Ulicą Długą nazywano obecną ulicę Legionów w Wołominie. Później zaczęto tej nazwy używać w stosunku do ulicy, która tę nazwę nosi do dziś. Ulica Długa to była w latach mojego dzieciństwa droga przez wieś Lipiny. Długa zaczynała się przy obecnej ulicy Sikorskiego, która kiedyś nosiła nazwę Ręczajskiej i ciągnęła się aż do obecnej ulicy Niepodległości, która wtedy chyba żadnej nazwy nie nosiła. Przynajmniej nie pamiętam.

Pozytywny wpływ

Jako ciekawostkę podam, że mój starszy brat, który urodził się w tym samym domu, nawet w tym samym pokoju co ja i pozostałe rodzeństwo, urodził się we wsi Lipiny w powiecie radzymińskim. Ja urodziłem się już w mieście Wołomin przy ulicy Długiej 26 A (opisywane wydarzenia będą dotyczyły przełomu lat 50. i 60. XX wieku). Dom stoi do dziś, i mimo „sędziwego” wieku około stu lat, ma się bardzo dobrze dzięki dbałości obecnego właściciela Witka Nowaka, za co jestem mu niezmiernie wdzięczny.

Po stronie północnej ulicy położone były działki z domami, dziś nazwalibyśmy je jednorodzinnymi. Wtedy nikt takich określeń nie stosował. Ta część terenu w jakimś fragmencie zachowała się do dzisiaj. Południową zaś stronę ulicy, a właściwie drogi przez wieś, zajmowały gospodarstwa rolne. Grunty rolne znajdowały się pomiędzy ulicą Długą a Lipińską, zwaną wówczas „Nową Drogą”. Nazwa ta funkcjonuje do dziś wśród dawnych mieszkańców. Taki relikt przeszłości. Niestety nazwa ta odchodzi w niepamięć, a używa jej już niewielu.

Nasz dom rodzinny stał po północnej  stronie ulicy, a dziadkowie-rodzice mojego ojca, Anna i Władysław Kielakowie, mieli gospodarstwo rolne prawie na przeciw naszego domu. Dziś w miejscu ich gospodarstwa stoją bloki. Dom, w którym mieszkaliśmy, a którego adres do dziś się nie zmienił, wybudowali dziadkowie, rodzice mojej Mamy – Zofia i Henryk Sawiccy. Dziadka nie poznałem. Zmarł osiem lat przed moim narodzeniem. Babcia zajmowała się nami i wywarła ogromny, niezwykle pozytywny, wpływ na moje życie. Dziadek z zawodu był mistrzem fryzjerskim i prowadził w domu swój skromy zakład. Z tego rzemiosła utrzymywała się cała rodzina.

Opowiadano mi i często o tym rozmawiano, że ulica Długa przed wojną była miejscem letniskowym, taka dzisiejsza agroturystyka. Pozostał z tego okresu jeden dom, wybudowany przez dziadka Władysława Kielaka tzw. „letniak”, który później, przez wiele lat służył jako normalny dom całoroczny pod adresem Długa 28. To mała drewniana oficyna. Stoi do dziś, chociaż ledwo się trzyma. Do tego domu przyjeżdżali ludzie z Warszawy na tzw. letnisko.

Życie codzienne

Ulica Długa to była zwyczajna, typowa, żwirowa droga przez wieś. Po deszczu zbierały się na niej kałuże. Pamiętam, że po każdej burzy, kiedy powietrze było pełne ozonu, dzieciarnia wybiegała na drogę i biegała po kałużach. To stanowiło dla nas wielką atrakcję. Największe kałuże zbierały się obok rozłożystej topoli przy zbiegu obecnej Długiej i Zakładowej. Naprzeciw tego miejsca znajdowała się tzw. „polanka”. Taką nazwą obdarzano każdy wolny kawałek ziemi, który przeznaczaliśmy na boisko piłkarskie. Taki ówczesny „Orlik”. Emocje grających i widzów sięgały poziomu tych, które towarzyszą dzisiejszej ekstraklasie. Mecze były elementem pewnego rytuału. Przychodziła niedziela i musiał odbyć się mecz chyba, że lał deszcz. To były czasy bez dostępu do telewizji. Odbiornik radiowy stanowił tzw. kołchoźnik, czyli radio rozprowadzane „po drutach”. Urządzenie emitowało jedną stację Polskie Radio Warszawa. Później pojawiły się radioodbiorniki tzw. lampowe, które posiadały zakres fal krótkich, dzięki czemu można było słuchać Wolnej Europy, Głosu Ameryki czy BBC. Słuchali wszyscy i wszyscy wiedzieli, że o tym się nie rozmawia z obcymi, tym się nie chwali w szkole.

