Został tylko Rosenthal

Ulica Lipińska, przy której mieszkała rodzina Kwapiszewskich; w czasie wojny prowadziła prosto do getta.

– Do mamy przychodzili znajomi, mówili: „Pani Kwapiszewska, niech nas pani ratuje. Pani przechowa dokumenty, bo nas przecież zabiją”. Matka odmawiała przyjmowania kosztowności, tłumaczyła, że za te złoto można przeżyć kilka dni.

Przed wojną w Wołominie mieszkało dużo Żydów, jednak nie dochodziło do antagonizmów. W mieście były trzy szkoły, żeńska i męska, to w budynku obecnej szkoły nr 1, gdzie w dodatku na parterze mieściła się żydowska księgarnia. Natomiast osobno, przy ul, Warszawskiej była szkoła wyznaniowa. Ale zamożni Żydzi posyłali swoje dzieci do szkół polskich, zaś nauczyciele Polacy chętnie uczyli w szkole żydowskiej. Powód – był dodatkowy dzień wolny od pracy. Do Żydów należał handel na ulicy Kościelnej. Był tam szewc, który ręcznie robił cudowne buciki dla dzieci, najczęściej ze starych torebek. Był stolarz, który robił wspaniałe zabawki, na przykład wózki dla lalek. Chociaż tak naprawdę, był to drobny handel w porównaniu z dwoma dużymi polskimi sklepami. Jeden, spożywczy, tuż przy ulicy Przechodniej należał do Rebandla. Wspaniałe rzeczy tam były, a pani Rebandlowa, w długich złotych kolczykach, siedziała przy kasie – niczym w „Lalce” Prusa. Drugi sklep, a raczej dom towarowy, gdzie nawet furą można było zajechać, należał do rodziny Koprowiczów.

Wszystkich wołomińskich Żydów Niemcy zamknęli w getcie. Początkowo niespecjalnie ich pilnowali, można było wchodzić, wychodzić, zwłaszcza od strony Kobyłki, gdzie był las. – Nic nie można było wtedy kupić, to pewnego razu mama zaniosła do getta swoje stare palto, do przerobienia. „Pani powie – usłyszała od żydowskiej krawcowej – żeby Krysia szybko przyszła do miary, bo za tydzień może mnie już nie być”. W ogóle mama często chodziła do getta, nosiła znajomym różne rzeczy. Guci Dawidkin, nauczycielce, absolwentce Sorbony, która z malutkim dzieckiem znalazła się w getcie, nosiła mleko i kaszę. Pewnego razu Gucia powiedziała: „Nacia (bo mama była Natalia) ja mam tylko jedną rzecz, komplet Rosenthala. Nacia, nas już jutro wywiozą”. Zginęła Gucia, został tylko Rosenthal. Mamy ten komplet do dzisiaj, ale nie pijemy z niego.

Chów czy wychowywanie

Zaraz po wyzwoleniu Krystyna Kwapiszewska zapisała się na historię, na Uniwersytet Warszawski. Była pierwszą kandydatką na ten kierunek studiów, a zapisywała się u samego Gieysztora, „takiego jeszcze młodego”. Chodziła na zajęcia do Manteutfla, serdecznego kolegi ojca od wojny 1920 roku, pracę „Dyrekcja białych w Powstaniu Styczniowym” pisała pod kierunkiem Kieniewicza. Studiowała, a jednocześnie uczyła historii w wołomińskim gimnazjum. Po kilku latach spędzonych na Dolnym Śląsku, wróciła do Szkoły Podstawowej nr 1. Uczyła historii, języka polskiego i rysunków. Organizowała wycieczki, obozy wędrowne i nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu.

– Kiedyś w szóstej klasie miałam lekcję o epoce saskiej i baroku. Co będę się wygłupiała i tłumaczyła, wzięłam dzieci i poszłam do kościoła w Kobyłce. Chodzę po kościele, pokazuję, objaśniam, aż nadchodzi ksiądz i pyta: „A skąd pani to wszystko wie?” Burza się później rozpętała, dyrektora wezwali do komitetu partii: „Co pan sobie wyobraża, żeby Kwapiszewska procesje po kościołach prowadzała”.

Krystyna Kwapiszewska przyznaje, że była wymagającą nauczycielką.

– Ale u mnie było bardzo mało dwójek, bo dwójki to nauczyciel stawia sobie. Bo kiedy dziecko ma dwójkę: albo kiedy nie jest w stanie zrozumieć materiału, więc jest zupełnie niewinne, albo kiedy ja tak głupio tłumaczę, że do ucznia nic nie dociera. Do historii nie trzeba mieć talentu, wystarczy odrobina dobrej woli.

Dramat młodej Krysi Kwapiszewskiej polegał na tym, że była najmniejsza w całej klasie. Jedna z nauczycielek mówiła: „Krysiu, dobrego jest zawsze mało”. Natomiast na pytania koleżanek, gdzie była, kiedy ludzie rośli, odpowiadała: tam, gdzie ludzie mądrzeli.

Przez ostatnie dwa lata pracy Krystyna Kwapiszewska uczyła w liceum przy ulicy Sasina polskiego i historii, a w szkole wieczorowej geografii.

