Gospodarny Wołomin – wspomnienia i teraźniejszość

Było więc tak: w dniu 10 sierpnia 1914 roku powołany został Komitet Obywatelski wraz ze Strażą Obywatelską. Rozpoczęła się budowa osady fabrycznej-miejskiej, według wcześniejszego projektu inż. Henryka Wojciechowskiego. W roku 1916 okupacyjne władze niemieckie zgodziły się na wydzielenie osady miejskiej Wołomin z gminy Ręczaje. Jednakże prawną datą powstania miasta jest dekret o samorządzie miejskim z dnia 4 lutego 1919 r., podpisany przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, prezydenta ministrów Ignacego Paderewskiego i ministra spraw wewnętrznych, Stanisława Wojciechowskiego.

Naturalną konsekwencją tego faktu, w dniu 9 marca 1919 roku, Rada Gminna gminy Wołomin zdecydowała swój skład osobowy przemianować na Radę Miasta, a dotychczasowego wójta gminy Wołomin – Józefa Lewańskiego, wybrano na pierwszego burmistrza Wołomina. Na posiedzeniu Rady w dniu 29 czerwca 1919 r. postanowiono m. in. rozwiązać problem elektrycznego oświetlenia miasta i uchwała tego posiedzenia zaowocowała zakupieniem oraz uruchomieniem dwóch dynamomaszyn, wytwarzających prąd. Elektrownia przy ulicy Daszyńskiego miała sporo szczęścia – w dniu 3 września 1939 roku, gdy podczas korsarskiego nalotu Luftwaffe na nasze miasto, jedna ze zrzuconych bomb o dużej mocy niszczycielskiej, wymierzonej w elektrownię spadła w odległości mniejszej od 1 metra… i nie eksplodowała. Tuż przed dniem 1 września 1939 r. elektrownia otrzymała dostawę dużej cysterny kolejowej paliwa dla swych dynamomaszyn, co pozwoliło na pewien okres czasu uniknąć kłopotu energetycznego.

Należy pamiętać, że Wołomin posiadający wspaniale działające połączenie kolejowe z całym krajem, a przy tym mający przemysłowy charakter, co w dużym stopniu czyniło go gospodarczo samowystarczalnym – stał się magnesem przyciągającym nowych mieszkańców.

Moja inauguracja w nowym miejscu zamieszkania, po wykorzystaniu oferty parcelacyjnej pana dziedzica Wojciechowskiego przez moich rodziców, niestety – wypadła w bardzo nieprzyjemnym historycznie okresie. A było tak: po zainstalowaniu się rodziny w miesiącu maju roku 1926 w Wołominie, moja Mama po porannym powrocie z miasta, oświadczyła nam dzieciom, że w mieście nie mogła kupić żadnego pieczywa i innych potrzebnych wiktuałów. Udało się jednak zakupić u młynarza Icka Skrobacza, który przemielał wyłącznie ziarno żyta – kilka kilogramów mąki żytniej – na szczęście białej, a nie tzw. razówki. Z tej właśnie mąki będziemy musieli codziennie jeść zacierki – na mleku gotowane. Z mlekiem nie było kłopotu, bo hodowla krów była niezależna od wydarzeń, które spowodowały przerwanie wypieku pieczywa i dostaw innych produktów żywnościowych. Takie to były czasy, że rolnikom wszystko opłaciło się hodować, siać i sadzić. Ta opłacalność a pewnie i tradycyjna pracowitość rolników powodowała, że w każdy czwartek, obszerny plac targowy zwany obecnie Placem 3 Maja, zapełniał się wozami rolników przyjeżdżających ze swymi produktami. Przywożone ilości masła, śmietany, serów twarogowych, ziemniaków i warzyw – całkowicie wystarczały na zaopatrzenie ludności Wołomina. Pomnę, że szlagierem czwartkowych jarmarków był wiejski razowy chleb, wypiekany na liściach chrzanowych, przez pracowite gospodynie z okolicznych wiosek.

