– Ja w ogóle nie przywiązuję wagi do medali i odznaczeń,| może dlatego, że mam ich bardzo dużo. Jako jedna z pierwszych dostałam Medal Edukacji Narodowej. Dla mnie najważniejsza jest ludzka pamięć. Bo tak naprawdę, co teraz młodych ludzi obchodzi nauczyciel, który uczył dwadzieścia lat temu. Odznaczenie jest symbolem wdzięczności. Mam uczniów rozrzuconych po całym Świecie, którzy mówią, że lata, kiedy ich uczyłam, były najpiękniejszymi w ich życiu. Nie pamiętają bomb, okupacji, tylko te komplety w małym drewnianym domku przy ulicy Lipińskiej.

Babeczki z kremem na kreskę

Nigdy nie byłam słabą kobietą – kontynuuje Krystyna Kwapiszewska. – Jestem zodiakalnym Baranem, który zawsze wali głową w ścianę. Urodziłam się w Prima Aprilis i był to mój pierwszy psikus, bo ojciec strasznie chciał mieć syna.

Krystyna Kwapiszewska urodziła się w 1922 r. na warszawskiej Woli, ale od razu przyjechała do Wołomina. Spędziła tutaj wiele, wiele lat z małymi przerwami, gdy pracowała na Dolnym Śląsku. Uczyła dzieci chore na gruźlicę w prewentorium kolejowym w Sułowie, była tam kierownikiem szkoły. Szkołę we Wleniu, gdzie uczyło się ponad sto anemicznych dzieci z całego kraju, wspomina jako największy wysiłek w życiu. Kolejne dwa lata („Bo ja tak ciągle na walizkach”) spędziła w Sobótce na górze Ślęży, w zakładzie dla dzieci niepełnosprawnych. Później wróciła do Wołomina, zaczęła pracować w Szkole Podstawowej nr 1, którą szczególnie lubiła.

W rodzinie Kwapiszewskich dominowały dwie profesje: dentysta i nauczyciel. To jaki wybór miała młoda Krystyna?

Rodzice byli nauczycielami, babcia tak samo, mnie nie pozostało nic innego. Miałam zdolności manualne i pewnie, gdyby nie wojna, skończyłabym liceum plastyczne w Krakowie.

Dom rodzinny (tego pierwszego, przy ulicy Sienkiewicza dziś już nie ma) na zbiegu Lipińskiej i Kościuszki był drewniany i nie odbiegał wyglądem od ówczesnego wołomińskiego standardu. Poza tym był pełen pracy. Matka była nauczycielką, ojciec kierownikiem szkoły i wizytatorem ministerialnym. W czasie roku szkolnego był gościem w domu, za to w wakacje zabierał dzieci, Krystynę, młodszego o rok syna i najmłodszą Urszulę (Urszula Smoczyńska-Nachtman jest znanym muzykiem) w góry i nad morze. Pan Kwapiszewski był zamiłowanym podróżnikiem, pół świata zwiedził, a właściwie schodził.

Finansowo nauczycielom było trochę lepiej, niż obecnie. W każdym razie panowała stabilizacja, Jak mama dostała w styczniu pensję, to było pewne, że w grudniu dostanie taką samą. Do tej pory pamiętam ceny: kilo cukru kosztowało złotówkę, jajko – trzy grosze, chleb trzydzieści groszy, bułka z serdelkiem dziesięć groszy. Trzy złote sześćdziesiąt groszy kosztował kilogram najlepszej szynki, a kilo kiełbasy dwa złote. Dobre ciastko, na przykład moje ulubione babeczki z kremem, kosztowało dwadzieścia groszy. Kupowałam je na kreskę i za to pierwszy raz dostałam w skórę.

Wolę świnie paść

Mogła zostać dentystką, plastyczką, ale, jak przyznaje, zawsze kochała dzieci. Wybrała zatem Krystyna Kwapiszewska naukę w gimnazjum Rzeszotarskiej, gdzie zresztą czuła się fatalnie.

W połowie trzeciej klasy powiedziałam, że więcej do szkoły nie pójdę. Rzuciłam książkę, dodałam: „Wolę świnie paść. Będę siostrę chowała, ale do szkoły nie pójdę”. Mama była mądra, zabrała mnie z gimnazjum. Ale w domu szybko zaczęłam się nudzić i we wrześniu zaczęłam naukę w gimnazjum humanistycznym Łabusiewicz-Majewskiej na ulicy Kępnej, na Pradze. To była cudowna szkoła, było miejsce na harcerstwo, i na Sodalicję Mariańską. Zauważono we mnie urodzoną humanistkę, nikt nie patrzył na matematykę. Wtedy postanowiłam: będę studiować historię. Bo moja nauczycielka historii nauczyła mnie myśleć i rozumieć dzieje, zamiast bezmyślnie wkuwać daty.

Nauczycielki Krystyna Kwapiszewska i Maria Łobocka oraz uczniowie I,II,III tajnego kompletu.

Gimnazjum było żeńskie, raz w roku organizowano zabawę, na którą przychodzili chłopcy z Władysława IV. – Nie lubiłam się bawić, nie lubiłam tańczyć, robiłam za to dekoracje. I tak byłam nimi zajęta, że zanim się obejrzałam, było już po zabawie. Lubiłam za to czytać i wędrować, głównie z ojcem. Czytałam zawsze na wyrost, rzeczy poważne i historyczne. Byłam konkretna.