– Nigdy nie miałam dość. Mogłam być fizycznie zmęczona, miałam przerwaną przeponę, jedno wielkie sito. Bo mówiłam przez cały czas. A dzieci kocham bezinteresownie, im mniejsze, tym słodsze. Pyta pani, za co lubili mnie uczniowie? Rozumiałam ich. Tolerowałam wybryki, pod warunkiem, że nie wyrządzały nikomu krzywdy. Młodzież wcale nie jest taka zła. My też się zmieniamy, tyle, że w wolniejszym tempie. Młodzież sama nie produkuje narkotyków, to dorośli je rozprowadzają. Do tego dochodzi brak prawdziwych domów, rodzice albo cały czas pracują, albo spełniają wszystkie materialne zachcianki dzieci. Matka chodzi w starych ciuchach, a córka musi mieć wszystko od Diora. To chów, a nie wychowywanie.

Duchem mam osiemnaście lat

Rozmawiamy w ciepłym, jasnym, pełnym kwiatów i książek mieszkaniu Krystyny Kwapiszewskiej przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie.

– Duchem, jak nie spojrzę w lustro, to mam osiemnaście lat. Jak spojrzę w lustro – to na odwrót. Dlatego już nie robię sobie zdjęć. Nie nudzę się, chociaż na emeryturze jestem od 1977 roku. Moje ulubione zajęcia to haftowanie, malowanie, wycinanie, czytanie. Mam jeszcze ogród w Kuligowie, bo kocham przyrodę, lubię pracę w ziemi. Baran jest bardzo żywotnym znakiem, a do tego dochodzi jeszcze szybko reagujący znak ognia. Poza tym musi być coś w genach. Mój ojciec żył dziewięćdziesiąt jeden lat i do końca zachował trzeźwy umysł.

Pozostała chęć podróżowania

– Zwiedziłam czterdzieści państw. W Europie oprócz Anglii i Portugalii byłam wszędzie. Wędrowałam przez Północną Afrykę: Maroko, Tunis, Egipt. Byłam w Libanie, Izraelu, Indiach. Rosję zwiedziłam od Petersburga po Kaukaz. Najpiękniejsza jest Skandynawia. Kocham Norwegię, to zespolenie lasu, powietrza i wody. Liban widziałam jeszcze przed wojną, cudowny, nie zburzony. I w Bejrucie ta świadomość, że na nartach można wjechać prosto do morza. W Afryce najbardziej drażnił mnie brud. Tylko raz byłam w Indiach. Potworny kontrast, straszna nędza, choroby, trędowaci, umierające na ulicach dzieci. Było się czym zachwycać i nad czym płakać. Ale chciałabym jeszcze zobaczyć norweskie fiordy, wyspę św. Stefana w Jugosławii i meczet w Cordobie. Są takie miejsca, dokąd chciałabym wrócić. Gdyby zdrowie było.

Od pięciu lat Krystyna Kwapiszewska mieszka w Warszawie. Mimo to pozostał ogromny sentyment do rodzinnego miasta, wspomnienia z dzieciństwa i młodości, pamięć uczniów z lat okupacji. – Ale cała moja rodzina mieszka w Warszawie, a ja potrafię bardzo szybko zadomowić się w każdym miejscu.

Wcześniej mówię, niż myślę

W swoim życiu nic nie chce zmieniać, nawet, gdyby można było cofnąć czas.

– Dziękuję Panu Bogu za wszystko. Jeszcze widzę bez okularów, jeszcze mogę chodzić, pomagać innym. Osobiście niczego nie żałuję. Gdyby nie wojna, moje życie z pewnością potoczyłoby się inaczej. Miałam siedemnaście lat, w tym wieku powstają plany i marzenia na całe życie. Może zamiast historii byłaby sztuka? Taki był los. Nie miałam łatwego życia, ale za to bardzo ciekawe. Szlam przez Życie sama, sama podejmowałam decyzje i ponosiłam konsekwencje. Ale za to nie nudzi mi się w życiu. Boję się tylko, że nie zdążę zrobić wszystkiego, co chcę. Jestem zodiakalnym Baranem, urodziłam się 1 kwietnia, Bo jaki inny znak wytrzymałby tyle?

Nie lubi właściwie tylko chamstwa, wulgarnego zachowania, niszczenia publicznego mienia. Z tym Krystyna Kwapiszewska nigdy się nie zgodzi.

Ulubiona epoka nauczycielki historii to starożytność, czasy narodzin wszystkich nauk i sztuk, geneza naszej filozofii.

Siebie Krystyna Kwapiszewska lubi za…

– Lubię siebie za – nie wiem, za co lubię. U mnie złe jest to, że wcześniej mówię, niż myślę. Jestem typowym sangwinikiem.

Przez całe życie wyznawała jedną zasadę:

– Tak iść przez życie, żeby można było śmiało obejrzeć się w tył. Mieć czyste sumienie i świadomość, że się dało z siebie maksimum. I nie wymagać od życia za dużo, bo wtedy bardzo łatwo można się rozczarować. Ja chciałabym już tylko, żeby nie było gorzej. Żeby były te siły i zmysły działały jak potrzeba. Bo pomysłów mam jeszcze dużo.

Choć, jak zaznaczyła, nie przywiązuje szczególnej wagi do odznaczeń i nagród, to jednak Krystyna Kwapiszewska jest zadowolona z przyznanego jej tytułu „Zasłużony dla Wołomina”.

– Najważniejsza jest pamięć ludzka. Żebym nie wiem, ile milionów dostała, to jest nic. Więcej znaczy kwiatek i ludzie, którzy a mnie pamiętają, o tych czasach, kiedy byliśmy razem. Spotykamy się i coraz bardziej zaciera się granica między uczniem i nauczycielem. Żyjemy w społeczeństwie, które odchodzi, w tym plusquampertectum.

Wieści Podwarszawskie
nr 16, 1998

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.