Kazimiera była córką państwa Olszewskich: łagodnego Karola i energicznej, trochę nerwowej Rozalii – właścicieli dworu w Zabrańcu. W wieku 13 lat poznała Jana Sałygę, który w 1925 roku przyjechał nauczać dzieci. 1- klasowa szkoła, mieściła się w jej rodzinnym domu, tu też był pokoik dla nauczyciela. Wtedy darzyła „Pana Nauczyciela” szacunkiem należnym osobie starszej i „ważnej”, z czasem…

Jan, pomimo młodego wieku (24 lata) budził wśród mieszkańców wioski respekt. Wszak wcześniej ukończył słynne wówczas Seminarium Nauczycielskie w Siennicy i odbył czteroletnią praktykę w szkole początkowej w Żelechowie. Toteż, gdy zamieszkał w Zabrańcu, rozpoczął aktywną pracę zawodową i działalność społeczną. Kazia była jego uczennicą. Ona i inni uczniowie z wypiekami na twarzy słuchali jego opowieści o 11 listopada 1918 i czerwcu 1920 roku, kiedy to mury siennickiej szkoły opustoszały, a odezwy głosiły: „Ojczyzna płonie, wszyscy do broni!”. Jan wstąpił na ochotnika do wojska polskiego i został zmobilizowany do 28 pułku artylerii (polowej) w Modlinie. Brał udział w walce o utrzymanie Twierdzy, a następnie w kampanii 1920 roku służył jako kanonier w 18 Pułku Artylerii Ciężkiej. Opowiadał również o swoim pradziadku, który był uczestnikiem buntu chłopskiego, prowadzonego pod wodzą Jakuba Szeli w Galicji w 1846 roku i o swoich rodzinnych, ukochanych Konarach – wsi położonej nad środkową Wisłą przy ujściu Pilicy.

Czas mijał, Kazia z dziewczynki wyrosła na piękną 17-letnią panienkę, do której zaczęli zalecać się kawalerowie. Pierwszym był kuzyn Piotr Olszewski, organista z Ząbek i… Pan Nauczyciel. Nastąpił ten wyjątkowy moment w życiu zakochanych – oświadczyny Jana, które zostały przyjęte. Uroczysty ślub Kazi i Jasieńka (tak go nazywała) odbył się 5 stycznia 1930 roku w kościele parafialnym św. Stanisława Kostki w Okuniewie, gdzie większość ciekawego wyposażenia pochodzi z XVIII w. m.in. ołtarz główny z obrazem Trójcy Świętej. Na tak szczególną uroczystość zakrystian zapalił wszystkie światła, rozłożył dywany a strażacy – ochotnicy z Okuniewa i Zabrańca utworzyli długi szpaler, od ołtarza aż pod chór. Jan specjalnie na tę uroczystość obstalował u miejscowego krawca smoking i muszkę, Kazia natomiast białą, koronkową suknię. Fotograf – amator cykał zdjęcia młodej parze i ich gościom, wśród których byli m.in. właściciele sklepów w Okuniewie, aptekarz, organista z żoną i żydowscy rzemieślnicy, jednak żadne zdjęcie „nie wyszło”.

1934 r. Kazimiera i Jan Sałygowie z córkami Krysią i młodszą Wiesią

Z Zabrańcem i przyległym rejonem Jan związał się na wiele lat. W swoim życiorysie napisał: „Były to lata mego największego wysiłku jako pedagoga, działacza oświatowego, organizatora teatrów amatorskich, komendanta straży pożarnej i pracy z młodzieżą pozaszkolną, przyszłymi uczestnikami konspiracji wojskowej w partyzantce, działaniach dywersyjnych przeciwko niemieckiemu okupantowi”.

Przez burze i wichry wojenne żona była mu najwierniejszym sprzymierzeńcem. „Ile to razy przeprowadzaliśmy się – zastanawia się dziś córka Jana i Kazimiery – pani Krystyna Kawka. Z siostrą Wiesią naliczyłam trzynaście przystanków, tyle ich było, zanim doszliśmy do celu… do Wołomina. W wakacje 1944 roku Niemcy w Białkach (tu p. Sałyga wówczas pracował) palili zboże, oczyszczali teren żeby „Ruscy” nie chowali się w snopkach. „Zaprzyjaźniony” Niemiec ze Śląska poradził mamie, żeby z domu wyniosła jak najwięcej dobytku i zakopała w ogrodzie, ponieważ Niemcy będą podpalali także domy. W ferworze płaczu dzieci, nerwowych pokrzykiwań ludzi nie wiedziała, co ma robić. Zabrała do lasu żywność, środki opatrunkowe i lniane płótno, resztę zostawiła. Mieli sporo mięsa, ponieważ w ostatniej chwili ojciec zarżnął warchlaczka, ale sierpniowe dni były gorące i mięso zaczęło się psuć.