W szkole obowiązywał skromny biało-granatowy strój i rzecz jasna tarcza. – To była duma, w gimnazjum niebieska, w liceum czerwona, moja była 123. Kto by teraz chciał nosić tarczę…

Dramat Krysi Kwapiszewskiej polegał na tym, że była najmniejsza w całej klasie.

Mądry dyrektor, który uczył fizyki, powiedział: „Krysi trzeba dać hormony wzrostu”. Dawali, nic nie pomogło, taka zostałam. Jedna z nauczycielek mówiła: „Krysiu, dobrego jest zawsze mało”. Natomiast na pytania koleżanek, gdzie byłam. kiedy ludzie rośli, odpowiadałam: tam, gdzie ludzie mądrzeli.

Wszyscy wyszli na ludzi

W chwili wybuchu wojny Krystyna Kwapiszewska miała małą maturę.

– To była tragiczna chwila. Myśleliśmy, że jesteśmy silni i mocni, a potem już tylko czekaliśmy wiosny. Mówiło się, „słoneczko wyżej, to Sikorski bliżej”. Ale najgorszy cios przyszedł 17 września. Mimo wszystko, trzeba było żyć. Ojciec został rozbrojony na granicy wschodniej, nie był w niewoli, wrócił do domu, niebawem zaczął pracować jako nauczyciel. Mało zarabiał, mamę zwolniono z pracy, wtedy ja wzięłam się za komplety. Nikt mi za naukę nie płacił. Czasami dostawałam słoninę, ktoś inny przyniósł parę jajek czy kawałek kiełbasy. W taki sposób się ratowaliśmy. Jednocześnie sama kontynuowałam naukę na tajnych kompletach, dojeżdżałam do Warszawy, aż do epidemii zapalenia opon mózgowych. Pamiętam, Wielki Czwartek 1941 roku. Zawieziono mnie do szpitala, skąd wyszłam po dwóch miesiącach, prawie sparaliżowana. Na kolanach chodziłam i pewnie dlatego ocalałam, kiedy Niemcy zgromadzili mieszkańców Wołomina na rynku. Staliśmy tam cały dzień, razem ze mną była moja pięcioletnia wówczas siostra. Kiedy dokonał się sąd, część zgromadzonych Niemcy rozstrzelali, część powiesili na ulicy Wileńskiej, w domu z balkonami. To był czarny dzień…

Lekcje Krystyna Kwapiszewska dawała nieprzerwanie, nawet w czasie choroby. Specjalnie dla niej doktor Izdebski zrobił aparat do elektryzacji, tym postawił pacjentkę na nogi.

– Uczyłam wszystkiego, potem mi powiedziano, że najlepiej matematyki. Przez komplety przeszło ponad sześćdziesiąt osób. I wszyscy wyszli na porządnych ludzi.

Bywało niebezpiecznie, na przykład, gdy Niemcy weszli do domu Kwapiszewskich, a na pięterku siedziało czterdzieścioro dzieci. Każde z jakąś robótką w ręku, więc tłumaczenie, że na górze jest szkoła robót ręcznych, wydawało się całkiem logiczne.

– Jak wiedziałam, że będzie niebezpiecznie, odwoływałam lekcje. Miałam wspaniałego psa, siedział przy bramie i gdy był cicho, to znaczyło, że wszystko jest w porządku.

W 1942 r. Krystyna Kwapiszewska zdała maturę, a potem czekała już tylko na koniec wojny.

Bolszewicy za ołtarzem

Na zdjęciach sprzed pięćdziesięciu kilku lat są uczniowie z tajnych kompletów. Krystyna Kwapiszewska każdego ucznia pamięta, o każdym ma coś do powiedzenia.

– Wszystkie szczegóły pamiętam. Na przykład jak Ciosłowski przyszedł na lekcję w spodniach przerobionych z babcinej spódnicy. Ale ja z nimi byłam na prawdę. Dzieci nie tylko przychodziły na lekcję, a potem wychodziły, ale po lekcjach szliśmy do ogródka i razem się bawiliśmy.

Przed wojną, jak również w czasie okupacji w Wołominie był sierociniec i dom starców, obydwa prowadzone przez siostry Albertynki. Dom starców mieścił się w okolicach starego szpitala przy ul. Legionów, sierociniec w pobliżu kościoła przy Piłsudskiego, mieszkało w nim ponad sześćdziesiąt sierot. Albertynki żyły z jałmużny. – Co miesiąc przychodziły do nas do domu, mama częstowała siostry ciastem i dawała składkę. Doktor Frank leczył za darmo dzieci z sierocińca, zaś jego żona pytała, czy są jakieś mądre dzieci, bo „te mądre będzie uczyć francuskie”.

Podczas bitwy czołgów w Wołominie, wszystkich z tej części miasta wywieziono do Górek Mironowskich. Sytuacja była taka, że w dzień pod Górki przychodzili Niemcy, zaś w nocy z Górek szli do miasta Rosjanie. Albertynki pozostały na miejscu wraz z dziećmi i staruszkami, nie mieli dokąd iść. Pozostały w kotle i gdy raz zapalił się czołg, żołnierze pobiegli schronić się do sióstr. Albertynki schowały dwóch bolszewików za ołtarzem. Po wojnie siostry zostały przeniesione do Radzymina, później zakład zyskał status świeckiego.

Wieści Podwarszawskie
nr 15/1998

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.