośniej niż przedtem aktorka, która uważała recytowanie wierszy za najtrudniejszą rzecz na świecie. Nagle uprzytomniłem sobie, że chłopiec czyta i to właśnie wiersz: Ciemna noc październikowa. Uderzyła mnie przy tym cisza widowni wyczuwalna pod grzmiącym głosem. Nie było słychać ani szmeru, ani kaszlnięcia, żadnego kołysania, żadnej żywej fali, żadnego szturmowania drzwi, idealna cisza: Sala słucha jak zahipnotyzowana – pomyślałem. Spojrzeliśmy sobie z Broniewskim w oczy.

Gdy chłopiec skończył, zerwała się burza oklasków, jakiej nikt przed nim nie otrzymał. Widownia szalała. Twierdzenie, że nikt nie jest prorokiem we własnej ojczyźnie otrzymało w tej chwili w naszych oczach w Technikum Szklarskim w Wołominie druzgocący cios; młodzieniec był bowiem stąd, z Wołomina. Gdy przybył ze sceny miał oczy pijane powodzeniem. Zrozumiał, że stał się bohaterem Akademii.

Jak to dobrze, że nie czytałam tego mojego kawałka – rzekła Zofia Nałkowska potem, w samochodzie. W ciemności opisała wypadek uduszenia dziecka przez matkę podczas okupacji, by płaczem nie zdradziło kryjówki. – Czy ty wyobrażasz sobie, co by się działo na sali, gdzie siedziały same dzieciaki a ja bym im czytała o uduszeniu?

– Nie usłyszeliby i tak! – ucięła krótko Genia. – Pani nie potrafi czytać tak głośno, jak ten chłopiec. Ale ma bas!

– Co mówisz?

– Nie usłyszeliby, pani Zofio, mówię.

– Aha, nie usłyszeliby… A ty – znakomita pisarka zwróciła się znów do mnie – powinieneś był czytać pięć razy głośniej. Przecież nikt nic nie słyszał. Szeptali „głośniej! głośniej!” – sama słyszałam; jaki ty masz głosik!…

– Właśnie – wdała się Genia – jaki pan ma głosik? Jak mamka karmiąca. Nie mógł pan krzyczeć?

– Ba, gdybym umiał – rzekłem.

Nie – wtrącił poeta Broniewski. – Nic byś dzisiaj nie zrobił. To był dzień. Każdy kiedyś ma swój Wołomin. Twój by! dzisiaj. Ale teraz, głowa do góry, pisarzu polski! Głowa do góry!

I wielki poeta wesoło trzepnął mnie po plecach.

Adolf Rudncki
Przekrój, nr 4, 1954

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.