Janina Żelezik (1911 – 2001)

„Próżnując, chleba nie jadłam” – mówiła często. Dziś jest wspomnienie. Jest nowe miejsce za bramą wiecznego spokoju, przez które wprost do nieba idą smutek, ból i łzy najbliższych; miejsce, gdzie zatrzymuje się każdy, kto znał osobiście lub tylko ze słyszenia śp. Janinę Żelezikową – wieloletnią nauczycielkę matematyki, człowieka światłego, prawego, kochającego harmonię, uczciwość, rodzinę i Boga.

Urodziła się 25 października 1911 roku w Gałęzowie, w gminie Bychawa na Lubelszczyźnie, w wielodzietnej rodzinie ziemiańskiej. Rodzice – Jan Rząd i Symforianna z Misiewiczów wynajęli prywatnego guwernera, gdyż widzieli potrzebę kształcenia gromadki swoich dzieci: Heleny, Janiny, Antoniego, Wacława i Władysława.

Kiedy Janina miała 6 lat ojciec zmarł i rodzina znalazła się w bardzo trudnych warunkach. Cztery lata później Symforianna Rządowa wyszła za mąż powtórnie, za Józefa Doroszewskiego; z tego małżeństwa przyszedł na świat syn Józef.

Rodzice dostrzegając zdolności Janeczki postanowili dać jej bardziej gruntowne wykształcenie. Wysłali ją do Lublina, gdzie 1 września 1923 roku zdała egzamin do trzeciej klasy Gimnazjum Sióstr Urszulanek. Na jej utrzymanie i naukę sprzedali część gruntu. W następnych klasach Janina zarabiała sama na swoje utrzymanie lekcjami z matematyki, do której miała zawsze duże zdolności i zamiłowanie. W kwietniu 1929 roku zdała maturę i otrzymała świadectwo dojrzałości. Zapisała się na Wydział Matematyczno-Przyrodniczy Uniwersytetu Warszawskiego. 17 października podpisała przyrzeczenie: „Przyrzekam, iź będę posłuszna przepisom ustawy o szkołach akademickich z dnia 13 lipca 1920 roku (Dz. U. R.P. Nr 72), będę okazywała władzom akademickim i profesorom poszanowanie, przykładała się pilnie do studjów obranych, a poza Uniwersytetem prowadziła się moralnie i z godnością”.

Uczęszczała na zajęcia z teorii mnogości do prof. dra Sierpińskiego, z algebry wyższej z ćwiczeniami do prof. dra Samuela Diesteina, geometrii analitycznej do prof. dra Kazimierza Żórawskiego. Słuchała wykładów z geometrii rzutowej u prof. dra Stefana Kwietniewskiego, fizyki doświadczalnej u prof. dra Pieńkowskiego, chemii nieorganicznej u prof. dra K. Jabłczyńskiego i z zasad logiki matematycznej u prof. dra Jana Łukasiewicza.

Jednak po dwóch latach musiała przerwać naukę, ponieważ zmarł ojczym. Aby pomóc matce, zajęła się udzielaniem korepetycji, w ten sposób zarabiała na utrzymanie i kształcenie młodszych braci.

W 1935 roku postanowiła powrócić na Uniwersytet. Zwróciła się z prośbą do Jego Magnificencji Pana Rektora Uniwersytetu Warszawskiego: „(…) W 1929 roku zapisałam się na wydział Matematyczno-Przyrodniczy UW. Niestety, w 1931 roku umarł ojczym i musiałam się zająć utrzymaniem domu i wychowywaniem młodszego rodzeństwa, gdyż zostaliśmy bez środków do życia. Studja musiałam przerwać. Dziś, ponieważ szczęśliwym zbiegiem okoliczności sytuacja nioja materialna się zmieniła, pragnę najgoręcej kończyć studja, do których mam wielkie zamiłowanie. Toteż bardzo proszę o przyjęcie mnie powtórnie w poczet studentów”. Absolutorium uzyskała w 1936 roku.

Gdy bracia zaczęli zarabiać sami, zapisała się na Akademię Handlowąw Krakowie, gdzie zdążyła ukończyć III rok studiów i przyswoić sobie wiedzę z psychologii pedagogicznej, prawa morskiego i konsularnego, handlu rolniczego, organizacji zarządzania przedsiębiorstwami przemysłowymi, geografii regionalnej i prawodawstwa szkolnego. Wybuch II wojny światowej przeszkodził jej w zdobyciu dyplomu. Po latach ukończyła kurs w Centralnym Urzędzie Szkolenia Zawodowego i otrzymała „dyplom nauczyciela, uprawniający do nauczania matematyki i arytmetyki handlowej w szkołach ekonomicznych wszystkich stopni”.