Niestety, w maju 1926 roku również i ten zwyczajowy spichlerz miasta zawiódł całkowicie i jedynym ratunkiem okazały się zacierki z żytniej mąki. Po kilku dniach bratobójczych walk, gdy umilkły już strzały – rozpoczął się powolny powrót do normalnego zaopatrzenia w środki żywnościowe – również w naszym mieście, l tu, okazało się, że Wołomin dysponuje bogatą bazą produkcyjną. Podstawowy artykuł w żywieniu mieszkańców miasta i okolic, pieczywo – produkowały piekarnie panów piekarzy, których nazwiska postaram się przekazać. A więc, są to wyłącznie panowie: Jan i Stanisław Żmudzcy, Streich, Kubiak, Garbolewski, Osiński, Kozłowski, Spodniewski, Michalski a także – Zylbersztein, Asz i Szulman. To szacowne grono uzupełniali niemniej potrzebni rzemieślnicy, specjaliści z branży mięsnej. Byli to panowie: Włodarski, Meske, Ciuk, Różanek, Krzyżanowski, bracia Stanisław i Leonard Zawiszowie, Gorączkowski, Górski, Andrzejewski, Baczyński i znów Zylbersztein. Ciekawostką był tu fakt, chyba powszechnie już zapomniany, a mianowicie: na początku lat trzydziestych, posłanka (Prystorowa?), zgłosiła Marszałkowi Sejmu wniosek o zlikwidowanie monopolu rytualnych rzezaków na koszerny ubój bydła, przeznaczonego dla konsumentów Polaków i Żydów, i pozostawienie rzezakom tylko tej części, która jest przeznaczona dla konsumentów Żydów.

Wniosek posłanki stał się Ustawą i odtąd rzeźnicy Polscy rozszerzyli swą bazę surowcową, a konsumenci mięsa wołowego Polacy – nie opłacali już pracy rzezaka – pracownika gminy żydowskiej. Warto tę informację uzupełnić tym, że ortodoksyjna część ludności żydowskiej, posługiwała się pracą rytualnego rzezaka w uboju drobiu. Siedziba tego fachowca znajdowała się przy ulicy Moniuszki – dawniej Lipowej. Obok tej mini rzeźni, w obszernym budynku z dębowych bali, prowadził niezwykle pożyteczną dla mieszkańców miasta i okolicy wytłaczalnię oleju lnianego i makuchów pastewnych dla bydła – inny wyznawca religii mojżeszowej. Pośród obszernego sadu owocowego przy ulicy Legionów, król ówczesnego pszczelarstwa, pan Lange, cieszył się z pracowitości swych licznych rodzin pszczelich, te zaś – obdarzały materialnie swego opiekuna, a dodatkowo – przyczyniały się do uzyskiwania wysokich urodzajów u okolicznych rolników i sadowników. Współzależność niektórych branż gospodarczych, ilustruje świetnie sprawa produkcji kaszy gryczanej. Pan Taub, właściciel młyna przetwarzającego wyłącznie grykę w swym zakładzie sąsiadującym z synagogą przy ul. Lipowej, promował w różny sposób wśród okolicznych rolników… zasiewy gryki. Wysokie zbiory gryki, zapewniały właścicielowi młyna kaszowego ciągłość produkcji i zysk z produkcji popularnych kasz „krakowskich”, a wołomińskim piekarzom surowiec do konkurencyjnego wypieku chleba „gryczkowego”.

Pszczelarz, pan Lange, miał swój udział w satysfakcji z oglądania łanów „gryki jak śnieg białej”, gdyż jego pracowite pszczoły – miały wspaniały „pożytek” z kwiatów tej rośliny.

Przewaga liczebna następców mistrza Jana Kilińskiego była ogromna, gdyż przekraczała dwie setki rzemieślników w okresie poprzedzającym wejście na rynek obuwniczy czeskiej firmy „Bata”. Krawiectwo wołomińskie, stanowiło liczebnie około 10% liczby szewców. Ale w tym przypadku, nie ilość a jakość świadczyła o popularności tego zawodu w naszym mieście. Godzi się wymienić chociaż takie nazwiska jak: Goździk, Jan Piwowarski, Chyb, Dawid Majerowicz i właściciel pracowni przy ul. Legionów – Puchalski, który w ostatnim czasie – zataił się w mojej pamięci, czego bardzo żałuję.

Po przeprowadzeniu parcelacji dużego obszaru majętności pana dziedzica Wojciechowskiego, rozpoczął się złoty okres budownictwa jednorodzinnego, który wytworzył duże zapotrzebowanie na rzemieślników branży budowlanej. Domy kolejarzy, tramwajarzy, wojskowych, mających ustabilizowane dochody – rosły jak grzyby po obfitym deszczu.