W lecie zjawiskiem dziś już prawie niespotykanym były jaskółki, które zasiadały na przewodach elektrycznych, dosłownie od słupa do słupa, w kilku rzędach. To był ten niespotykany już dziś, niemożliwy do powtórzenia widok. Obserwuję dziś miejsca, gdzie jaskółek jest sporo, ale nie tyle, co wtedy.

Dzieciństwo bez smartfonów

Trudno mi dziś wytłumaczyć wnuczkom, że w dzieciństwie nie mieliśmy żadnych komputerów, smartfonów, „Ix Boxów”. „Komputerem” stawało się liczydło. Telewizory pojawiały się w kilku zaledwie domach, ale był jeden dostępny dla wszystkich w Domu Kultury Zakładów Stolarki Budowlanej. Dziś po tym miejscu nie ma żadnego materialnego śladu. Każdego dnia, na kolejny odcinek „Znaku Zorro”, „Złamanej Strzały”, „Bonanzy” czy innych filmów, nie nazywanych wtedy jeszcze serialami, z całej okolicy pędziły gromady dzieciaków. Telewizor miał przekątną może pół metra i tam, każdego dnia, dziesiątki dzieciaków z całej okolicy, z wypiekami na twarzy, śledziły losy swych bohaterów.

Graliśmy w różne gry. Bawiliśmy się „w wojnę”. Każdy sobie skonstruował jakiś „karabin”. Dzieliliśmy się na grupy. Nikt nie chciał być „Niemcem”. Ktoś zapyta, dlaczego bawiliśmy się w „wojnę”? Dziś o wojnie mówi się w zupełnie innym kontekście. Wtedy to było doświadczenie żywe, ciągle obecne w ludzkiej świadomości. Jeszcze nie uprzątnięto wszystkich spalonych pod Wołominem, czołgów z bitwy pancernej z 1944 roku, a koledzy przynosili do szkoły proch z rozmontowanych pocisków artyleryjskich. Rany wojenne były świeże. Ciągle o tym mówiono. Nie kończyły się opowieści o okrucieństwie wojny, o tych, którzy z niej nie wrócili, pozostali na Zachodzie. Wspominaliśmy tych, którzy zginęli, okoliczności, w jakich to się stało. Codzienność przynosiła jednak nowe doświadczenia.

Graliśmy więc w palanta, taką polską wersję baseballa. Rozgrywki trwały ciągle, a potrzebne do tego były: kij „bejsbolowy”, zastępowany przez jakąś jego namiastkę. Potrzebna była także piłka „palantowa”. Piłka tenisowa stanowiła pewien luksus. Potrzebne było także znalezienie przestrzeni i zorganizowanie dwóch drużyn. Emocje sięgały zenitu, ale zawsze dobrze się kończyło.

