Święcki opuścił zupełnie Kobyłkę w swoim opisie Starożytnej Polski, a Lipiński zaczął jej dzieje dopiero od xiędza Marcina Załuskiego, który już pod koniec panowania drugiego Sasa postawił w niej kościół i klasztor dla Jezuitów. W istocie ta pobożność zacnego fundatora podniosła o wiele znaczenie Kobyłki. Cudy, które się na tem miejscu zdarzały, rozsławiły małą wioskę szeroko po Mazowszu; odpusty zaczęły do niej przyciągać ludność; ale pomimo tego wszystkiego Kobyłka nierównie dalej zasięgnie w przeszłość swoją pamięcią.

Jeszcze za panowania Zygmunta III-go była ona własnością Opackich, rodziny starożytnej na Mazowszu. Jeden z tych Opackich mieszkał sam w Kobyłce. Był to brat cioteczny łacińskiego poety, sławnego Kazimierza Sarbiewskiego, który bawiąc w rodzinnej stronie, w Pułtusku, albo gdzie w okolicach nad Narwią, chętnie i brata w Kobyłce nawiedzał. Pisywał nawet ztąd listy do Stanisława Łubieńskiego, który był jego przyjacielem, a podkanclerzym i senatorem Rplitej na zamku warszawskim. Wiele jest tam sielanek, w listach Sarbiewskiego, o przyjemnościach wsi, o świeżem powietrzu, o uczuciach rodzinnych. Więc może i Kobyłka przydała co do natchnień poety. W kilkadziesiąt lat potem, nasza miła wioseczka przechodzi w ręce Rawianów, Załuskich. Zdaje się, że drogą dziedzictwa dostała się nowym właścicielom w spadku po Opackich. Za pierwszego Sasa, panem na Kobyłce był już Marcin Załuski.

Marcin Załuski był synem Alexandra wojewody rawskiego i Teressy Potkańskiej łowczanki sandomierskiej. Idąc za natchnieniem rodziny, nasz Marcin poświęcił się na xiędza, bo chciało przeznaczenie, żeby Załuscy zasłużyli się więcej Rplitej w kościele, jak w obozach i wizbach prawodawczych. W duchownym senacie polskim wsławili się już stryjowie naszego Marcina: Jędrzej Chryzostom biskup warmiński, i Ludwik Bartł. biskup płocki. Przykład więc starszego działał i na młodsze pokolenie. Jędrzej Stanisław Załuski, wojewodzic rawski najstarszy, został kapłanem przed swoim bratem Marcinem, a po nim drugi brat Józef, późniejszy sławny biskup kijowski. Cała rodzina Załuskich służyła teraz Bogu u stopni jego ołtarza. Najstarszy brat po śmierci stryja został biskupem płockim (w r. 1722), chociaż jeszcze bardzo młody. Więc drugi z kolei brat jego Marcin, dziedzic Kobyłki, niedługo potem zajął także miejsce w kapitule; został dziekanem płockim pod rządem starszego brata.

Marcin kochał bardzo swoją wioseczkę i myślał wiele o jej przyszłości. Niedoyrzały jeszcze wtenczas jego pobożne plany, ale xiądz dziekan gotował się widocznie do czegoś. Król August drugi zrobił go właśnie suffraganem płockim, bo juścić wypadało dać ten stopień i zaszczyt człowiekowi, który do niego miał prawo, bo co Załuski, to pewnie był biskup. Ale nim jeszcze papież bullę przysłał na suffraganię, xiądz dziekan wystarał się u króla o przywilej dla swojej Kobyłki. Chciał ulubioną wioskę zmienić na miasteczko, i na wieczną pamiątkę tej woli, chciał nowemu miasteczku nadać swoje nazwisko, które by mu wiecznie przypominało Załuskich, jako dobroczyńców i panów. Król nadał prawność woli xiędza dziekana; wieś Kobyłka wyniesioną była na miasteczko, i przezwana Załuszczynem.

Tymczasem nowe stosunki jakie miały Marcina związać z kościołem płockim, wybiły mu z głowy starania o Kobyłkę. Wyższe też jeszcze godności posypały się na niego. Trzeba było się święcić na biskupa i zasiadać w radzie koronnej; wszystko to naturalnie do czasu dalszego odwlekało przyszłość Załuszczyna. Naprzód xiądz Marcin został mianowany sekretarzem wielkim koronnym po śmierci Hieronima Jełowickiego. Jechał więc do Drezna dziękować królowi, a we dwa miesiące potem, za przybyciem Augusta II-go do stolicy polskiej, przysięgał na swój urząd w zamku warszawskim. Przy zdarzonej więc sposobności, król mu dodał wtedy jeszcze probostwo szczerzeckie na Rusi, osierocone także po Jełowickim.