Osoby i rodziny spoza w/w kręgu mieszkańców Wołomina, utrzymujący się z pracy rąk, znajdowały zatrudnienie w miejscowych zakładach, jak np. obydwie huty – „Vitrum” i „Praca”, produkujące niemal wyłącznie butelki dla zakładów spirytusowych w całym kraju, dawały pracę i byt setkom dobrych fachowców i ich rodzinom. Huta „Vitrum” oprócz skromnej płacy, nieco niższej niż otrzymywali ich koledzy zatrudnieni w hucie „Praca”, dawała wielu pracownikom skromne mieszkania. Huta „Praca” – stanowiła zespół udziałowców kapitałowych stanowiących jakby elitę tego zawodu. Ta właśnie huta, posiadała znakomicie wyszkoloną – własną straż pożarną. Zarabiało się tu o 10 zł więcej na każdym szczeblu strukturalnym. Interesująco kształtowały się relacje między płacą majstra hutniczego, która wynosiła 130 zł miesięcznie – a ceną 1 kg cukru, który kosztował 1 zł.

Na północ od centrum miasta (Górki Mironowskie) i na południe od dzielnicy Lipiny-Kąty, zdobiły topograficznie pejzaż miasta piaszczyste wzniesienia. Piasek z tych wzniesień okazał się znakomitym surowcem dla wytopu masy szklanej. Rozpoczęła się bezlitosna eksploatacja obydwu wzniesień, przez obydwie wołomińskie huty.

Nim osiągnięto zerowy poziom północnego wzniesienia, reżyser filmowy z wołomińskim rodowodem, pan Nasfeter – zbudował na jednym z nich makietę klasztoru Jasnogórskiego i na niej rozegrał całą akcję filmu: Przeor Kordecki obrońca Częstochowy. Wołomińscy bezrobotni, zatrudnieni przy realizacji tego filmu jako statyści, otrzymali zapłatę w wysokości 3 złote za dzień zdjęciowy. Wzniesienie południowe, służyło Kolejowemu Przysposobieniu Wojskowemu – jako osłona dla ćwiczeń strzeleckich. Przejawem gospodarności mieszkańców miasta, a jednocześnie – ilustracją panującej biedy – było zbieractwo przedmiotów szklanych (butelek), które miejscowe huty – skupowały jako cenny surowiec do wytopu szkła – płacąc 5 gr. za kilogram. Obydwu stronom to się opłaciło! Ważne znaczenie dla gospodarki obejmującej obszar miasta, jak i okolicznych wiosek – miały kuźnie prowadzone przez znakomitych fachowców. Moja pamięć, zarejestrowała tu następujące nazwiska panów kowali: Tomasz Bieś, ojciec piłkarskiego Asa drużyny „Huraganu”, Rudnik, Burakowski, dwaj bracia Żuławnik (dwie kuźnie), Milczarek.

Działał produkcyjnie Obywatelski Związek Kobiet, który w liczbie kilkudziesięciu bezrobotnych członkiń posiadających singerowskie maszyny do szycia, wykonywał wojskową, żołnierską bieliznę. W miejscu, gdzie obecnie funkcjonuje na powierzchni 1500 m dom towarowy zbudowany przez „Społem” – Powszechną Spółdzielnię Spożywców w Wołominie, pracował zakład metalurgiczny z odlewniążeliwa gospodarskiego włącznie. Zakład ten, zatrudniając około 100 osób, specjalizował się w produkcji łóżek i stołów operacyjnych szpitalnych, oraz zamków typu „yale”. Byłem świadkiem zniszczenia tego zakładu przez pocisk ciężkiej artylerii niemieckiej, jesienią 1944 roku, gdyż stałem w momencie eksplozji pocisku wystrzelonego z działa kolejowego – w odległości 150 metrów, w narożniku ulic Wileńskiej i Legionów. Szczęśliwie – uniknąłem zranienia a nawet kontuzji.

W centrum miasta pracowały i zatruwały powietrze dwie garbarnie. Jak się je wówczas nazywało – niemiecka i żydowska. Tej pierwszej, właścicielem był pan Bajer, tej drugiej zaś – pan Blimbaum. Ta druga, utrwaliła się w sposób szczególny w mojej pamięci. Będąc uczniem klasy VII w roku szkolnym 1932-1933, siedziałem w Szkole Podstawowej Nr 1 w Wołominie przez cały rok szkolny w jednej ławce z kolegążydem – Szlamą Stalikiem. Jakież było moje zdziwienie i niekłamana radość, gdy jesienią roku 1944, spotkałem na ulicy Sienkiewicza tuż obok garbarni pana Blimbauma – swego szkolnego kolegę, Szlamka Stalika. Był w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. W ówczesnej sytuacji militarnej i politycznej (w Wołominie rezydowała jednostka wojskowa, szpital i NKWD, które niestety – nie tylko rezydowało), nasza rozmowa oczywiście była ograniczona tematycznie. Usłyszałem tylko, że swe ocalenie z Holocaustu – Szlamek zawdzięcza tylko dzięki temu, że był ożeniony z córką garbarza Blimbauma. Jego cała rodzina – zginęła w Treblince. Usłyszałem też, że Szlamek zamierza emigrować – jak tylko się da, najszybciej. Nigdy więcej nie spotkaliśmy się.