Nasza Pani

Już w czasie studiów dała się poznać jako człowiek wielkiego serca, otwarty na ludzką niedolę. Pracowała społecznie w organizacjach studenckich „Macierz” i „Bratnia Pomoc Studentów Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego w Warszawie”. Opiekowała się dziećmi z zakładu poprawczego oraz dziećmi skazańców. „Nasza Pani”, jak ją powszechnie nazywano, dawała tej młodzieży szansę na zmianę, na poprawę. Wierzyła w moc resocjalizacji. Widziała człowieka z jego wadami i zaletami. Potrafiła wytłumaczyć każdą ludzką ułomność, przedkładając ponad wszystko pozytywne cechy charakteru. Twierdziła, że z każdego człowieka można wydobyć tę jego lepszą stronę, trzeba tylko umiejętnie po nią sięgnąć.

Szkoła na zapleczu

Pracę w trudnym, ale pięknym zawodzie nauczyciela, który przez całe życie wykonywała z pasją i zamiłowaniem, rozpoczęła od tajnego nauczania. Komplety na poziomie szkoły średniej prowadziła w okresie od 1 września 1941 do 24 czerwca 1944 roku. Włączyła się w działalność Tajnej Organizacji Nauczycielskiej, która była zjawiskiem wyjątkowym, nie mającym odpowiednika w żadnym okupowanym kraju.

Wojna zastała panią Janinę w rodzinnym Gałęzowie koło Bychawy, gdzie przyjechała wraz z mężem Edwardem Żelezikiem i malutką córką Marysią (ur. 3 VI 1939) na wakacje do rodziny. Kozienice, gdzie wówczas mieszkali na stałe, we wrześniu 1939 roku znalazły się w rejonie działań Armii „Prusy”. Ich dom spłonął, a cały niewielki dobytek przepadł. Do Kozienic nie mieli po co wracać. Edward chorował, zostali więc nie tylko bez dachu nad głową, ale i bez środków do życia.

Podjęli pracę w Spółdzielni Spożywców „Jedność” „w charakterze odpowiedzialnych sklepowych przez okres dwuletni”. Wieczorami, gdy mich pewność, żc Niemców nie ma w pobliżu, na olbrzymim zapleczu sklepu gromadzili młodzież (skupioną głównie wokół spółdzielczej organizacji „Tęcza”) i prowadzili tajne nauczanie. Oprócz państwa Żelezików w sklepie uczyli także panowie Rubaj, Jan Mączka i Stefan Luterek. Za tę pracę Janina nie oczekiwała nagród i wyróżnień. Największym podziękowaniem była wdzięczność młodzieży, która dzięki niej i jej podobnym nauczycielom, nie zaprzepaściła swojej młodości.

Ze Spółdzielni zwolnili się na własne żądanie z powodu „przejścia do szkolnictwa jako właściwego ich zawodu”. Na zakończenie otrzymali „świadectwa pracy w sklepie”, na których Zarząd Spółdzielni „Jedność” podkreślał: „ Z powierzonych czynności wywiązywali się nienagannie, okazując zdolność, sumienność i pracowitość (…) ku ogólnemu zadowoleniu”.

Od łaciny przez francuski po matematykę

Po wyzwoleniu ziem lubelskich z dniem 1 września 1944 roku Janina Żelezik przystąpiła do pracy w nowo utworzonej Państwowej Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego w Bychawie. Była jednym z założycieli tej szkoły. Pierwszy rok był niezmiernie trudny. Pracowało trzech nauczycieli na dwie zmiany. Uczyła około 60-70 godzin tygodniowo.

W kronice szkolnej zachował się zapis: „Już od pierwszych dni powojennych (I października 1944 roku), wśród ocalałej z wojennej pożogi miejscowej i okolicznej inteligencji, państwo Żelezik niezwykle aktywnie zaangażowali się we wdrażanie w szkole pracy od podstaw, stanowiąc pierwszą kadrę nauczycielską. Uczniowie przyszli do szkół z rodzinnych domów, z wojennej tułaczki i partyzanckich szlaków, niekiedy z broniąw kieszeni. Byli jednakowi pod dwoma względami: czuli się Polakami i pragnęli się uczyć”. Jeden z nich wspominał: „Nie mieliśmy na czym siedzieć, nie mieliśmy dostatecznej ilości książek i zeszytów, ale mieliśmy szkołę”.

Edward Żelezik wznowił swoją działalność zawodową, przyjmując pracę kolejno w Lublinie, Jeleniej Górze, Kołudze Małej na Kujawach i w Warszawie.