Potem bulle nadeszły z Rzymu (2 czerwca 1732 r.). Papież potwierdzając Załuskiego na suffraganii płockiej, nadawał mu jednocześnie tytuł biskupa Drazneńskiego in partibus infidelium. Stąd przez omyłkę bardzo zwyczajną u ludzi, którzy przekręcają dzikie dla siebie nazwiska, bardzo często pisano i mówiono w Rplitej o Marcinie biskupie Drezdeńskim. To qui pro quo nie znaczyło wcale, żeby Załuski miał jaką władzę duchowną nad katolikami w Saxonii.

Potem znowu Marcin z bratem xiędzem referendarzem wielkim koronnym jeździł do Krakowa, bo tam umarł biskup Szaniawski. Stąd wyruszyli w lipcu w Przemyślskie na ślub stryja, wojewody płockiego, i ledwie w sierpniu powrócili obadwaj do stolicy.

Następowały w Warszawie nowe przemiany biskupów po katedrach polskich. Książe Teodor Czartoryski, proboszcz płocki, miał zająć miejsce Jędrzeja Stanisława Załuskiego. Dlatego spuszczał swoją prelaturę: król August naszego Marcina, dziedzica Kobyłki, posunął z dziekanii na probostwo płockie (w sierpniu 1732 r.). Zaczynały się wtenczas w Warszawie konferencye publiczne z ministrami postronnych dworów (od 1 września). Sekretarz wielki koronny zasiadał więc na nich z urzędu, a tak nie miał ani chwilki wolnego czasu. Nareszcie wyświęcił się Marcin na biskupa w kościele S. Jana, w wilię uroczystego dnia Narodzenia Najświętszej Panny. Załuskim należały się wszystkie duchowne zaszczyty: więc naszego Marcina poświęcał sam nuncyusz, w assystencyi płockiego i łuckiego biskupów. Pierwszym był brat rodzony suffragana Jędrzej, drugim Jan Lipski, późniejszy kardynał. Nieśli przy tej okoliczności baryłki z winem Jan Tarło lubelski i Stanisław Poniatowski mazowiecki wojewodowie, a chleby książę Fryderyk Michał Czartoryski podkanclerzy litewski i marszałek nadworny koronny Franciszek Bieliński. Kościół był ludem natłoczony.

Biskup Drazneński musiał zatem wyjechać do dyecezyi płockiej, i ledwie w grudniu powrócił do Warszawy. W miesiąc potem umarł król August II-gi. Zaczęło się bezkrólewie i sejmy i konfederacye. Lat cztery w ciężkich wstrząśnieniach przebyła Rplita. Marcin Załuski zapomniał więc o swojej Kobyłce, i nie wynosił jej wcale na miasteczko. Nic dziwnego, pora czasu temu nie sprzyjała.

Upłynęło znowu lat kilkadziesiąt. Xiądz biskup odrzucił już zupełnie na bok dawną myśl swoją o Załuszczynie. Pobożny, jakoś więcej jeszcze spobożniał, cichy i skromny, jeszcze większą jakąś odział się cnotą i pokorą. Wolał już w Kobyłce stawić ołtarze i kościoły. Wolał w dziedzicznej swojej wioseczce założyć pustelnię, w którejby się mógł czasem pomodlić i zatęsknić cokolwiek do nieba. Miasteczko Załuszczyn miałoby swojego burmistrza, jarmarki, targi, miałoby swoje prawa publiczne, a te wszystkie urządzenia sprowadzają gwar na ulice i pewien niepokój. Biskup z wielką ochotą wydarłby się gwarowi stolicy, gwarowi katedralnego Płocka a nawet Pułtuska i po coż miał więc do siebie jeszcze ściągać miasteczko? Wszakże daleko piękniejszą bez tego dwornego, szlacheckiego życia, wydała się mu Kobyłka. Przywilej więc pargaminowy króla Augusta, poszedł w niepamięć.

