Akowcy w rękach Armii Czerwonej

Jesień 1944

Pamięci kpt., hm. Jerzego Rytla „Witowskiego” i druha Zbigniewa Jugo

Okres międzywojenny i lata wojny spędziłem w mieście pod Warszawą – Wołominie. Ponieważ byłem harcerzem, wiec już w październiku 1959 r., razem z kolegami, rozpoczęliśmy działalność konspiracyjną przeciwko niemieckiemu okupantowi w drużynie Szarych Szeregów. W 1944 r. byłem zastępcą dowódcy plutonu Grup Szturmowych Szarych Szeregów, należącego do Obwodu „‚Rajski Ptak”, Podokręgu Białowieża” Armii Krajowej. W czasie realizacji planu „Burza” w naszym Obwodzie, w lipcu i sierpniu 1944 r. byłem dowódcą drużyny – pocztu dowódcy 4 kompanii 32. pp AK, 8 DPAK. Dowódcą kompanii był por. (kpt.) hm. Jerzy Rytel „Witowski”, ostatni komendant Ula Puszcza (Chorągiew Mazowiecka Prawobrzeżna) Szarych Szeregów. Kompanie naszego pułku walczyły z Niemcami, wspomagając często wojska sowieckie l Frontu Białoruskiego w Radzyminie, pod Tłuszczem i w lasach łochowskich.

Ponieważ w rejon działania naszej kompanii przybyły silne niemieckie jednostki pancerne, które zmusiły wojska sowieckie do czasowego wycofania się w kierunku Mińska Mazowieckiego, por. (kpt.) „Witowski” wydał rozkaz rozformowania kompanii, ukrycia broni i przejścia do konspiracji.

Wojska sowieckie zajęły Wołomin 6 września. Ja i kilku kolegów uciekliśmy z niemieckiej kolumny ewakuacyjnej mieszkańców i wróciliśmy do miasta 15 września. Ponieważ front znajdował się na Wiśle, więc w Wołominie i w innych miejscowościach w kierunku Pragi stacjonowały wojska sowieckie 47 armii i wojska polskie l armii.

W ciągu kilku następnych dni spotkałem się z kilkoma kolegami, którym udało się ukryć w mieście przed ewakuacją. Odwiedziłem także dowódcę kompanii por. (kpt.) „Witowskiego”, który z żona Marią mieszkał na peryferiach sąsiedniej Kobyłki. Rozmawialiśmy o obecnej sytuacji AK i naszej, po wkroczeniu wojsk sowieckich: tworzona jest administracja podległa PKWN, Milicja Obywatelska i Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego, ogłoszono także mobilizację do Ludowego Wojska Polskiego.

Był zdania, że obecnie nie należy podejmować działalności, natomiast należy utrzymać związki konspiracyjne; być może po pokonaniu Niemiec dojdzie do konfliktu pomiędzy mocarstwami zachodnimi i Związkiem Sowieckim.

Miasto było wyludnione, brak było pracy, żywności, opału i oświetlenia. Trzeba było jednak jakoś sobie radzić, więc z radością skorzystałem z propozycji jednego z kolegów i podjąłem pracę w Odcinku Drogowym PKP, w którym było zatrudnionych kilku techników  – przeważnie żołnierzy AK. Niewielkie wynagrodzenie pozwalało na kupno żywności, zaś zaświadczenie pracy miało chronić przed służbą w ludowym wojsku.

Ponieważ nasze mieszkanie przy ulicy Miłej 21 było poważnie uszkodzone przez sowiecki pocisk artyleryjski, zamieszkałem wraz z ojcem w mieszkaniu rodziny mojej narzeczonej, teraz żony – Zosi, którą ewakuowano razem z rodzina i moją matką, w domu przy ulicy Warszawskiej 1.