Nowy, potężny rynek pracy w okresie powojennym, udało się stworzyć znakomitemu tandemowi burmistrzowskiemu – panom Chabrowskiemu i Alfredowi Szczerbickiemu. Niepospolite zdolności menadżerskie pana Szczerbickiego, zaowocowały sprowadzeniem do Wołomina Oddziału Przedsiębiorstwa Poszukiwań Nafty i Gazu, które z dnia na dzień zbudowało na nieużytkach rolnych potężną bazę materiałową, duży biurowiec i kilka bloków mieszkalnych, dla ściągających tu do pracy specjalistów. Wkrótce sformowane ekipy poszukiwaczy ropy naftowej, wyjeżdżać zaczęły z Wołomina w okolice kraju, które geolodzy uważali za dające szansę na znalezienie tzw. „wielkiej nafty”. W ten sposób, Wołomin wzbogacił się o duże grono dobrze zarabiających fachowców naftowych, nie stroniących od pasji społecznikowskiego udziału w rozwoju miasta. Był tylko problem braku miejsc pracy dla kobiet, lecz poradzono sobie z nim – choć nie do końca. Około roku 1950 powołano do życia Spółdzielnię Pracy branży krawiecko-bieliźniarskiej o nazwie Pożyteczna, gdzie zostało zatrudnionych kilka dziesiątków kobiet i kilku mężczyzn.

Milowym krokiem w mnożeniu miejsc pracy, a tym samym w rozwoju miasta okazało się zorganizowanie i zbudowanie około roku 1960 zakładu produkującego stolarkę budowlaną. Wykorzystano w tym przypadku potężny ruch w budownictwie mało i wielkomieszkaniowych bloków komunalnych i spółdzielczych. Po kilku latach nastąpił renesans w hutach szklanych, które utworzyły wspólną dyrekcję. Wykorzystując istniejącą bazę materiałowąi wejście do produkcji nowej technologii wnoszonej coraz częściej przez absolwentów Technikum Szklarskiego w Wołominie, rozpoczęto produkcję szkła laboratoryjnego, wyrobów ze szkła żaroodpornego i wkładów do termosów. Część tych wyrobów – szła na eksport. Władze miasta kontynuowały dzieło cywilizowania nawierzchni ulic, rozpoczęte tuż przed wojną, przez najpierw komisarza, a później burmistrza – pana Cicheckiego.

Wspominając rozwojowe działania władzy miejskiej – nieco się rozmarzyłem, myśląc: jak by dobrze się stało, gdyby na doradcę władzy miejskiej, udało się powołać byłego wiceburmistrza – pana Alfreda Szczerbickiego! Kolejną gałęzią w rozwijającym się mieście – był handel. Przy dużym udziale kupców wyznania mojżeszowego, również kupcy Polacy dawno już zapomnieli o awersji polskiej szlachty – do uprawiania tej intratnej profesji. Długoletni prezes Stowarzyszenia Kupców Polskich a jednocześnie: Prezes Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości, skarbnik i szczodry sponsor Rady Parafialnej przy wznoszonym kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, członek Zarządu Ochotniczej Straży Pożarnej w Wołominie pan Feliks Koprowicz, prowadził największy w tamtym czasie wielobranżowy sklep, przy ulicy Kościelnej. W narożnym domu przy tejże ulicy Kościelnej i Przechodniej, królowała pełniąc funkcję kasjerki – pani o senatorskiej aparycji – Felicja Rebandel. Prawą ręką pani Rebandel był pan Kazimierz Dobrowolski, którego córka przejęła po ojcu powołanie kupieckie i prowadzi obecnie pracownię i sklep cukierniczy „Pod Dębem.” Na tej ulicy, ulokował swój sklep branży alkoholowej, inwalida wojenny – pan Banaś. Uważam za pożyteczne objaśnić, że w tamtym czasie, biedne porozbiorowe Państwo Polskie, nie posiadało funduszy na wypłatę rent, ale chcąc stworzyć warunki bytowe inwalidom – dawało im tak zwane „koncesje” na sprzedaż alkoholi; skutkowały one „na okaziciela” i można je było wydzierżawić. A oto inni polscy kupcy: Paweł Esz, Zygmunt Wróbel, bracia Aleksander i Czesław Piocharscy, Henryk i Jan Żmudzcy, drogista Stefan Matreś i restaurator Mieczysław Połonecki. Inni, może nawet liczniejsi – to efemerydy krótkotrwałe.