Marcin Załuski zwolna też zrywał ze światem. Już dostojności obywatelskie mało miały dla niego znaczenia. Dwaj inni bracia krzątali się wiele około Rplitej, jeden tylko Marcin osowiał. Jędrzej, już biskup krakowski, starą akademię chciał natchnąć nowem życiem, Józef ciągle był czynnym; to książki wydawał, to bibliotekę zakładał, a Marcin za nich obudwu się modlił. Był wciąż jeszcze dziekanem płockim, bo książę Teodor Czartoryski nie otrzymał w r. 1732 biskupstwa; bezkrólewie wiele interessów prywatnych i spraw Rplitej do nieoznaczonego czasu odwlekło. Dopiero za Augusta III-go książę Teodor po Hozyuszu wziął Poznań i spuścił probostwo płockie, ale nie zajął miejsca wolnego w kapitule dziekan Załuski, tylko xiądz Stanisław Miaskowski (mianowany 1 listopada 1738 r. Sygillaty). Pamiętał o przeszłości nowy proboszcz, i nierychło wprawdzie, ale przybrał nareszcie biskupa Drazneńskiego za swojego koadjutora (15 grudnia 1748 r. Oprócz tego, został Marcin Załuski opatem Sulejowskim u Cystersów pod Piotrkowem. Ale już kości były rzucone. Pobożny biskup zrzekł się naprzód swojego dygnitarskiego urzędu. Sekretarzem wielkim koronnym został po nim xiadz Adam Stanisław Krasiński. Potem chciał rzucići godności kościelne, bo myślał na ostatek życia swojego wstąpić do zakonu Jezuitów. Był to nierzadki podówczas przykład w Rplitej, że panowie świeccy nawet, rzucali krzesła i senatorye, i wstępowali pod dach gościnny Lojoli. Wielkie wrażenie wywarł w Rplitej przykład Burzyńskiego kasztelana smoleńskiego, który przyjął sukienkę jezuicką. Zrobił toż samo Michał Trzebiński kasztelan biecki, w lat kilka potem. Jakaś tęsknota pobożna opanowała wtenczas serca. Więc też i Marcin Załuski biskup postanowił rzucić pompę światową i wstąpić do zakonu. Juścić niedbał na honory, bo gdyby pozostał jeszcze chwilkę na świecie, mógł zostać księciem sieluńskim, jako rzeczywisty proboszcz katedry płockiej. Tego zamysłu nie odradzał nikt Marcinowi, owszem wszyscy się budowali z tej głębokiej zacnego człowieka pokory.

W kwietniu 1762 r. zrzucił się od razu ze wszystkich urzędów katedralnych. Prosto chciał jechać wtenczas do Rzymu i tam się wyświęcić na zakonnika; dobra swoje chciał zapisać Jezuitom mazowieckim w Warszawie, a między innemi miał im oddać i Kobyłkę, i kościół tam wymurować. Król też zaraz rozdał po nim wakanse. Załuski rozmyślił się jednak. Przed wyjazdem jeszcze do Rzymu, zaczął w Kobyłce budować wielki kościół ze stacyami męki pańskiej, czyli Kalwaryą. Postanowił usadowić tam na pustyni Jezuitów, jakby na missyi. Można podziwiać nakłady, jakie ponosił Marcin dla wzniesienia nowej świątyni, kiedy brat jego rodzony ksiądz biskup kijowski, który całą Europę zwiedził, a polskie kościoły i święte miejsca, jak i polskie książki znał na palcach, w jednem z dzieł swoich powiada o Kobyłce: „przy kościele wspaniałym, coby mógł stać w Rzymie, są kapliczki kalwaryjskie po bokach kościoła i po cmentarzu.” W mgnieniu oka stanęła cała fundacya. Ziemia warszawska zyskała jedno święte miejsce więcej, bo i papież z Rzymu nadesłał odpusty. Z Warszawy nawet zaczęli się pobożni wybierać na święte uroczystości do Kobyłki, tem bardziej, że tak blisko stolicy rozłożyła się nowa cudowna pustelnia. Od Pragi było do Kobyłki tylko dwie mile.