Prawdopodobnie było to 30 października. Po skromnej kolacji, z powodu braku światła poszliśmy wcześnie spać. Około godziny 23 rozległo się mocne pukanie do drzwi i wezwanie do otworzenia Milicji. Do mieszkania weszło kilka osób z bronią, w mundurach polskich i sowieckich. Wśród nich był milicjant, którego znałem. Być może to właśnie on spowodował aresztowanie por. (kpt.) „Witowskiego” i mnie, ponieważ w czasie akcji „Burza” był żołnierzem naszej kompanii 32. pp AK i znał nas. Kazano nam się ubierać. Niestety, zapomniałem
nazwiska milicjanta, lecz pamiętam miejsce zamieszkania na przedmieściu – Sławek. Był także oficer sowiecki oraz tajemniczy osobnik w mundurze sowieckim bez odznak, który mówił dobrze po po polsku. W czasie rewidowania mieszkania nic nie znaleziono, zginął tylko mój zegarek.

Byłem zdenerwowany tym najściem, lecz pewny, że zaraz sprawa się wyjaśni; byłem przecież żołnierzem AK, która współdziałała z wojskami sowieckimi w walce z Niemcami, teraz pracowałem w zmilitaryzowanym PKP i nie słyszałem jeszcze o aresztowaniach akowców.  A jednak myliłem się. Wyprowadzono nas z mieszkania do czekającego na ulicy samochodu wojskowego, do którego wsiedli tylko wojskowi sowieccy. Pojechaliśmy szosą przez Kobyłkę i Zielonkę do Ząbek pod Pragą. Samochód zatrzymał się przy domu zajętym przez wojsko sowieckie, przy którym stał żołnierz na posterunku. Rozdzielono ojca i mnie i osadzono w ziemiance wykopanej w ogrodzie.

Zaczęły się przesłuchania w dzień i w nocy przez oficerów sowieckich w stopniach: kapitana, majora i pułkownika. Zadali ode mnie informacji o działalności Armii Krajowej przeciwko Armii Czerwonej oraz PKWN, nazwisk i adresów dowódców i kolegów oraz miejsc przechowywania broni. W czasie przesłuchań wielokrotnie powtarzałem, że byłem żołnierzem AK, która walczyła z Niemcami i pomagała Armii Czerwonej, teraz pracuję na kolei i działalności przeciwko nim nie prowadzę.

Koledzy i przewożeni z AK zostali ewakuowani przez Niemców, razem z mieszkańcami Wołomina, i dotychczas nie wrócili; ja uciekłem i wróciłem na tereny wyzwolone. Miejsc przechowywania broni nie znałem i nie znam, gdyż zawsze były one tajne. Pytano, czy zgodzę się na dalszą walkę z Niemcami, jeżeli zrzucą mnie na spadochronie za linię frontu; oczywiście wyraziłem na to zgodę. Po kilku dniach byłem przesłuchany razem z kolegą Zbigniewem Jugo, przed wojna harcerzem w Wołominie, w czasie okupacji pracownikiem Straży Pożarnej w Warszawie, członkiem konspiracyjnego Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Teraz był on milicjantem na posterunku MO w Kobyłce i niedawno odwiedziłem go w czasie pełnienia służby. Na posterunku byli także inni milicjanci i być może jeden z nich doniósł swoim przełożonym o kontakcie Zbyszka ze mną. Potwierdziliśmy obaj, że się znamy, lecz żadnej wrogiej działalności nie prowadzimy. Przesłuchujący nas kapitan był niezadowolony, groził biciem, lecz do tego nie doszło. Przeniesiono mnie tylko do innej ziemianki, zalanej przez wodę, w której jedynym suchym miejscem była deska umocowana do ściany; na niej musiałem stać we dnie i w nocy. Przesłuchujący oficerowie – młodzi, o niższych stopniach byli surowi, natomiast starszy – pułkownik był łagodny i nawet drzemał w trakcie przesłuchania. Wśród wojskowych mieszkańców domu był także osobnik w mundurze bez odznak, którego zauważyłem podczas naszego aresztowania.