Kupiectwo żydowskie – to przede wszystkim: Abram Goldwaser – sklep i magazyn hurtowy mąki i cukru, mieszczące się obok Szkoły Nr 1, na posesji po wyburzeniu budynków – włączonej do boiska szkolnego. Firma Cukier, ulica Sikorskiego nr 2, prowadząca sprzedaż artykułów żywnościowych, węgla i nafty. Powszechnie znany był też kupiec o przezwisku „Grosiczek”. Posiadał też nazwisko – Radzymiński. Przezwisko uzyskał z powodu stosowania w swoim sklepie konkurencyjnej ceny 1 kilograma cukru – 99 groszy! Ceną obligatoryjną był 1 złoty.

Niewątpliwie bardzo znaczącą postacią w światku handlowym był pan Tejblum, prowadzący sprzedaż drewna budowlanego, a nawet całych budynków w stanie konstrukcyjnie surowym. Swój salon ekspozycyjny szef firmy ulokował na narożnym własnym placu w doskonałym miejscu: Plac Górnośląski – ul. Lipowa (Moniuszki). Dla godnej siebie siedziby mieszkalno-biurowej pan Tejblum wybudował w bliskim sąsiedztwie, przy ulicy Kościelnej dwupiętrowy dom, w którym po roku 1944 gospodarowała Rolnicza Spółdzielnia „Odrodzenie”, później zaś Powiatowy Komitet PZPR, i obecnie – znów Spółdzielnia Rolnicza. Jestem przekonany, że sąsiadujący z tym domem sklep pana Morgenszterna, tylko dlatego zadomowił się w mojej pamięci, że w witrynie sklepu, znajdował się szyld o treści: „Kto grosza szanuje – ten u Morgenszterna kupuje.”

O dwa domy dalej, sklep włókienniczy prowadził pan Laskowski – chyba Josek. Był to inteligentny kupiec – radny miasta Wołomin. l w tym przypadku pewne wydarzenie pomogło mi obecnie przypomnieć, że to właśnie pan Laskowski, posiadacz rzadkiego w tamtym czasie lampowego aparatu radiowego przekazał mi wiadomość o śmierci Józefa Piłsudskiego. Następny dom – to lokal sklepowy firmy Topól, ze sprzedażą artykułów gospodarstwa domowego. Sklep jak sklep, ale jego właścicielka, sympatyczna i urodziwa pani Topól… była bliską krewną amerykańskiego aktora, kreującego główną rolę Tewiego Mleczarza w filmie Skryzpek na dachu. Pan Topól aktor, przed kilku latami przyjechał do Wołomina popatrzeć na swój dom rodzinny.

W niewielkiej odległości od domu rodziny Topól, ale już na posesji ulicy Przechodniej pod nr 2, stoi do dnia dzisiejszego rozpaczliwie prezentujący się parterowy murowany dom. W tym domu funkcjonował Żydowski Bank Handlowy, w którym jako praktykant handlowy – załatwiałem wekslowe sprawy swoich mocodawców. Ciekawe, czy obecny właściciel tego domu, pomyśli kiedyś o remoncie? Mocnym akcentem, kończącym temat żydowskiej obecności gospodarczej w Wołominie, będzie następujące wydarzenie: Pewnego dnia, w dekadzie lat sześćdziesiątych, idąc ulicą Kościelną, usłyszałem za sobą wołanie: Witek, Witek. Ponieważ nie jest to moje imię – nie oglądając się, szedłem dalej w kierunku domu, w którym mieszkałem. Po chwili ktoś podbiegł do mnie i spojrzał na moją twarz. Zawiedziony, powiedział – przepraszam pana, pomyliłem się – bo jest pan podobny do mojego piłkarskiego kolegi – Witka Cieślaka z wołomińskiego „Huraganu”, z którym grywałem w piłkę. Wówczas i ja przyjrzałem się mojemu rozmówcy, a ponieważ dobrze orientowałem się w światku piłkarskim Wołomina – zidentyfikowałem mężczyznę, jako byłego piłkarza żydowskiego klubu sportowego „Makkabi”. Wyjaśniając do końca nieporozumienie, powiedziałem: przykro mi, że spotkał pana zawód, aleja na pewno się nie pomylę, gdyż rozpoznałem pana – jest pan piłkarzem „Makkabi” i to jednym z lepszych. Słysząc to, mój żydowski sportowiec, niemal rozpłakał się ze wzruszenia, że w tym teraz dla niego obcym mieście – ktoś go zna i pamięta. By usunąć ewentualne możliwości mojego blefowania, wydobył portfel z wielu fotografiami piłkarzy „Makkabi” i wskazując poszczególnych graczy – pytał mnie o ich nazwiska. Bez trudu rozpoznałem: to jest wasz bramkarz, wołaliście na niego „Kaczka”, bo będąc piekarzem – miał charakterystyczny kaczy chód. Ten to jest obrońca, malarz Szapiro, a ten – to wasz As ataku, Aaronek Asz, syn piekarza, którego „Huragan” chciał skaperować na swego łącznika. l wtedy, mój rozmówca przekonany do końca, zaproponował mi pójście do restauracji – celem pomówienia o interesach. Odmówiłem, gdyż wiedziałem, że żona czeka na mnie z obiadem, ale zapytałem – jakie to interesy on chce mi zaproponować. Okazało się, że chodzi o sprzedaż pożydowskich nieruchomości, do czego były piłkarz „posiada plenipotencje”, a będą mu do tego potrzebne informacje, które ma nadzieję otrzymać od mojej osoby. Jako wynagrodzenie za udzieloną mu pomoc, mogę otrzymać bez żadnej zapłaty, jedną z nieruchomości, którą sam sobie wybiorę z licznej oferty.