Stawiając tu kościół i Kalwaryą, Załuski oblekł się zaraz i w sukienkę jezuicką, poczem sprowadził nowych braci swoich do Kobyłki i został pierwszym przełożonym missyi. Było to przed samą śmiercią króla Augusta III-go. Wierny przecież ślubowi, który dawniej uczynił, xiądz Marcin wyjechał do Rzymu, a kiedy wrócił, już na tronie polskim siedział król młody Stanisław August Poniatowski. Przedstawił się nowemu panu ex-biskup (3 września 1765 r.), i powrócił do Kobyłki. Budował tam ogromny dom do rekolekcyi czyli ćwiczeń pobożnych, i osobne w nim komnaty przeznaczył dla mężczyzn, a osobne dla kobiet. Spodziewał się dziedzic, że częstych będzie miał gości w Kobyłce, do kościoła i na odpusty, bo nowe jeszcze łaski dla tego miejsca przywoził z Rzymu. Gmach więc rekollekcyjny był dla pobożnych przychodniów. Nie stawali oni po karczmach i po chałupach chłopskich, bo tam ani wygody potrzebnej, ani samotności nie było, bez której modlitwa jest tylko próżnem słów szeptaniem. Zajeżdżali prosto do umyślnie przygotowanego w tym celu domu, który otwarty został uroczyście w roku 1766. Odtąd więc Kobyłka co dzień innych widziała gości .Jedni udawali się na nabożeństwo do Kalwaryi, drudzy dlatego tylko, aby odwiedzić tam xiędza superiora missyi.

Załuski pobożnością swoją stał się czemś nadzwyczajnem w Rplitej. W czasach burzliwych konfederacyi radomskiej, odwiedził raz w Kobyłce Załuskiego wracając do Warszawy z Renczaja dóbr swoich, gdzie polował na sarny, dziki i łosie, książę wojewoda wileński Karol Radziwił panie kochanku, jeden z najzacniejszych obywateli Rplitej, cokolwiek bądź na niego powiedzą ludzie zazdrośni albo nierozumni. Dawny biskup, który już nie miał ziemskiej ojczyzny, bo do niebieskiej ustawicznie wzdychał, przyjął księcia marszałka obiadem skromnym w swojej celi (13 września 1767 r. w niedzielę). Tak człowiek modlitwy, daleki od dum i myśli światowych, przyjmował u siebie człowieka, który właśnie był wielkością na świecie, bo pracował chociaż nie zawsze wdzięcznie, dla swego kraju.

Lubo jednakże Załuskiego nie zajmowały już tyle sprawy Rplitej, jednakże wielką boleścią musiało być zranione jego serce zpowodu obrotu, jaki konfederacya radomska przyjmowała. Dyssydenci wygrali sprawę, — osobna delegacya podniosła wysoko ich znaczenie i wpływ w Rplitej. Jeżeli w tem wszystkiem nie widział Załuski nieszczęścia kraju, to widział przynajmniej klęskę wiary, a i to było dla niego dosyć. Dotknięty za żywotem ostatniem zmartwieniem, umarł w Kobyłce xiądz Załuski jezuita dnia 17 czerwca 1768 roku. Ale z weselszą myślą kończył życie, bo właśnie już konfederacya barska podnosiła znamię wiary.

Marcin był lat 30 biskupem, a lat sześć tylko zakonnikiem. Pochowany został w Kobyłce, jeszcze w kościele jezuickim. Bóg mu oszczędził okropniejszego jeszcze zmartwienia: nie dożył kassaty ukochanego zakonu. Ale za to Kobyłka wiele na jego śmierci straciła. Ubył człowiek, który stanowił całą jej wartość. Mury zostały wprawdzie, ale fundator przeniósł się na łono stwórcy. Nigdy mury nie powiedzą tyle co żyjący człowiek. A do tego, gmachy Załuskiego w Kobyłce, zbyt jeszcze świeże były, żeby się do nich wiązał pewien urok, chociażby niekoniecznie świętych, a prosto historycznych wspomnień. I potrzeba do tego jeszcze nieszczęścia, żeby i jezuici zaraz po swoim dobroczyńcy, wynieśli się do wieczności.

W roku 1773  kościół w Kobyłce przyjęła pod swój zarząd kommissja edukacyjna, a samą wieś z przyległościami otrzymał od Rplitej w podarunku August książę Sułkowski, wojewoda gnieźnieński. Do tych przyległości liczyły się wtenczas wsie: Turów, Kobylak i Marcinowo. Była to nagroda od króla Stanisława ofiarowana prokonsulowi za jego szczery udział w pracach na sejmie delegacyjnym (8 sierpnia 1774 r.) Ale książę Sułkowski odprzedał zaraz Kobyłkę Alexandrowi Unrugowi staroście hamersztyńskiemu, który opłacał za nią corocznie dzierżawy kommissyi edukacyjnej złp. 6073, a pewność dla księcia wojewody, zapewnił na dobrach swoich Kargowie w powiecie Kościańskim. Teraz skończyła się historya Kobyłki jako świętego miejsca, i zaczęły się niemniej skromne, świeckie dzieje wioseczki, która także miała chwile świetności.