Przypuszczam, że był to Polak – komunista współpracujący z wojskami sowieckimi w zwalczaniu zwolenników Rządu RP w Londynie, a szczególnie żołnierzy AK. Prawdopodobnie znajdowałem się w rękach kontrwywiadu 47 armii.

Podczas mojego pobytu w areszcie w Ząbkach, oprócz Zbyszka nie widziałem innych osób aresztowanych. A jednak po tygodniu, w nocy, sformowano grupę siedmiu aresztowanych i pod konwojem trzech żołnierzy wyprowadzono z Ząbek w kierunku wschodnim. Znając teren zorientowałem się, że idziemy szosą, przez Zielonkę i Kobyłkę, do Wołomina.

Grupę sześciu aresztowanych, w której znajdował się także Zbyszek, konwojowało dwóch żołnierzy. Mnie prowadził jeden żołnierz, starszy Azjata, kilkanaście kroków za grupą. Kiedy przechodziliśmy przez las w Zielonce myślałem o ucieczce, ale szansę miałem małe; noc była księżycowa, na ziemi leżał już pierwszy śnieg, miałem osobistego konwojenta z automatem, a w pobliżu jeszcze dwóch. A właściwie, dlaczego miałbym uciekać? Przecież w czasie przesłuchań do niczego się nie przyznałem, poza przynależnością do AK. Nie wiedziałem jednak, ze PKWN zawarł porozumienie z rządem sowieckim o sprawowaniu władzy sądowniczej przez Armię Czerwoną na terenach przyfrontowych, a należenie do tajnej organizacji wojskowej było przestępstwem. Do Wołomina przyszliśmy rano i wprowadzono nas na podwórze domu przy ulicy Przejazd róg Kanałowej.

Mieszkańcy zaczęli podawać aresztowanym jedzenie i napoje. Mój konwojent początkowo nie pozwalał na zbliżanie się innych osób do mnie, ale później pozwolił na podanie jedzenia. Wśród mieszkańców domu zobaczyłam młodszego brata mojego kolegi ze szkoły powszechnej. Jedząc, poprosiłem go, aby zawiadomił kolegę kpr. Stefana Opałkę „Makówkę”, mieszkającego w domu przy ulicy Fabrycznej 2, o moim aresztowaniu. Powinien on zawiadomić o tym także kolegów, ze skrytki na strychu wynieść przechowywaną tam broń, pozostawiając tylko sowiecką pepeszę, i ukryć się. Zamierzałem, po pewnym czasie, jeżeli w śledztwie będę do tego zmuszony, wskazać miejsce ukrycia tego automatu. Była to bron pozyskana w trakcie wspólnych walk żołnierzy AK i Armii Czerwonej i sądziłem, że takie jej pochodzenie nie może mnie zbytnio obciążyć.

Jak dowiedziałem się później, chłopiec zrobił to, o co go prosiłem, zaś Stefan spełnił moje polecenia. Po kilku godzinach konwojenci poprowadzili grupę aresztowanych na ulicę Piaskową, z której usunięto Polaków, zaś od ulicy Wileńskiej ustawiono zaporę z żołnierzem na posterunku. Zaprowadzono mnie do małego domku przy ulicy Łącznej 2, bocznej od ulicy Piaskowej, którego pomieszczenia były przeznaczone na areszt, i umieszczono w jednym z pokoi. Na podwórzu znajdowała sie ziemianka, w której umieszczono Zbyszka. Na końcu ogrodu, przy ogrodzeniu, w odległości około 30 metrów od domku, stała długa drewniana komórka, którą przystosowano na zbiorową ubikację.