Bez namysłu odpowiedziałem odmownie, ale dowiedziałem się – w jaki sposób nieruchomości pożydowskie nie pozostały bezpańskie. Po tak zwanym „wyzwoleniu” i powołaniu do życia PRL, organizatorem i twórcą administracji ekonomicznej kraju, pod nazwą Państwowa Komisja Planowania Gospodarczego – został pan Hilary Minc, bliski krewny drogisty wołomińskiego, oczywiście również noszącego to nazwisko, a prowadzącego sklep drogeryjny w Wołominie przy ulicy Legionów. Ministrem handlu wewnętrznego – został pan Sznajder, znany powszechnie jako eks sędzia meczów piłkarskich. On też powołał do życia Przedsiębiorstwo Handlowe pod nazwą Państwowa Centrala Handlowa, które w Wołominie uruchomiło trzy sklepy branży żywnościowej i hurtownię tych towarów, korzystając z pomieszczenia obecnie funkcjonującego kina „Kultura”.

Będąc od kilku miesięcy pracownikiem PCH, obywatel Zdzisław Michalik, został mianowany kierownikiem rozwojowej filii tej Centrali, w zakresie sklepów. W tamtym okresie czasu, Władze Państwowe rozpoczęły w skali całego kraju – tak zwaną „bitwę o handel” – co oznaczało w praktyce… likwidację handlu prywatnego. Jak to stało się już zwyczajem, co pewien czas zarządzano reformę w organizacji handlu.

Obecnie słowo reforma – zostało zastąpione eleganckim słowem – „restrukturyzacja”, które stanowi remedium naprawcze w każdym przypadku wystąpienia kłopotów w każdej instytucji i przedsiębiorstwie. Przy okazji dokonuje się manewrów kadrowych.

W ramach reformy w handlu władze postanowiły, że Centrala Handlowa, będzie prowadziła wyłącznie działalność hurtową, zaś handlem detalicznym będzie zarządzała spółdzielczość – miejska w odniesieniu do miast, a więc „Społem” i wiejska w odniesieniu do wiosek – czyli Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”. W Wołominie – nie było Spółdzielni „Społem”, więc postanowiono ją zorganizować, na bazie sklepów przejętych od PCH, które w międzyczasie – zostały przejęte przez Spółdzielnię Spożywców „Społem” – w Zielonce. W dniu 1 Lipca 1950 roku uroczyście powołano do życia „Społem” – Powszechną Spółdzielnię Spożywców w Wołominie, jako samodzielne przedsiębiorstwo, rządzące się własnym Statutem i zrzeszone w Centralnym Związku Spółdzielni Spożywczych w Warszawie. Nowo zorganizowana PSS Wołomin, w formie wiana otrzymała od tutejszej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” około 10 sklepów, głównie branży mięsnej, 1 piekarnię, 2 masarnie, jedną ubojnię, a oprócz tego… pokaźną ilość zarejestrowanych członków-udziałowców, mieszkańców miasta. Poważną pomocą dla nowicjuszki było skierowanie do niej kilku kompetentnych pracowników, przeszkolonych już w Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Jednocześnie PSS została obarczona trudnym do spełnienia obowiązkiem zaopatrzenia mieszkańców miasta w artykuły żywnościowe, gdyż była w dziedzinie handlu detalicznego monopolistą. Ten trudny obowiązek, PSS z powodzeniem wykonywała, pomnażając szybko swą zamożność.

