Czar dwudziestoletniego międzywojnia

Wołomin – miasto o siedem lat starsze ode mnie. Kawał historii! A jaki kawał to wspomnę, tylko co taki noworodek jak ja, dorastając, „najprzód” wiedzieć powinien o Żydach i o zwierzętach: Żydzi łapią dzieci na macę i twoim obowiązkiem jest nie dać się złapać. Udawało mi się. Było to prawdą, bo najstarsi ludzie to pamiętali.

Następnym zagrożeniem człowieka były zwierzęta: koń to bestia, która kopie, krowa bodzie, pies gryzie a kot drapie. Z innych atrakcji cywilizacyjnych pamiętam, kiedy pan Podgórski przyjechał do nas z Leśniakowizny plac zaorać, rower nadjechał. Koń widząc tę piekielną machinę, dęba stanął, oble połamał, wóz wywrócił i niewątpliwie wyciągnął by kopyta, gdyby nie łagodny głos gospodarza, powiedział on: „ty s…synu, aleś mi biedy narobił”. I jeszcze dodam, że podziw dla tego, kto potrafił okrakiem na dwóch kołach jechać – nie miał granic.

Z instytucji pożytku publicznego pamiętam welodrom. Miał go pan Neubauer. Wtedy wszystkiemu co wiązało się z wysoką techniką patronowało nazwisko, nad którym język można było połamać. Np. na butelce octu było napisane: Spies i syn. Dla ułatwienia wymowy „s” opuszczano. Ale wróćmy do welodromu.

Pan Neubauer zamiast sadzić na placu dobra jadalne, zabetonował od brzega do brzega, czyniąc płytę wielką i piękną; kupił kilka rowerów i młodzieńcom zamożniejszych rodzin wynajmował do pojeżdżenia w kółko. Było to przy ulicy Sosnowej, po prawej stronie idąc od Wołomińskiej na Helenówkę. Rety, jakaż to była frajda! Ukucnąć z boku i patrzeć jak pięknie jeździ się na rowerze!

Pamiętam, był to mój pierwszy spacer z moim ojcem. Kiedy miałem już cztery lata, a może pięć lat i samodzielnie chadzałem po okolicy, na miejscu welodromu rósł sad i była już tylko pani Neubauer, a pan Neubauer, podobno, inną babę poznał i wsiąkł.

Myślę, że wtedy wszystko było inaczej ciekawe niż dziś, a przede wszystkim ludzie. Była to mozaika społeczna, o jakiej dzisiejszy obywatel nie tylko nie ma pojęcia, ale nie chce go mieć, bo to pojęcie zakłóciło by jego wyobrażenie o tamtych czasach, które pragnie pielęgnować. Czym różniło się miasto od wsi? Wszystkim. Językiem, ubiorem, mentalnością. W mieście, choćby takim jak Wołomin, mieszkali mężczyźni i kobiety, na wsi chłopy i baby. Wieś mówiła językiem, który w mieście był pośmiewiskiem. A ubranie… Boże Ty mój! Szczególnie dzieci. Gdyby wiedziały wcześniej co je czeka, żadne z własnej woli na świat by nie wyszło.

Chłopy nie chodzili w spodenkach ale w majtkach. Z klapą. Podobno dla wygody. Jak odpiął i ukucnął to na klapę narobił. Dziewczynki miały wygodniej – nie nosiły majtek. Mężczyźni z miasta nosili spodnie. Chłopy – portki. Kobiety nosiły sukienki, baby – kiecki. Portki były postępem cywilizacyjnym. Dawniej chłop nie pozwalał sobie na takie zbytki. Zadawalał się koszulą „ino” dłuższą. Ale, gdy przyszła pora za panną się rozejrzeć, zwykle gdzieś dalej, bo tam były ciekawsze niż te pod ręką. Wtedy, na wizytę do panny w samej koszuli? Nie wypadało; więc ubierał się jak do kościoła i ruszał w drogę. Jeśli w drodze zdarzyła się potrzeba, spodnie zdejmował, wieszał na gałęzi, a kiedy był gotów, ruszał dalej. Gdy przekroczył próg domu wybranki, doznawał olśnienia – ja tu, a przyodziewek na drzewie!

W mieście chłopcy nosili spodenki wykrojem podobne do harcerskich – krótsze niż do połowy uda. Chłopcy wiejscy nosili spodnie do połowy łydki, żeby było cieplej, a rosą nie uszargać. Pokazanie w czymś takim w mieście narażało dzieciaka na bezwzględne pośmiewisko. Kobieta w mieście nosiła płaszcz, palto, lub futro, a baba ze wsi – chustę podobną do koca, ale z frędzlami. Transport mleka z pobliskiej wsi takich jak: Leśniakowizna czy Ossów dokonywał się na kobiecych plecach. Boże Święty – bombowiec tyle nie zabierał – dwie dwudziestki w płachcie na plecach, dziesiątka podwiązana pod szyją, druga dziesiątka w ręce. Czy ktoś w to uwierzy? Ja też w to nie wierzę. Dzisiaj. Wtedy było to codzienną oczywistością.

Architektura: do dziś stoją relikty dawnego dostatku przy ulicy Wołomińskiej, na rogach przy Sosnowej. Przyjedź i zobacz jeśli zdążysz.

Z łezką w oku wspominał
urodzony w 1924 r. przy ulicy Wołomińskiej 7 w Wołominie
Józef Wiśniewski

P.S.

Kobyłka 1 kwietnia 2008 r.

Uważny czytelnik spostrzeże, że dzielnica, którą opisuję, to Wołomin – Las. Mieszkał tu lud niezabogaty. Ale wtapiał się w krajobraz tym, co w gatunku – człowiek – najcenniejsze: pracowitością. Idąc ulicą widziało się sylwetki krzątające się przy budyneczkach gospodarczych, bo tam było życie! Słyszało się meczenie kozy, pokwikiwanie świniaka, kurki, kaczki, gęgały gąski, a ponad wszystkim, na czterech „nogach” wznosił się gołębnik. No i… króliki. Pogłowie w małych rozmiarach, ale angażowało dorosłych i dzieci.

Rodziły się zwierzęta, wylęgały pisklęta domowego ptactwa. Dzieci rosły poznając życie zwierząt, ogród jako bogactwo warzyw i owoców na rodzinny stół. Życie było biedniejsze, ale bogate doznań z życia przyrody, autentycznych, z własnym uczestnictwem. Rozwijał się człowiek inaczej, głębiej czujący świat. Bez tej pustki duchowej, przerażającej.

Dziś mówimy o pokoleniu tamtych lat – absolutnie wyjątkowym: pięknym, wielkim, bohaterskim. Dlaczego? Skąd takie się wzięło?

30.10.2009 r. Człowiek – członek zespołu gromadzącego realia dawnego Wołomina, zamawiający u mnie tę wypowiedz, nigdy się po nią nie zgłosił, mimo poinformowania go, że jest gotowa. Powód? Przeczytał moją książkę. W niej jest Wołomin, ale nie pasujący do dzisiejszych zapotrzebowań.

Chwała bojownikom walczącym o prawdę i tylko prawdę!

1 Komentarz

  1. Pingback: Czar dwudziestoletniego międzywojnia | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.