Nowy jej dziedzic, pan Unrug, był Wielkopolaninem z rodu, ale z cudzoziemska przezywał się hrabią. Miał starostwo Zelgniewskie w kaliskiem, ale wymienił je u pana Kazimierza Raczyńskiego na Hamersztyn, umyślnie dla niego zamieniony w dziedzictwo (w r. 1778). Pan Unrug siedział jednak w Warszawie, bo był dyrektorem jeneralnym mennicy. Rplitę tak kochał jak macocha miłuje pasierba, i dlatego pod Warszawą dostał jeszcze Kobyłkę, żeby miał gdzie wyjechać na spacer, i znaczne summy w skarbie koronnym, żeby miał czem poratować swoje ubóstwo. Za p. Unruga ustroń Załuskiego zaczęła słynąć fabrykami. Francuz Gautier de Salgues założył tutaj za pozwoleniem dziedzica szkołę rolniczą. Chciał wielkie od razu zbudować rzeczy. Szeroko zatem przez gazetę Łuskiny głosił o swojem przedsięwzięciu. Zapraszał panów, żeby przysyłali do niego na naukę swoich poddanych; prosił, żeby wybierali umyślnie dla niego pojętnych, ciekawych i mocnych do roboty. Sprowadził pan de Salgues do Kobyłki wiele białej morwy i cieszył się już zawczasu i chwalił, że będzie chował jedwabniki i uczniom swoim miał wykładać także jedwabnictwo. Jednem słowem dosyć robił huku jak francuz, i sypał jak z za rękawa hojnie obietnicami. Na trzy miesiące już przed otwarciem szkoły, rozrzucał obwieszczenia; nareszcie otworzył ją na wiosnę 1776 r. (20 marca). Ale nie wiemy jak się udało p. Gautier. Sędzim, że z jego strony w całem przedsięwzięciu było dosyć fanfaronady, a ze strony panów polskich, do których się modlił, dosyć obojętności na ten przedmiot.

Na miejscu szkoły, wzniosła się w Kobyłce fabryka mydła. Dom nowy na nią, około roku 1780, postawił dziedzic. Wyrób nowy sprzedawał się po największej części w Warszawie. Mydło czarne do chust, składało się w osobne baryłki, z których każda ważyła 40 funtów, a kosztowała złp. 17. Sprzedawano też i lepsze mydło czyli gdańskie, wyrabiane w tej fabryce. Dziedzic zapewniał także przez gazetę, że to mydło do bielizny lepsze jak białe, i że go bardzo mało wychodzi przy praniu. Polendz murgrabia mennicy sprzedawał to mydło w łaskach, zawierających w sobie po dwa lub po półtora kamienia.

Wyraźnie jakąś rolniczo-przemysłową dążnością odznaczała się wtedy Kobyłka, przez cały czas panowania króla Poniatowskiego. Sławny autor swojego czasu, xiądz Piotr Świtkowski osiadł tutaj na letnie mieszkanie, i w Kobyłce pisał dzieła swoje, między któremi wiele było o rolnictwie, przemyśle i handlu. Stąd wydawał swój pamiętnik polityczno-literacki, bo jak tylko numer który wypracował, zaraz go zawoził do Warszawy do Grella. W Kobyłce odpisywał też i na częste promemoria Wyrwiczowe i śmiał się razem ze swoimi przyjaciółmi ze starych przesądów a pracował i ciągle pracował. Nie były to świetne te jego zdolności, ale bardzo pożyteczne. Łuskina z Wyrwiczem żartowali z niego, nawet na fundusz wzięli Kobyłkę, w której mieszkał xiądz Świtkowski i niby za końskie wyroby poczytywali numera jego pamiętnika. Dowcip ten nie był dowcipny; przeglądała z niego wyraźnie zazdrość i gniew, toteż Świtkowski nie odpowiadał swoim wrogom i ciągle pisał. Dobrze robił. Cześć mu za to! Zdaje się, że jako uczony i obeznany z techniką, Świtkowski zajmował posadę przy fabrykach w Kobyłce.