W pokoju zastałem około dziesięciu aresztowanych rożnych narodowości, których poznałem w ciągu następnych dni. Był wiec Polak – ogrodnik ze Świdra, mający swoje gospodarstwo w pobliżu sanatorium PKO; wydobył radio z ukrycia i niósł je ulicą, został zatrzymany przez żołnierza sowieckiego i aresztowany. Po mojej ucieczce zawiadomiłem listownie jego rodzinę, za pośrednictwem łańcucha znajomych, o miejscu jego pobytu. Drugim Polakiem był robotnik, socjalista, którego podejrzewano o przynależność do AK, do czego on nie przyznawał się; znali jego pseudonim, on zaś twierdził, że to tylko przezwisko używane przez kolegów z pracy. Sowiecki młodszy lejtnant, szewc, opuścił swoją jednostkę nad Wisłokiem i pozostał u Polki; był smutny, wiedział co czeka oficera za dezercję. Młody sowiecki żołnierz chwalił się, że siedzi za grabież „polskich panów”. Młody Francuz, student z Algeru, oficer, który uciekł z niemieckiego obozu jenieckiego i ukrywał sie u Polaków w Legionowie zgłosił się do wojsk sowieckich po wkroczeniu ich na tamten teren. Młody Alzatczyk, esesman, który poddał się wojskom sowieckim twierdząc, że jest Francuzem; mówił, ze Niemcy po włączeniu Alzacji i Lotaryngii do Rzeszy powoływali ich mieszkańców do swojego wojska. Niemiec, esesman, wielkie chłopisko, mówił, że był parobkiem w majątku na Prusach Wschodnich; poddał się wojskom sowieckim.

W piwnicy domku trzymano starego carskiego pułkownika, który mieszkał w Polsce; jemu przynoszono pożywienie z kuchni oficerskiej. W domu przy ulicy Piaskowej 3, na parterze, w mieszkaniu rodziny Nachtmanów, z której znałem Jurka i Marysię, gdyż byli harcerzami i działali w konspiracji, znów rozpoczęły się przesłuchania. Prowadził je kapitan w obecności starszyny, znającego dobrze język polski, którzy służyli prawdopodobnie w sądzie wojskowym 47 armii. Po zapoznaniu się z protokołem przesłuchań, przekazanym z placówki kontrwywiadu w Ząbkach, kapitan dziwił się, że do niczego nie przyznałem się.

W dalszym ciągu żądał nazwisk i adresów członków AK, informacji o naszej wrogiej działalności, oraz wskazania miejsc przechowywania broni. Podtrzymywałem swoje zeznania złożone w Ząbkach. Podczas przesłuchań kapitan drwił z wybujałych ambicji Polaków, dotyczących naszej państwowości, Mówił, że dążymy do stworzenia państwa od morza Bałtyckiego do morza Czarnego, zaś nasza rogatywka wojskowa wskazuje na to, że Polacy chcą panować w czterech stronach świata.

Po tygodniu przesłuchań sądząc, że zbytnio mnie to nie obciąży, podałem miejsce schowania sowieckiej pepeszy, pochodzącej z okresu wspólnych walk z Niemcami, na poddaszu domu przy ulicy Fabrycznej 2. Przewieziono mnie tam samochodem, w towarzystwie majora i żołnierza, i ze skrytki wydobyto automat. Pewnego dnia, ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłem por. (kpt.) „Witowskiego” wprowadzanego do ziemianki na podwórzu; zastanawiałem się, jak jego znaleźli.

Jedno z następnych przesłuchań było wspólne. Co zeznał mój dowódca nie wiem. Ja powiedziałem, że nasza kompania, dowodzona przez por. „Witowskiego”, walcząc z Niemcami pod Tłuszczem i m.inn. zatrzymując niemiecki pociąg pancerny na linii kolejowej z Wyszkowa do Tłuszcza, pomogła Armii Czerwonej toczącej trudne walki z przeciwnikiem w Radzyminie. Pod koniec listopada przesłuchania zostały zakończone i odczytano mnie protokół; najważniejszymi zarzutami były: przynależność do AK i przechowywanie broni. Po podpisaniu protokołu oznajmiono mnie, że będę postawiony przed sadem wojskowym.

