Witold Kuryłowicz urodził się w 1918 roku w Odessie. W czasie wojny polsko-bolszewickiej jego rodzice byli więźniami CZeKa. Gdy ustalona została granica polska na wschodzie, zdecydowali się oni wrócić do ojczyzny. Ojciec pana Witolda zrzekł się obywatelstwa rosyjskiego i w 1923 roku pięcioletni wówczas Witold wraz z rodziną, w bydlęcym wagonie mógł przyjechać do odradzającego się spod zaborów kraju. Radość z wolności nie trwała jednak długo. Pan Witold rozpoczął naukę w gimnazjum. Miał w przyszłości studiować. Jego ojciec objął urzędniczą posadę w polsko-francuskim banku. Plany przerwali Hitler do spółki ze Stalinem we wrześniu 1939 r.

Już na początku kampanii wrześniowej, tak jak wielu młodych ludzi, Kuryłowicz otrzymał kartę powołania do wojska. Od zachodu nadciągały niemieckie jednostki. Kazano mu więc wyruszyć do położonych na wschodzie oddziałów. W Odyniach w pułku lotniczym nie chciano przyjąć Witolda i jego czterech kolegów. Było już za późno. Postanowili więc uciekać do Rumunii. Doszli zaledwie do Włodawy. Tam drogę zastąpili im Niemcy. W tej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak tylko wracać do domu, do Wołomina.

Jednakże i to nie było łatwe. Pod Łukowem omal nie zostali rozstrzelani przez Niemców. Pan Witold opowiada, jak stali pod murem cmentarnym, wraz z dużą grupą miejscowej ludności. Przed nimi rozstawiono karabiny maszynowe. Mieli zginąć w odwecie za kilku żołnierzy niemieckich zastrzelonych przez podchorążówkę podczas patrolu na pobliskiej drodze. Chłopcy cudem uszli z życiem. Ostatecznie znaleźli się w Siedlcach w miejscowym więzieniu, później w Węgrowie. Stamtąd pędzono ich do byłych koszar wojskowych w Komorowie pod Ostrowią. Po zdobyciu Warszawy przez Niemców zostali zwolnieni.

Do Wołomina szli pieszo. W dzień lasami omijali stacjonujące gdzieniegdzie wojska radzieckie. Dalej byli już Niemcy. Po dwóch dniach doszli do Wołomina. Okazało się, że w domu Kuryłowiczów Niemcy zorganizowali sztab i kwaterę wyższych rangą oficerów.

– Czego wy się boicie? – pytali go łamaną polszczyzną. – Czy Niemcy są aż tacy straszni?

Caffe Club przy Kościelnej

W domu Kuryłowiczów mieszkali Niemcy. Szkołę nr 1 zamieniono na koszary. Na ulicy Polnej siedzibę miała granatowa policja. Pod nosem stacjonujących w Wołominie oddziałów, które już wkrótce miały ruszyć na Stalingrad, prężnie zaczęła działać konspiracja.

Tymczasem Witold Kuryłowicz do spółki z Henryką Sudolską, otworzył tuż przy koszarach (ul. Kościelna 3 – przyp. aut.) Caffe Club, małą restaurację, która szybko stała się ulubionym miejscem spędzania wolnego czasu niemieckich żołnierzy i oficerów.

Zdjęcie opisane na odwrocie “p. Burakowski Ryszard p. Zawadzki – restauracja 21.V.43 r.”

Przed południem, nim w Caffe Club pojawiali się pierwsi żołnierze, spotykali się AKowcy z placówki numer 2 zawiązanej w Wołominie (kryptonim “Wilcza”, obwód “Rajski Ptak”), dowodzonej przez podporucznika Edwarda Siemińskiego ps. “Wołodyjowski”. W krótkim czasie restauracja stała się punktem kontaktowym członków grup dywersyjnych. Przechowywano tam broń krótką i pistolety maszynowe, a pracująca w Caffe Club Sudolska ps. “Henia”, odpowiedzialna była za kolportaż prasy podziemnej “Biuletynu informacyjnego” i “Na przedpolu”, notabene drukowanego w Wołominie. Prasę odbierały łączniczki.

Czasem zdarzało się nawet, że kilkudziesięciu niczego nieświadomych Niemców popijało spokojnie piwo w Caffe Club, a pod ladą zawinięta w gazetę leżała broń. Wydawano ją na akcje.

Pan Witold wstąpił do AK w 1942 roku.

