Jidysze Sztub

W Jidysze Sztub w Wołominie (małej tradycyjnej szkółce żydowskiej; w chederze) w sposób zorganizowany uczono zachowania i kultury: tak powinno się prowadzić, to wolno robić albo nie. Małe i mniejsze dzieci nie były filozofami ani teologami, nie dumały i nie teoretyzowały, ale były dalekie od rozpuszczenia, zaniedbania. Autorytet ojca był duży, od małego do dużego każdy czuł swoją powinność żydowską. Ten sam los wiązał wszystkich ściśle ze sobą pod tym samym jarzmem.

Polak (Maskowski) nigdy nie chciał się poddać, udowadniał mi, że cheder jest średniowieczną instytucją wychowawczą. Ale wystarczyło, żebym mu wskazał osobę, która dorastała i wychowała się w chederze, milkł. Przy wszystkich jego uprzedzeniach honorowego Polaka, miał wielki szacunek dla Żydów takich jak Nehemiasz Mandelberg, Dawid Goldsztajn i innych, w których widział uczciwych ludzi, z dużą mądrością życiową.

W Wołominie wszyscy Żydzi mówili w jidysz. Czy to nie było dlatego, że byli dumni? To była wewnętrzna duma, z której sobie nawet nie zdawali sprawy. Polskiemu generałowi na początku trudno było to zrozumieć: co mówienie w jidysz ma wspólnego z dumą? Ale pomału zaczął słuchać tego co mówiłem bardziej poważnie. Kwiecistym językiem polskim opowiadałem mu, że również w moim domu mówiło się w jidysz. Dzieci, z którymi rozmawia się w obcym języku mają bardzo ubogie słownictwo, mimo że język, w którym się z nimi mówi, jest sam w sobie bogaty i piękny, i posiada bogatą kulturę. Takie dzieci pozostają emocjonalnie ubogie.

Podobne rozmowy miałem też okazję przeprowadzać z innymi polskimi przedstawicielami inteligencji sztetla. Z inżynierem budownictwa Mieczysławem Czajkowskim, doktorem Czaplickim, z Koprowiczem, przewodniczącym Polskiego Związku Handlu, który potem stał się jednym z głównych organizatorów bojkotu antyżydowskiego pod hasłem „Swój do swego”, chociaż sam kupował wszystkie towary od żydowskiego sprzedawcy Jechiela–Meira Czechnowickiego, a później sprzedawał innym polskim kupcom.

Ale w tamtych pierwszych latach nikt z Polaków jeszcze nie chciał bojkotu, choć antysemityzm, który przybył z Warszawy, już zaraził Polaków w Wołominie. Ziarno zasiane przez wrogów Żydów, Świętochowskiego i Dmowskiego, przenikało też różne warstwy polskiego społeczeństwa. Byli tacy, którzy mieli orientację rosyjską. W manifeście Mikołaja Mikołajewicza, ojca cara, głównego komendanta wojska rosyjskiego, widzieli (…) zwycięstwo. Manifest zwoływał polski naród do pomocy w wojnie przeciwko Niemcom, historycznym wrogom ludów słowiańskich. Naród polski powinien – tak mówił manifest – przypomnieć sobie Grunwald, zwyciężyć niemiecką nienawiść. Zwycięstwo przyniesie realizację dążeń narodu polskiego do odrodzenia narodowego pod warunkiem, że nie zostaną naruszone prawa mniejszościowe. Polscy demokraci narodowi zinterpretowali to jako uwagę, żeby zjednoczyć podzieloną Polskę. Paragrafu dotyczącego mniejszości trzymali się w odniesieniu do Białorusinów oraz Ukraińców. Gazeta „Dwa Grosze” opublikowała artykuł, który pokazał, że manifest nie uwzględnia Żydów, którzy są uzależnieni tylko od dobrej woli Polaków. Wiadomości przychodzące z miast, w których zwyciężyli Rosjanie, mówiły o pogromach, mordach oraz ofiarach. W Kongresówce rozprzestrzeniały się wieści o zdradzie Żydów, że Żydzi są szpiegami Niemców, że ponoć przekazują im informacje przez tajne telefony. Każdy drut na Eruv („zmieszanie“) był takim tajnym telefonem. Wyższe warstwy społeczeństwa w Warszawie lubiły słuchać takich wiadomości i dodatkowo je ubarwiać. Ci sami przed wojną przekonywali Polaków, że Żydzi trzymają się z Rosjanami. Teraz krzyczeli, że Żydzi pomagają Niemcom, że są wrogami Polaków, że zjednoczą się ze wszystkimi, którzy nienawidzą Polski.

Fragment Księgi Pamięci Żydów Wołomina
tłumaczenie: Katarzyna Brodacka i Mirjam Boehm
redakcja tekstu: Marzena Kubacz i Agata Sobczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.