Wród żydowskich uchodźców, którzy osiedlili się w Wołominie, był Grinberg, który za rządów Kiereńskiego był przywódcą gminy żydowskiej w Kijowie. Kiedy myślę o nim, uważam go za człowieka zasłużonego dla historii żydowskiej tradycji i działalności społecznej. On czerpał wiele z żydowskiego folkloru żydowskiej mądrości. Był faktycznym przywódcą żydowskiego komitetu uchodźczego zorganizowanego w Wołominie. Ale nie mając polskiego obywatelstwa nie mógł formalnie stać na czele żadnej organizacji. Zdecydował zatem, że to ja powinienem figurować oficjalnie jako przewodniczący komitetu. Faktycznie to on był całą duszą tego przedsięwzięcia. Jego brat i żona byli krewnymi bankiera Szereszewskiego i całe życie spędzili w Wołominie. Jego córką była sławna pieśniarka Wiera Gran.Czytaj dalej

W tamtym czasie strumienie uchodźców z Ukrainy i centralnej Rosji płynęły w kierunku Polski. Największy strumień płynął do Warszawy, ale to miasto było dla nich zamknięte. Rada miejska miała prawo wyrzucić żydowskich uchodźców, choćby byli oni tylko tranzytem i jechali dalej, do USA lub Ameryki Południowej.Czytaj dalej

Kiedy w tamtych czasach pracowałem w ratuszu, endeccy radni mówili mi, że Polacy będą mniejszością w swoim własnym kraju, jeśli Żydzi dostaną równe prawa.

Jesteście ślepi – odpowiadałem im – nie widzicie, że Żydzi też umieją dbać o interesy polskiego narodu? Moje argumenty ilustrowałem faktami z naszego miasta i innych miast polskich, gdzie Żydzi pomagali odbudowywać kraj, przemysł, całą gospodarkę, itp. Ale gdzie się nie obróciłem, natykałem się na antysemityzm. Krzewił się on w różnych formach i zatruwał ludziom życie. Bardziej niż w dużych miastach odczuwali go Żydzi w małych miasteczkach, gdzie żydowskie życie było cierniem w oku rozmaitych wrogów.Czytaj dalej

W Wołominie ludność polska zaczęła poszukiwać szpiegów wśród Żydów. Panował nastrój pogromu, zaczęła działać psychologia tłumu: rabowanie, podpalanie, mordowanie. Doradzono mi, żebym się nie angażował w działalność społeczną, tylko spędził kilka tygodni w  Warszawie. Uważano, że w większym mieście niebezpieczeństwo jest mniejsze. Ale ja czułem, ze moja obecność w Wołominie jest potrzebna – przecież prowadziłem interesy z Polakami i wiodłem z nimi rozmowy o sytuacji ludności żydowskiej. Nie przejmowałem się, że plotkowano o wyrównywaniu rachunków. Spokój i opanowanie były moją dewizą. Postanowiłem policzyć nazwiska wołomińskich Żydów, których znałem jako ludzi prawych i szlachetnych. Był to czas, gdy z Białegostoku dochodziły wiadomości, że Żydzi rozstrzeliwują Polaków i z dachów leją wrzątek na nadciągających polskich żołnierzy. Sądziłem, ze w czasach moralnego chuligaństwa trzeba samemu być wielkim, silnym człowiekiem. Nadal rozmawiałem z polskimi sąsiadami, mimo że było wśród nich kilku endeków. Jako przykład podawałem, że w Warszawie żydowska młodzież studencka wstępuje na ochotnika do polskiej armii. Ale pułki poznańskie nie chciały walczyć razem z Żydami, którzy jakoby trzymali z komunistami.Czytaj dalej

Kiedy Polacy przejęli władzę, starosta wołomiński Orłowski zwlekał z udzieleniem mi koncesji na odlewnię. Należy tu zauważyć, że zarówno Orłowski, jak i jego pomocnik Piotrowski byli tolerancyjni w stosunku do Żydów.

Był to dla mnie duży problem, bo chciałem być polskim obywatelem ze wszystkimi prawami. W końcu po kontroli, którą przeprowadziła specjalna komisja, otrzymałem koncesję.Czytaj dalej

Dla Żydów nadeszły czasy ciężkich prześladowań: wygnania, aresztowania (…). Warszawa pełna była uchodźców, którzy uciekli przed Rosjanami oraz Niemcami. Tutaj tłum uchodźców napierał bezładną masą na gminę warszawską. Wielu uchodźców rozproszyło się po okolicznych miasteczkach, dotarli też do Wołomina. Żydzi wołomińscy przyjęli uchodźców niezwykle ciepło i z wielką litością. Rozlokowano ich w żydowskich domach i rodzinach, organizowano wszelką pomoc.Czytaj dalej

W Jidysze Sztub w Wołominie (małej tradycyjnej szkółce żydowskiej; w chederze) w sposób zorganizowany uczono zachowania i kultury: tak powinno się prowadzić, to wolno robić albo nie. Małe i mniejsze dzieci nie były filozofami ani teologami, nie dumały i nie teoretyzowały, ale były dalekie od rozpuszczenia, zaniedbania. Autorytet ojca był duży, od małego do dużego każdy czuł swoją powinność żydowską. Ten sam los wiązał wszystkich ściśle ze sobą pod tym samym jarzmem.Czytaj dalej

Do Wołomina przybyłem po raz pierwszy w 1915 roku, trafiłem do małej i biednej osady, w której od razu poczułem sympatię do kochanych żydowskich ludzi. W Warszawie obracałem się w towarzystwie zasymilowanych Żydów, częściowo też wśród rdzennych Polaków, ale głęboko w sercu czułem tęsknotę do prawdziwych Żydów. Żył we mnie duch mojego dziadka, który był gabajem (administratorem synagogi) u rabina Dawida Talnera, i śpiewały we mnie nigunim (melodie chasydzkie), które zawsze słyszałem u ojca w pokoju. W naszym miasteczku, Gołowaniewsku koło Humania, wogóle umiało się śpiewać. Śpiewało się pieśni przy Melawe–Malke (posiłku po zakończeniu Szabatu) i przy trzech posiłkach (w ciągu Szabatu). Tylko, że chasydzi Talnera śpiewali z większym zaangażowaniem, z większym ogniem, radością. Były też nigunim pełne tęsknoty. Dziadek powiedział: „Dusza (człowieka) tęskni, żeby wrócić do swoich korzeni”. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem, ale tamte słowa i nigunim utrwaliły mi się w pamięci i w duszy, a kiedy przybyłem do Wołomina i spotkałem tych prawdziwych, żydowskich ludzi, odżyła we mnie na nowo tęsknota za Talnerem, moim ojcem i chabadzkimi nigunami, chociaż były tak różne od tych, które śpiewali polscy chasydzi.Czytaj dalej