Nadzieja umiera ostatnia

W mojej pamięci pozostało jeszcze jedno wspomnienie. W radiu emitowano codziennie audycję Skrzynka Poszukiwań PCK. Pojawiały się w niej ogłoszenia o tym, kto kogo poszukuje. Codziennie w porze tej audycji moja babcia siadała przed „kołchoźnikiem” i z wielką nadzieją wsłuchiwała się w ogłoszenia. Czekała, że może odnajdzie się jej syn, a mój wujek Zygmunt Michalik, który dostał się do niewoli w czasie kampanii we wrześniu 1939 roku. Mimo że oficjalnie zawiadomiono o śmierci wujka w obozie jenieckim w Strasburgu, pozostawała iskierka nadziei, która przecież umiera ostatnia. Wspomnienie wojny i lat przedwojennych pojawiało się w niekończących się opowiadaniach. Wielokrotnie słyszałem opowieści mojego ojca o działaniach wojennych z 1939 roku, o tym jak zostali otoczeni i rozbrojeni przez Armię Czerwoną w miejscu, które ojciec opisywał jako teren „między Zdołbunowem a Dubnem”. Dziś to miejsce położone na Ukrainie. Ojciec w 1939 roku służył w 1 Pułku Lotniczym, na najnowocześniejszym lotnisku wojskowym w Małaszewiczach pod Brześciem. Wycofywał się do Rumunii i tam zastał go pamiętny 17 września. Wiele było tych opowieści o konspiracji, o wywózkach na przymusowe roboty do Rzeszy, w końcu o tym, jak mojego ojca i stryja koniec wojny zastał w Magdeburgu, dokąd byli wywiezieni jako robotnicy wraz z innymi mieszkańcami Lipin. Opowiadali też o ich powrocie do domu. Także o wysiedleniu w 1944 roku przed nadchodzącym frontem. W takiej atmosferze dorastaliśmy.

Wiedzę o świecie, o sytuacji politycznej czerpano z Wolnej Europy. Już wtedy nie wierzono oficjalnym wiadomościom. Żartowano sobie: „Tu rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa – podajemy prawdziwe wyniki Toto-Lotka”.

Wiele mówiąca przestrzeń

Wróćmy jednak do dziecięcych spraw. Pamiętam, jak uroczyście uruchomiono przystanek kolejowy Słoneczna. Przyjechała lokomotywa parowa, przecinano wstęgę, a aktu tego dokonał ówczesny sołtys Lipin pan Stefan Kacprzak, którego przezywaliśmy „Kiekuś” albo „Kiko”. Lokomotywa całą mocą swojego gwizdka obwieściła światu, że przystanek kolejowy Wołomin-Słoneczna został uroczyście otwarty. Autorem nazwy „Słoneczna” był pan Lipski, główny księgowy Zakładów Stolarki Budowlanej, a także inicjator budowy osiedla Słoneczna i bodajże pierwszy prezes tej Spółdzielni Mieszkaniowej „Słoneczna”. Wtedy nie było jeszcze mowy o osiedlu mieszkaniowym. Zaczęło powstawać około 1958 roku. Stolarka potrzebowała ludzi do pracy i mieszkań dla pracowników. Na terenie późniejszego osiedla rozciągały się wydmy żółtego piasku porośnięte gdzieniegdzie krzakami wikliny. Był to teren po wyciętym podczas wojny lesie. W miejscu, gdzie dziś stoi blok o numerze 4 postawiona została wieża triangulacyjna. Na szczyt prowadził system drabin. Dawniej podczas prawie każdej burzy wybuchał pożar. Gdy zawyły syreny strażackie, grupa chłopaków z Długiej biegła, by wejść na wieżę i zobaczyć, gdzie się pali. Drabiny były „takie sobie”, ale nie słyszałem, by ktoś spadł.

Latem chodziliśmy się kąpać na „trzeciak”, taki niby „zalew”, tuż przed mostem kolejowym w Zagościńcu. Zimą, a każdej zimy śniegu nie brakowało, jeździliśmy na sankach i łyżwach, przykręcanych do butów. Atrakcją szczególną były mecze hokejowe rozgrywane na zamarzniętych stawach u państwa Ciechomskich. Kije do hokeja były przeróżne, od zakrzywionego kawałka gałęzi począwszy, po skręcone dwa kawałki drewnianej listwy.