W lesie ojciec przygotował okop, w którym mieliśmy znaleźć schronienie przed odłamkami bomb. Kiedy rozpoczął się nalot samolotów radzieckich, schował Wiesię do okopu, swoim ciałem ją okrył, a na siebie naciągnął pierzynę. Mama nie zdążyła się tam skryć i postanowiła nie uciekać przed nalotami, była zmęczona i zrozpaczona utratą całego majątku: jak mam zginąć, to zginę – powiedziała. Razem ze mną i gospodynią przykucnęła przy kępie traw i wtedy nastąpiła kanonada rozpryskujących się pocisków. Odłamki trafiły mamę w twarz (do końca życia miała bliznę), w rękę na wysokości barku i w plecy. Gospodyni zaczęła krzyczeć – „Ludzie, ludzie ratunku, nauczycielową zabiło”. W niedługim czasie nalot się zakończył. Ojciec złapał płótno lniane i przyniósł w nim wodę do obmycia twarzy mamy. Ranna, stanowczo nakazała: zostaw mnie, zabierz dziewczynki i uciekaj. Nie posłuchał, bo jak mógł posłuchać tego „rozkazu” skoro była jego ukochaną żoną, matką córeczek i pod sercem nosiła trzecie dziecko (była w siódmym miesiącu ciąży, w październiku urodziła zdrowego syna). Wówczas dla niego nieważni byli wrogowie, najważniejsze było ratowanie życia żony. Udał się w kierunku Niemców, znał język na tyle, że wytłumaczył grozę swojej sytuacji. Niemiec, po chwili zastanowienia rozkazał swojemu kierowcy odwieść mamę do szpitala polowego. Było tam wielu rannych. Najpierw opatrywano tych ciężej poszkodowanych. Ukraiński lekarz w niemieckim mundurze, gdy zobaczył ciężarną, powiedział: dam zastrzyk, żeby „partyzant” wcześniej się nie urodził. Zalecił sen, i udanie się do Dąbrówki, do lazaretu gdzie założą mamie opatrunek. Ojciec zrobił ze sztachet nosze i na nich transportował mamę razem ze mną i Wiesią. Po drodze znaleźliśmy miejsce na odpoczynek w opuszczonej chałupie. Potem zatrzymaliśmy się we dworze, w Głuchach u nauczycielki Adeli Goszczyńskiej z domu Jeziorańskiej, wdowy po poruczniku Goszczyńskim, który zginął w kampanii wrześniowej. Pani Adela dała mamie swoją sukienkę, poczęstowała posiłkiem i przygotowała nocleg. Następnego dnia w kurzu i upale dotarliśmy do Dąbrówki”.

W Dąbrówce Sałygowie odnaleźli kolegę – nauczyciela. Podarował on Janowi buty „dużo za duże”, które przewiązane drutem dobrze trzymały się stóp, następnie zaprowadził do dużego, murowanego budynku. Byli tu już mieszkańcy Dąbrówki i okolicznych wsi chroniący się przed nalotami. W niedługim czasie okazało się, że to bezpieczne miejsce jest na linii frontu niemiecko-radzieckiego. Ksiądz, widząc grozę tej sytuacji rozpoczął udzielanie ludziom rozgrzeszenia, słowami: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat…”, naraz przez małe, piwniczne okienko Jan zauważył zwiadowców radzieckich. Po około dziesięciu minutach nadleciały samoloty radzieckie i rozpoczęły bombardowanie… pozycji niemieckich. Po jakimś czasie, nastąpiła błoga cisza, wtedy do tego domu wpadli Rosjanie z krzykiem: „zdrastwujtie rebiata, zdrastwujtie, uchodit, uchodit”.

Sałygowie uciekli do Tłuszcza, tu dobrzy ludzie nakarmili ich, a jeden z gospodarzy odwiózł furmanką do wsi Białki (Piętczyzna). Zamiast domu, w którym wcześniej mieszkali zobaczyli wystające kikuty kominów, rozszabrowane meble, ubrania, a w komórce podpalone książki. Pojechali więc do Krawcowizny. Ludzie przynosili im nabiał i warzywa, a Piotrowscy z synem Edwardem (późniejszym kierownikiem szkoły w Majdanie) pomagali w urządzaniu niewielkiego gospodarstwa. Nie zagrzali tu długo miejsca, gdyż Jan zgłosił się do komendanta wojennego w gminie Międzylesie i został skierowany do Kątów Wielgich gdzie rozpoczął organizowanie szkoły. W wynajętej izbie najpierw wstawił szyby w oknach, potem zdobył opał. Natomiast brak podręczników i zeszytów oraz najprymitywniejszych pomocy naukowych zastępował wiadomościami wyniesionymi z siennickiego gimnazjum, własnymi, żołnierskimi doświadczeniami oraz radością z bliskiego końca wojny. Miejscowi opowiadali mu jak to około 10 sierpnia sowieci zajmowali ich rejon. Wschodni wiatr niósł donośny szum nadlatujących samolotów z czerwoną gwiazdą na skrzydłach. Powietrze drżało od salw katiusz, od strony lasu toczyły się potężne cielska „wybawicielskich” czołgów. Z wieżyczki czołgu wychyliła się postać radzieckiego dowódcy, który pytał, którędy uciekali „fryce”. Kolumna czołgów zatrzymała się na kilka chwil, po czym czołgi w rozwiniętym wachlarzu popędziły „wyzwalać” Wołomin i jego okolicę. Radzieccy czołgiści i piechurzy ciągnący za bronią pancerną, ochoczo witali dziatwę szkolną, która wybiegła im na powitanie.