Widocznątego oznaką było zbudowanie budynku – siedziby Zarządu i biura Spółdzielni, na posesji narożnej ulic Miłej i Mickiewicza. Po kolejnych reformach strukturalnych w handlu i w spółdzielczości, PSS Wołomin i SS Zielonka – połączyły się w jedną potężną Spółdzielnię, mającą swą siedzibę we własnym biurowcu w Wołominie.

Teren działalności handlowej, produkcyjnej, gastronomicznej i usługowej PSS, stanowiły miasta: Wołomin, Zielonka, Ząbki, Marki i Radzymin. Spółdzielnia w swym szczytowym okresie rozwoju zatrudniała ponad 1 tysiąc pracowników, a ilość członków-udziałowców zbliżała się… do 10 tysięcy, l w takim momencie, nadszedł rok 1989, zwany rokiem transformacji ustrojowej, który dla całej spółdzielczości polskiej okazał się rokiem niezasłużonej klęski – totalnej. W styczniu tamtego roku, t. zw. Sejm kontraktowy uchwalił Ustawę o Spółdzielczości i ich Związkach, która w swych drakońskich postanowieniach – stwarzała warunki prowadzące do likwidacji spółdzielczości. Spółdzielnie Spożywców w całym kraju, zaczęły lawinowo upadać.

Również potencjał gospodarczy PSS Wołomin, zaczął się gwałtownie kurczyć. W momencie, gdy widmo bankructwa PSS z całą grozą ocenili członkowie – udziałowcy i niektórzy pracownicy – ratunek dla Spółdzielni przyszedł od wewnątrz. Wołomińscy spółdzielcy, w pewnym momencie zrozumieli, że już nie są monopolistami na rynku i trzeba działalność PSS dostosować do praw wolnego rynku i stanąć do walki konkurencyjnej z innymi podmiotami gospodarczymi. Do prowadzenia takiej walki, która ma wydźwignąć PSS z krytycznej sytuacji – potrzebni byli nowi ludzie przy sterze. Zmieniono więc Zarząd Spółdzielni, uzupełniono skład Rady Nadzorczej i rozpoczęło się systematyczne poszukiwanie rezerw w gospodarce Spółdzielni.

Wkrótce okazało się, że pomimo ponoszenia ogromnych kosztów PSS, zaczęła przynosić zyski, będąc przy tym – solidnym płatnikiem podatków, oraz wypłacając skromne dywidendy swym członkom.

W dniu 10 kwietnia 2002 r. odbyło się Walne Zgromadzenie przedstawicieli członków „Społem” PSS, na którym uchwalono absolutorium dla Zarządu i dokonano podziału czystej nadwyżki, to jest zysku netto z działalności Spółdzielni za rok 2001. W dyskusji jaka się wywiązała na tle sprawozdania Zarządu, oceniono pozytywnie działania Spółdzielni za rok ubiegły, oraz aprobowano zamierzenia na rok bieżący. Z dużą dozą sentymentu można wspomnieć, że PSS Wołomin funkcjonuje już 52 lata, i przez ten urozmaicony i trudny okres czasu – dobrze zasłużyła się miastom Wołomin, Zielonka i Ząbki i ich mieszkańcom.

Niejako w posłowiu do tytułowego tematu, czytelnik z pewnością zauważył, że autor niezwykle oszczędnie gospodarował swoją pamięciąw zakresie personalnym osób żyjących i pracujących dla miasta. Pragnę jednak zrobić dwa wyjątki – obydwa dotyczące działalności „Społem” – PSS w Wołominie:

  • Pan Feliks Filipów, przedwojenny oficer, po dniu 17 września 1939 roku, łagiernik – lesorób, oficer generała Władysława Andersa. Po wojnie i po ewakuacji z Anglii do Polski, wraz z małżonką, która przebyła tę samą drogę – osiadł w Wołominie. Był  jednym z założycieli PSS, członkiem Zarządu Spółdzielni. Spoczywa na wołomińskim cmentarzu.
  • Pan Mieczysław Cichecki, przedwojenny harcmistrz, absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Wraz z grupą wołominian, w tym piłkarzy „Huraganu”, wywieziony do łagru „Borowicze”. Po powrocie do Wołomina, był Przewodniczącym Rady Nadzorczej „Społem” – PSS w Wołominie. Spoczywa na wołomińskim cmentarzu.