Pod koniec bytu Rplitej, Kobyłka przeżyła także klęski. W Warszawie, w pierwszą rocznicę ustanowienia nowego rządu, król i sejm cieszyli się na ucztach i wysilali się na mowy paradne. Wszyscy posłowie mocarstw zagranicznych, przyjmował udział w tej uroczystości. Jeden tylko z członków ciała dyplomatycznego wyjechał do Kobyłki z odwiedzinami do pana Unruga dyrektora mennicy. Tłumaczył się, że Rplita zerwała stosunki z jego dworem. Było tak w samej rzeczy i poseł nie mógł znajdować się na uroczystości. Ale te gniewy zwiastowały wojnę. W istocie na samym krańcu Rplitej zaczynała się już wtedy Targowica.

Jeszcze raz pod sam koniec rządów króla Poniatowskiego, nasza wioseczka zmieniła panów. Kupił ją sławny Jakubowicz Paschalis, greckiego rodu mieszczanin warszawski. Był to poczciwy człowiek i przywiązany do Rplitej. Toteż kiedy na sejmie wielkim miasta uzyskały swoją reprezentacyą, Paschalis otrzymał herb polski i nobilitacyą (w marcu 1791). Jakóbowicz założył w Kobyłce fabrykę pasów polskich na wielką skalę, bo chciał zakassować nawet Słuck radziwiłłowski pod tym względem. W istocie, wyrabiano tutaj pasy rozmaitego rodzaju, a były pomiędzy niemi tak drogie, że kosztowały po kilka tysięcy dukatów. Paschalis miał sklep w Warszawie, na Krakowskiem Przedmieściu, i znał się bardzo blisko z panem Jezierskim kasztelanem łukowskim. Stary senator często odwiedzał przyjaciela, i nieraz z sobą o ciężkich oba-dwaj czasach gwarzyli w sklepie na Krakowskiem Przedmieściu. Jeden przechodził pamięcią swój zawód polityczny, drugi rozprawiał o swojej fabryce w Kobyłce i pasy szlachcie przechodzącej sprzedawał. Jeszcze wtedy miał z pasów odbyt, chociaż suknia polska stawała się z dniem każdym coraz większą rzadkością.

W roku 1794 ostatni cios zadano Kobyłce. 26 października Suworow dognał na jej polach jenerała Mokronowskiego, i stoczył z nim tutaj bitwę, poczem zniszczył i całą fabrykę pasów, bo dyrektor jej francuz Filiżan (nie wiemy jak się pisał w macierzystym języku), ze swoimi współpracownikami chciał także wojować na własną rękę, żeby wojsku zrobić dywersyę z tyłu. Ale z łatwością pobity został i zapędzony w błota, z których wydostać się nie mógł. Fabryka tem samem ustać musiała, że wszyscy jej obrońcy prawie do nogi wyginęli.

Od roku 1794 Kobyłka żadnych nie ma wspomnień, i modli się tylko na odpusty. Ale odpusty nie takie to już głośne jak wprzódy, nie takie jakie są w Czerniakowie, Bielanach, Rokitnie, na które zwykle pospiesza wielka ludność Warszawy. Pobożni odwiedzają Kobyłkę, ale już odpusty nie szerzą takiego rozgłosu jak niegdyś. Dawniej warszawianie i dla samej ciekawości udawali się na pielgrzymkę do Kobyłki, bo niedość, że widzieli piękny kościół, ale jeszcze sadzawkę na kościele. Może jeszcze fundator zdobył się na ten pobożny koncept, żeby mieć ryby gotowe na każdy post; dosyć, że istotnie sadzawka znajdowała się na zewnętrznych szczytach świątyni. Dach był płaski i ocembrowany jak studnia, woda spuszczała się do tego miejsca umyślnie sporządzonemi rurami, a ryby złapane w rzece wpuszczano do tej sadzawki, w której się mnożyły i rosły. Dla missyi i dla ryb na kościele słynęła Kobyłka, ale już za czasów Księstwa Warszawskiego, mówiono o tej sadzawce, jakby o czemś dawnem, czego ludzie dzisiejsi już nie zapamiętali.

Od czasu jak Marcin Załuski wyrobił Kobyłce erekcyę na miasto, upłynęło lat 120. Od założenia kościoła i Kalwaryi lat 89. Od śmierci xiędza biskupa jezuity lat 83. Ledwie się obejrzym poza siebie, jak Kobyłka nasza obchodzić będzie stoletni jubileusz swoich świętości.

4 września 1851 roku
Julian Bartoszewicz

Józefa Unger Kalendarz Warszawski Popularno-Naukowy na Rok Zwyczajny R. 7 (1852)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.