Przypomina mi się pewne zdarzenie, którego wstydzę się do dziś. Taki głupi szczeniacki „dowcip”. Otóż pewnej zimy bawiliśmy się na podwórku. Pojawiła się spora grupa dzieciaków. Temperatura gdzieś około minus piętnastu stopni i mnie do głowy przyszedł szatański pomysł. Sprowokowałem moją siostrę Ewę, by językiem dotknęła do kłódki. Ona oczywiście w akcie przekory, o który mi chodziło, dotknęła. Język jej się przyczepił do zmarzniętego metalu. Cierpiała bardzo. Gdy ojciec dowiedział się o tym, nie było mi już do śmiechu. Później, jako ludzie dorośli, wielokrotnie śmialiśmy się z tego z siostrą. Wybaczyła mi, ale wstydzę się tego nadal, mimo że upłynęło od tego zdarzenia ponad pół wieku. Dlatego dziś publicznie przyznaję się do winy.

Atrakcje w gospodarstwach rolnych

Zupełnie osobną sprawą były „atrakcje” związane z gospodarstwami rolnymi. Pola ciągnęły się od ulicy Długiej do „Nowej Drogi” czyli obecnej Lipińskiej. Były to niewielkie gospodarstwa, ale uprawiane niezwykle starannie. Dawały zadowalające plony. Pamiętam, że wielką atrakcją było młócenie zboża. Określonego dnia przyjeżdżała ekipa z maszyną do młócenia, dla nas dzieci „cudem techniki”. Maszynę napędzał pas transmisyjny ze spalinowego silnika diesla tzw. esiaka. Każdy gospodarz organizował ekipę 7- 8 osób. Wyciągało się snopki ze stodoły, podawało na maszynę. Tam je rozwiązywano a następnie po przejściu przez maszynę ponownie związywane wracały do stodoły. W młockarni kłosy były omłócone z ziaren i odwiane z plew. Robiliśmy takie specjalne wiązadła ze słomy. Pracowało się w określonym tempie i rytmie, aby cały zespół funkcjonował prawidłowo. Jako uczeń szkoły średniej uczestniczyłem w tych pracach pomagając sąsiadom i rodzinie. Obserwowałem jedność między ludźmi we wspólnym działaniu.

Dziś niewielu mieszkańców osiedla Niepodległości zdaje sobie sprawę z tego, że była tu, jeszcze nie tak dawno, zwyczajna wieś z uprawnymi polami. Tu w rytmie przyrody ludzie wychodzili do prac polowych. Pola żywiły wiele rodzin. Były źródłem utrzymania. Wiosną orki i zasiewy, sadzenie ziemniaków, latem żniwa a wczesną jesienią wykopki i siew ozimin. Pasły się tu krowy, w chlewikach hodowano świniaki, piały koguty, gdakały kury, gęgały gęsi, a po polach biegały zające i fruwały kuropatwy. Pola przecinał, mniej więcej na wysokości dzisiejszej Kościelnej, rów. Płynęły nim różne rzeczy. Ścieki z huty też. Nad tym rowem prowadziła ścieżka, którą ludzie z okolicy chodzili do kościoła. Pamiętam takie obrazki, że w lecie panie z okolicznych wiosek szły boso trzymając w ręku buty. Przed wejściem do kościoła, w najbliższym domu przy studni, myły nogi, a po wyjściu z kościoła znów te buty zdejmowały i szły do domu boso. Chodzenie boso było czymś normalnym, zwyczajnym i oczywistym. O płaskostopiu mało kto słyszał.

Zmiany, zmiany, zmiany…

Znów wrócę do lat dziecięcych. Najmłodsi byli chyba bardziej szczęśliwi, wybiegani, często umorusani. Było biednie, ale cieszyliśmy się tym, co było. Dziś ulica Długa jest zupełnie inną drogą. Śladów opisywanych lat prawie nie ma… Po wywłaszczeniach, pod budowę osiedla Niepodległości, w latach 70. i 80. XX wieku rozebrano domy, wycięto drzewa, a ludzie zamieszkali gdzie indziej. Część na osiedlu Lipińska, część w innych miejscach. Ulica Długa przestała istnieć, pozostała tylko w naszych wspomnieniach.

Jerzy F. Kielak
Rocznik Wołomiński
tom XIII, 2017

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.