– Wszyscy ryzykowaliśmy – opowiada. – Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, jak bardzo. Na szczęście konfidenci nas nie wydali. Do kawiarni przychodzili głównie członkowie grupy dywersyjnej “Amona” (Andrzeja Małkowskiego). Prasę odbierała zwykle Regina Jankowska ps. “Czajka”. Przywoziła ją zaś Wanda Rakowska. W latach 43/44 współpracował z nami Miron Cichecki ps. “Olsza”. Ja miałem pseudonim “Kamieniołom”.

Do Caffe Club nigdy od frontu nie wchodził podporucznik kontrwywiadu Stanisław Jankowski ps. “Grzegorz”. Nikt go nigdy tam nie widział. Nikt też nie wiedział, czym tak naprawdę się on zajmuje. W czasie odwiedzin “Grzegorza”, Witold Kuryłowicz opowiadał mu o nastrojach panujących wśród żołnierzy, odwiedzających Caffe Club. Przekazywał podsłuchane od powracających z wschodniego frontu wiadomości, informował o morale panującym wśród czeskich, węgierskich, mazurskich i śląskich żołnierzy, służących dla Rzeszy.

Miejscowy szef policji kryminalnej donosił do kawiarni o przygotowywanych niemieckich akcjach, zawiadamiał o planowanych łapankach i aresztowaniach. Wszystkie te informacje wykorzystywane później były przez kontrwywiad.

Swą rolę Caffe Club pełnił aż do 6 września 1944 roku, kiedy to odeszli już Niemcy, po raz drugi wyparci z Wołomina. Na ich miejsce wkroczyła Armia Czerwona. Kilka tygodni później pan Witold razem z innymi członkami AK został ujęty przez NKWD. Donieśli na niego trzej PPRowcy: Wolski, Bambot i Sokołowski. Z aresztu przy ulicy Piaskowej AKowcy zostali przewiezieni do obozu w Tłuszczu, gdzie byli przetrzymywani w barakach dawnej huty.

U stóp Uralu

Gdy pewnej nocy w czterdziestometrowej długości baraku, o zakratowanych oknach i jednym wąskim wyjściu, wybuchł pożar, Kuryłowicz był najdalej od drzwi. Nie zdążył do nich dobiec. Odcięły go od nich płomienie, szybko rozprzestrzeniające się po wysłanych słomą, sosnowych pryczach.

– Pamiętam, jak harcmistrz Mieczysław Cichecki wołał do Rosjan, aby rozbili kraty – opowiada. – Wybuchła panika. Wszyscy na raz rzucili się do drzwi, tamując wyjście.

Pan Witold rzucił się przez ogień. Cudem wydostał się z baraku. Słyszał, jak koledzy z AK krzyczeli “ciągnij bo to nasz”. Miał spaloną twarz i ręce. Tłoczący się ludzie przyparli go do muru. Kosztowało go to kilka pękniętych żeber.

Po paru dniach przetransportowano więźniów z zastępczego obozu w Ostrówku do wagonów kolejowych. Półprzytomny Witold Kuryłowicz, z poparzonymi rękoma i twarzą, znalazł się w jednym z nich, razem z czterdziestoma innymi AKowcami, skazanymi na zsyłkę. Nie było procesu, obrońcy, wyroku.

– Dobrze, że miałem płaszcz i kapelusz – mówi. – Wielu załadowano tak, jak stali, w swetrach lub marynarkach. Wielu przez to nie doczekało końca podróży, bo zima z 44 na 45 była bardzo ciężka. Lizaliśmy oszronione śruby, aby zaspokoić pragnienie. Wyrywaliśmy deski z podwójnych ścian wagonu, aby paląc je nieco się ogrzać. Starosta wagonu dostał za to srogie razy kolbami karabinów NKWD. Bardzo krzyczał.

Po dwóch tygodniach mijając Smoleńsk myśleli, że jadą do Katynia. Kilku próbowało uciec przez dziurę w podłodze. W wysokim po pas śniegu ścigano ich tak długo, aż dosięgły ich kule.

Podążali w kierunku Leningradu. Daleko w tyle zostawili za sobą Bałagoje. Dotarli do Bobrowicz. Stamtąd pędzono ich 15 kilometrów przez bagna do Szepietowa (nie mylić z tym polskim – przyp. aut.).

– Gdy pędzili nas przez Szepietowo NKWD mówiło ludziom, że jesteśmy groźnymi przestępcami. Ci pluli na nas i rzucali kamieniami.

Zapędzono ich do baraków obozu NKWD nr 180. Dietę, której zostali poddani stanowiła zupa z naci. Więźniowie ziemniaka dzielili na dziesięć osób. Jedna płaska łyżka cukru przysługiwała im na dzień. Trzy razy dziennie dostawali po 20 dekagramów chleba, z którego po wyciśnięciu wody niewiele zostawało. Witold Kuryłowicz spędził tam półtora roku.