Teraz dopiero przemyślałem całą sprawę i doszedłem do wniosku, że sytuacja moja jest bardzo poważna. Armia sowiecka nie ma żadnych względów dla swoich niedawnych towarzyszy broni z Armii Krajowej i kierując się interesami politycznymi komunistycznego państwa, rozprawia się z nami bezwzględnie. Postanowiłem uciekać niezwłocznie, przed rozprawą sądową, i w tym mieście. Znajdowałem się przecież o 100 metrów od domu, w którym mnie aresztowano, w mieście gdzie znam każdy kąt, oraz gdzie mam kolegów i znajomych, którzy mnie pomogą po ucieczce.

Ale realizacja postanowienia była trudna. Okna pokoju – aresztu zabito deskami, aresztowani byli rożnych narodowości, w tym także Rosjanie, więc ucieczka przez wyłamane okno była niemożliwa. Z aresztu wychodziłem tylko w dwóch przypadkach: na przesłuchania, pojedynczo, i do ubikacji, razem ze wszystkimi aresztowanymi z pokoju. Odległość do domu przesłuchań, tak istotna w pierwszym przypadku, wynosiła tylko 30 metrów. Podczas przeprowadzania na przesłuchania zawsze za mną szedł konwojent z odbezpieczoną bronią. Aby ucieczka udała się, musiałbym pokonać konwojenta, co po miesięcznym przebywaniu w areszcie było mało realne. W pobliżu aresztu i sądu mogli znajdować się także inni żołnierze sowieccy z bronią.

Pozostał jeszcze ten drugi przypadek: podczas wyprowadzania aresztowanych do ubikacji. Początkowo wydawał się mnie nierealny. Widziałem, jak w celu uniemożliwienia ucieczek i wglądu z zewnątrz na teren aresztu, wokół ogrodu postawiono wysokie ogrodzenie z drutu kolczastego, zaś za nim  posadzono sosny. Aresztowanych wyprowadzano do ubikacji oddzielnie z poszczególnych pomieszczeń, a mianowicie: z dwóch pokoi w domku i z dwóch ziemianek. Podczas wyprowadzania grup, wokół ogrodzenia, co kilka metrów, stali żołnierze z bronią, jeden zaś stał przy wejściu do ubikacji. Posterunki te były zdejmowane po wyjściu z ubikacji ostatniej grupy aresztowanych. Po powrocie każdej grupy do pomieszczenia, aresztowani byli liczeni i dopiero wtedy wyprowadzano następna grupę.

Stwierdziłem także, że kolejność wyprowadzania poszczególnych grup aresztowanych była zmienna. Moja ucieczka mogła tylko wtedy zakończyć się powodzeniem, jeżeli moja grupa będzie wyprowadzona jako ostatnia, jeżeli żołnierz stojący przy wejściu do ubikacji nie dostrzeże mojego w niej pozostania, oraz jeżeli posterunki zostaną zdjęte przed zakończeniem liczenia aresztowanych w moim pokoju. I to się z darzyło. Pewnego dnia po obiedzie, moja grupa wyszła ostatnia, więc duchowo przygotowałem się do ucieczki. Stali żołnierze za ogrodzeniem i jeden przy wejściu do ubikacji. Wejście to, bez drzwi, znajdowało się w prawym szczycie ubikacji, natomiast w ścianie frontowej – duże okno. Jedyne miejsce niewidoczne dla żołnierza przy wejściu, jeżeli nie wejdzie do wewnątrz, było w kącie za wejściem, w którym przykucnąłem. Z ubikacji wyszedł ostatni z aresztowanych, oprócz mnie. Żołnierz spojrzał przez wejście nie wchodząc do środka, załatwił na zewnątrz własną potrzeba fizjologiczną, zawołał: „wsie” i zaczął iść w kierunku domku, a za nim ruszyli żołnierze za ogrodzeniem. Przez okno zobaczyłem, ze aresztowani jeszcze wchodzą do pomieszczenia, zaś żołnierze oddalają się od ubikacji i są odwróceni do niej plecami. To co teraz zrobiłem trwało kilka sekund. Wysunąłem się przez wejście i wzdłuż ściany szczytowej przesunąłem się za wegieł z tylną ścianą ubikacji, niewidocznej od strony domku. Rozchyliłem druty kolczaste ogrodzenia i przesunąłem się pomiędzy nimi na zewnątrz, skoczyłem miedzy sosny i teraz nie mogłem już być widziany przez żołnierzy, nawet gdyby któryś z nich odwrócił się.