W tej sytuacji Kazimiera wraz z dziewczynkami uciekła do swoich rodziców, do Zabrańca. Tu 5 października 1944 roku urodziła „tułacze” dziecko – upragnionego syna. Nadali mu imiona: Jan Tadeusz. Inspiracją do tego wyboru było imię jego ojca a także niewielki obrazek z wizerunkiem św. Judy Tadeusza, który wcześniej Krysia znalazła w lesie. Wówczas, żarliwie dziękowali świętemu od spraw trudnych i beznadziejnych za liczne ocalenia, a teraz maleńkiemu dziecku w podzięce ofiarowali imię „Tadeusz”.

Jesienią 1945 roku państwo Sałygowie zamieszkali w Wołominie u Marii i Henryka Langów przy ulicy Poniatowskiego. Jan, codziennie rowerem pokonywał 3,5 kilometrowy odcinek drogi do 1 – klasowej Szkoły Podstawowej w Majdanie, gmina Ręczaje. W jednej izbie u Władysława Gawrysia, prowadził naukę na trzy zmiany. Dwie zmiany z dziećmi i jedną wieczorową jako kurs dokształcający dla młodzieży i dorosłych. W 1947 roku sprowadził do wsi barak, który po obmurowaniu i przystosowaniu do celów szkolnych służy uczniom i nauczycielom do dnia dzisiejszego.

W 1953 roku Sałygowie zamieszkali przy ulicy Moniuszki w Wołominie. Kazimiera pracowała w Powiatowym Zarządzie Związku „Samopomocy Chłopskiej”, a w latach 1957-1974 była sekretarką w Szkole Podstawowej nr 2 przy ulicy Warszawskiej 9. Odciążała od drobniejszych spraw kierowniczkę Adelę Kołodziejczyk, zajmowała się sprawami administracyjnymi, biurowymi i technicznymi. Miała zmysł organizacyjny, koncentrację i podzielność uwagi, ponadto była obowiązkowa, sumienna, punktualna oraz darzyła życzliwością uczniów i współpracowników. Jan Sałyga w zawodzie nauczycielskim przepracował 48 lat, w szkołach wiejskich 26 oraz 22 lata w Wawrze i w Wołominie (szkoła nr 2 i 4). Ponadto pełnił wiele funkcji społecznych, nigdy nie narzekał, cieszył się sukcesami, natomiast niepowodzenia martwiły go, ale nie zniechęcały do dalszego działania. Np. jako prelegent Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, prowadził odczyty w szkołach miejskich i wiejskich, zakładach pracy i tak, 30 października 1972 roku, w szkole w Ossowie wygłosił prelekcję na temat okupacji hitlerowskiej, również przypomniał dzieciom o zbliżającym się święcie zmarłych, zachęcając je do uporządkowania wszystkich mogił znajdujących się na terenie Ossowa. Wspomniał o mogiłach żołnierzy 1920 roku i o kapelanie ks. Ignacym Skorupce. O tym apelu doniesiono władzom oświatowym i na konferencji powiatowej został publicznie potępiony oraz otrzymał zakaz prowadzenia działalności w TWP. Jednak pomimo tych przykrości, miał satysfakcję z udzielenia młodym nauczycielom i ich uczniom prawdziwej lekcji historii o „Cudzie nad Wisłą”- bitwie 1920 roku, w której sam brał udział.

W 1985 roku, w towarzystwie Kazimierza Wierzbickiego i Mieczysławy Abrich-Dzierwajłło odwiedziłam państwa Sałygów w ich mieszkaniu przy ulicy Moniuszki. Okazja była szczególna – wręczenie panu Janowi Złotej Odznaki ZNP za Tajne Nauczanie. Wówczas zobaczyłam jego żonę – troskliwą opiekunkę, zaaferowaną, zgadującą i spełniającą życzenia chorego męża. Po śmierci Jana Sałygi (1990 r.), pani Kazimiera zamieszkała z córką Krystyną i jej mężem Lucjanem Kawką w Kobyłce. Jej życie przerwała nagła, krótka, ale ciężka choroba. Odeszła 20 sierpnia 2000 roku w wieku 87 lat. Kazimiera i Jan Sałygowie pochowani są na (starym) parafialnym cmentarzu w Kobyłce, kwatera E.

Tygodnik Wieści Podwarszawskie
nr 20-21/2012

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.