Widział, jak ludzie ginęli z rąk NKWD, jak rzucali się na druty otaczające obóz, tylko po to, aby ich rozstrzelano, jak tracili rozum, wycieńczeni pracą, szykanami i niekończącymi się przesłuchaniami. NKWD zaś z góry było nastawione do AK negatywnie, uznając jego członków za wrogów ZSRR.

– Komendant ciągle liczył więźniów – opowiada. – Sprawdzał, czy zgadza się stan grup. Budzono nas nawet w nocy. Trzeba było stać na mrozie nawet po kilka godzin.

W obozie było dużo Niemców, których traktowano dużo lepiej od Polaków. Obok nich znalazły się także inne nacje. Każdego złapanego podczas ucieczki więźnia rozstrzeliwano, a jego trupa pokazywano innym obozowiczom.

Do Polski Witold Kuryłowicz wrócił tylko dzięki dobroci i sercu radzieckiej kapitan NKWD, która widząc jego poparzone ciało, za wszelką cenę starała się go uratować. Kilkakrotnie leczyła jego zapalenie płuc. Zajęła się też jego twarzą i rękoma. Dzięki temu już od pierwszych dni w mroźnej Syberii przebywał w szpitalu. Przy każdej selekcji uznawała go za niezdolnego do pracy.

Pan Witold widział jak umierają jego koledzy: Głowacki, Kamiński, Olszewski i inni. Jemu się udało, gdyż przy każdym kolejnym badaniu słyszał od owej kapitan: – Ty musisz przeżyć i cało wrócić do domu.

Gdy jego kolegów zabierano do pracy w kopalni, załatwiła mu Jogłę – obóz leśny.

– W szachtu (do kopalni – przyp. aut.) nie pajdziosz – mówiła. – Ty musisz wrócić do domu.

Pan Witold płacze opowiadając o doktor z NKWD.

– Miała litość nade mną – mówi przez łzy. – Widziała moje ręce. Gdyby nie ona, to bym nie wrócił.

W Jogle Witold Kuryłowicz znów trafił do baraku dla chorych. Mówi, że tam miał już dobrze. Dostawał już owsiankę. Inni mogli tylko o niej marzyć. Zajął się handlem. W obozowym przeliczniku dwa skręty równały się portfelowi ze skóry. Za to można już było zdobyć sporo tytoniu.

NKWD wciąż nocami przesłuchiwało. W 1946 roku więźniowie usłyszeli, że zwolniono Włochów. Wrócili do kraju. Jego ojciec znał sześć języków. Syn też nieźle radził sobie z kilkoma. Tego samego roku kilkuset Polaków, w tym Witolda również wypuszczono. Głównie byli to chorzy.

– Zwolniono nasz barak piąty – opowiada – przewieziono nas do Borowicz. Dalej ruszyliśmy pociągiem w stronę Polski. Po dwóch tygodniach w Brześciu spotkaliśmy innych wracających. Śpiewaliśmy AKowskie piosenki. “Wy wolni grażdanie” mówili NKWDziści, ale cały czas trzymano nas pod bronią.

W Białej Podlaskiej witali ich Polacy. Peron jednak obstawiony był przez NKWD. Nikogo nie chciano dopuścić do wagonów. Więźniowie musieli w nich gnić przez cały dzień, czekając na nadejście dokumentów z Warszawy.

– Wypuśćcie ich, wypuśćcie – wołali ludzie.

Stojąc w drzwiach wagonu pan Witold zobaczył porucznika UB z Wołomina. Ten go poznał i mówił, że jak tylko nadejdą dokumenty z ministerstwa wrócą do domów. Gdy otworzono w końcu wagony, miejscowi zaczęli pomagać wysiadającym więźniom. Zabierali ich do domów. Witolda Kuryłowicza i jeszcze jednego mężczyznę zabrał do siebie zawiadowca stacji.

– Nazwano nas repatriantami – mówi pan Witold. -Tak wpisano nam w zaświadczeniu.

Dziś Witold Kuryłowicz ma 82 lata. Funkcja jaką Kuryłowicz sprawował odpowiadała oficerowi kontrwywiadu. Jest inwalidą wojennym pierwszej kategorii oraz członkiem Związku Kombatantów, Światowym Związku Żołnierzy AK, Związku Sybiraków w Warszawie. Posiada także oryginalne protokoły, pochodzące z b. ZSRR, ze swoich przesłuchań przeprowadzanych przez NKWD. O osobach, które wydały jego przynależność do AK dowiedział się od przesłuchujących go funkcjonariuszy NKWD.

Piotr Łaski

Wieści Podwarszawskie
nr 9/2000

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.