Znalazłem się na niezabudowanych parcelach przy ulicach: Prądzynskiego i Powstańców. Przebiegiem je – oglądał się za mną jakiś mężczyzna – przeskoczyłem przez płot posesji przy ulicy Długiej i wyszedłem na tę ulicę naprzeciwko ulicy Sienkiewicza. Narożny dom przy tych ulicach był teraz zajęty przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, ale w tej chwili posterunku przy nim nie było. Skierowałem się do domu przy ulicy Sienkiewicza 4, w którym mieszkał kolega z naszego plutonu Grup Szturmowych Szarych Szeregów – Stanisław Sikorski. Byłem wolny.

Stacha nie zastałem. Pani Sikorska i jej sąsiadka – pani Suchnicka, które znałem, dały mnie jeść. Następnie z Jolą Suchnicka, młodsza koleżanką, poszliśmy na Parcelację do domu mojej dalszej rodziny – Wyszyńskich. Tam byłem do 4 grudnia. W tym czasie koledzy: Marian Wyszyński „Romuald”, Stefan Opałka „Makówka” i Stanisław Sikorski oraz pan Skiba z Zarządu Miejskiego w Wołominie, wyrobili mnie zaświadczenie tożsamości z fotografią oraz zaświadczenie pracy w Odcinku Drogowym PKP, na nazwisko: Zbigniew Radziszewski. Tak wyposażony w dokumenty, oraz w pieniądze przez Stefana, pojechałem do rodziny w Białostockie. Mój ojciec był internowany w Wołominie i przebywał w domu naprzeciwko mojego aresztu; dom był słabo strzeżony i ojcu także udało się uciec, jeszcze przede mną. Dowiedziałem się później od sąsiadów z domu, w którym zostaliśmy aresztowani, że przez kilka tygodni w mieszkaniu był „kocioł”. Bez przerwy czekali w nim na nas żołnierze sowieccy do czasu, aż ruszyła ofensywa zimowa w połowie stycznia 1945 r. i wojska odeszły.

A jakie były dalsze losy aresztowanych w tym czasie: mojego dowódcy i kolegi? Pod koniec listopada lub na początku grudnia w kinie w Wołominie odbył się pokazowy proces przed sądem wojskowym Armii Czerwonej por. (kpt.) hm. Jerzego Rytla „Witowskiego” i druha Zbigniewa Jugo. Wyrok dla obu – kara śmierci i od tego czasu siad po nich zaginął.

Dopiero w roku 1995 dowiedziałem się od pchor. Radosława Rytla „Zabłonskiego”, że proces jego brata Jerzego odbył się 25 listopada 1944 r.Tego dnia został on zastrzelony, razem z trzema innymi mężczyznami, przez żołnierzy NKWD, przy wiejskiej drodze pod Wołominem. Do dzisiaj nie jest znane miejsce jego pogrzebania.

Tak zginęli harcerze i żołnierze Armii Krajowej za wolność i niezawisłą Polskę, z rąk drugiego okupanta – Związku Sowieckiego.

Zbigniew Stanisław Zalewski „Wilk”
kpr. pchor., phm Pluton Grup Szturmowych Szarych Szeregów w Wołominie
32. pp AK, 8. DP AK
Gdańsk, luty 1994

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.