Rozszerzając nieco posłowie, uważam za słuszne, przekazać czytelnikom dodatkowe informacje, dotychczas nie publikowane – a nawiązujące do gospodarności miasta. Wyrobiska, po wyczerpaniu się pokładów gliny dla wołomińskiej cegielni stały się dostawcą lodu wyrąbywanego ze stawów zapełnionych wodązbadaną uprzednio przez Urząd Sanitarny – dla miejscowych rzeźników.

Obniżenie się klimatycznej wartości powietrza wołomińskiego, to nie tylko „zasługa” postępu cywilizacyjnego. W roku 1940 niemieckie władze okupacyjne, zorganizowały totalne wytrzebienie pięknego sosnowego drzewostanu, okalającego Wołomin. Na pierwszy ogień – poszły ponad stuletnie sosny stanowiące własność prywatnądworu Nowa Wieś – państwa Słaboszewiczów. Starszy syn tych państwa – był oficerem służby czynnej, siódmego pułku ułanów, córka natomiast, przez pewien czas, była prezeską Kat. [Katolickiego] Stów. [Stowarzyszenia] Młodzieży Żeńskiej w Wołominie.

Córka rządcy tego majątku, kuzynka państwa Słaboszewiczów – była znaną w Europie sportsmenką, uczestniczką Olimpiady w Berlinie (nazwisko rodowe Walawska) [nie wiadomo o kogo chodzi, prawdopodobnie o Marię Kwaśniewską, brązową medalistkę Olimpiady w Berlinie w 1936 r.]. Drugi wyrąb pięknych sosen wytrzebił tak zwany „Grabski Las”. Mieszkańcy Wołomina pozbawieni przez władze okupacyjne dostaw jakiegokolwiek opału, wycięli w mieście i okolicy – wszystko co można spalić, w tym około 100 drzew sosnowych w miejscu, które obecnie nosi nazwę Wołomin – Słoneczna. Ludność wiejska mająca doświadczenie jeszcze sprzed wojny – ratowała się wydobywaniem torfu z pokładów w lesie państwa Heleny i Stefana Nasfeterów i łąk, tzw. „Białe Błota”. Jednak trzeba to wiedzieć, że spalanie torfu dawało więcej dymu niż ognia. W latach 1952-1953 w ramach t. zw. czynów społecznych, pracownicy zakładów pracy Wołomina, posadzili tysiące sosnowych sadzonek, co daje nadzieję, że nie będzie nas – ale będzie las.

Okres wojny i obydwu okupacji, autor omawia w ogromnym skrócie, jako niezależny od mieszkańców miasta i okolic. Tak więc, godzi się pamiętać, że wołominianie byli dostawcami białego pieczywa i mięsa pochodzącego z tajnego uboju dla mieszkańców Warszawy. Zawstydzająca, lecz wywołana wolą przeżycia – była produkcja samogonu zwanego „bimbrem”; jednak nie Wołomin był w tej produkcji rekordzistą w regionie podwarszawskim.

Niemieckie władze okupacyjne stosowały surowe kary, do kary śmierci włącznie za potajemny ubój zwierząt; za produkcję bimbru – był tylko jeden rodzaj kary: pobyt w obozie koncentracyjnym.

Jak jest obecnie – wszyscy widzimy i odczuwamy. Problem główny – to bezrobocie. Jest jednak jeden charakterystyczny problem: Coraz więcej osób, twierdzi, że „nie opłaci” się im pracować! W okresie przedwojennym np. każdy mieszkaniec miasta, jeśli posiadał jakieś pomieszczenie – hodował kury i króliki. W okolicznych wioskach powszechna była hodowla kur, gęsi, królików, kaczek i indyków. Obecnie ilość tych ptaków i zwierząt hodowlanych w okolicznych wioskach jest symboliczna. Czyżby mieszkańcy tych wiosek stali się wegetarianami?

Kończę już temat gospodarności mieszkańców Wołomina i okolic, a w swych marzeniach – widzę następcę ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego na stanowisku naczelnego skarbnika państwowego, zaś na fotelu burmistrza naszego dawniej patriotycznego miasta – następców pana burmistrza Cicheckiego.

Wołomin, 3 maja 2002 r.

1 Komentarz

  1. Tomasz

    „właściciel pracowni przy ul. Legionów – Puchalski”, WŁAŚCIWE NAZWISKO PĘKALSKI (LEGIONÓW 61)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.