Natomiast pani Janina została w Bychawie ku wielkiej radości dzieci, władz i społeczeństwa. Pracowała również w Samorządowym Koedukacyjnym Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym oraz Publicznej Średniej Szkole Zawodowej. Nauczała wielu przedmiotów: łaciny, fizyki z chemią, języka francuskiego, geografii gospodarczej Polski, rachunkowości i ulubionej matematyki. Władze oświatowe podkreślały „zarówno gruntowną znajomość przedmiotu nauczania jak i umiejętność posługiwania się właściwymi metodami pracy”.

Nie liczyła czasu, nie szczędziła trudu – wierzyła, że zdobyte umiej ętności przydadzą się dzieciom zarówno w latach szkolnych, jak i w życiu dorosłym. Wspominała: „Siedzieliśmy zimą w paltach, w nie opalanych prawic salach, a zarobione pieniądze nie wystarczały na najskromniejsze nawet utrzymanie, ale o to najmniej chodziło każdemu. Rozpierała nas chęć do życia, do czynu w naszej Polsce”.

Była wspaniałą nauczycielką i matką. Jej dzieci – szkolne i rodzone – czuły się przy niej bezpieczne, pewne swego miejsca i swej wartości, ponieważ była wśród nich nauczycielka – Janina Żelezikową – z bogactwem swojej miłości, mądrości i wiedzy.

Dla bliskich i nie tylko

Dla bliskich i nie tylko miała słowa, które budowały DOM. To do niego przygarnęła dziewczynkę zagubioną przez rodzinę nauczycieli wysiedlonych spod Poznania, którą opiekowała się przez cały czas okupacji.

W 1943 roku miejsce w jej domu znalazł jeniec uciekający z niewoli niemieckiej. Organizowała pomoc rodzinom partyzantów, AK, NSZ, którzy po zakończeniu wojny nie mogli wrócić do swoich domów. Ta działalność była wielce ryzykowna, ale zapewniła Janinie Żelezik trwałe uznanie społeczności lokalnej.

W jej domu znajdowały schronienie osoby bliskie, jak również zupełnie obce, potrzebujące pomocy, biedne, zaniedbane, często pogardzane przez innych. Przez wszystkie lata swego życia skupiała wokół tego DOMU dzieci swoje: Marię, Andrzeja, Włodzimierza, Edwarda, Anię i ich najbliższych oraz dzieci, które uczyła matematyki. Cieszyła się, kiedy młodzi ludzie zdobywali wiedzę i potrafili pożytecznie się nią posługiwać, ale przede wszystkim stawiała wymagania przed samą sobą. To była ta ukryta moc codziennego bytowania.

Jej siła, mimo postępującej choroby, dawała innym siłę do codziennych zmagań z rzeczywistością i codziennych zwycięstw.

Ostatnia przystań

W 1950 roku państwo Żelezikowie osiedlili się w Wołominie. Było wiele piękniejszych podwarszawskich miast, ale oni swoją rodzinę połączyli właśnie tu. Zamieszkali w dwupokojowym mieszkaniu na poddaszu domu przy ulicy Radzymińskiej (obecnie Broniewskiego).

1 września 1950 roku podjęli pracę w Państwowym Liceum Administracyjno-Handlowym z wydziałami: finansowo-rachunkowym i towaroznawczym. Pan Edward został mianowany dyrektorem tegoż Liceum, a pani Janina nauczycielką matematyki. Mimo zmian nazwy szkoły: z Technikum Finansowego Ministerstwa Finansów (w 1952 roku). Technikum Chemicznego Ministerstwa Przemysłu Mięsnego i Mleczarskiego (w 1954 roku). Technikum Ekonomicznego (w 1957 roku), na Technikum Ekonomiczne Wydział Ogólnoekonomiczny (w 1962 roku), stworzyli na Miłej 22 w Wołominie szkołę o jednym z najwyższych poziomów nauczania, a nade wszystko wychowania.

Młodzież i nauczyciele mieli do dyspozycji 7 pomieszczeń dla 225 uczniów, skromne lokum na szatnię, kancelarię, a na poddaszu pokój nauczycielski i gabinet dyrektora. To w tym gabinecie, gdy rodzice byli pochłonięci pracą, nieraz cichutko siedziała piątka dzieci państwa Żelezików i odrabiała lekcje.

Z tej szkoły pani Janina wybiegała na dużej przerwie do Państwowego Technikum Budownictwa Wiejskiego w Nowej Wsi, popularnie nazywanego szkołą rolniczą. Po dwóch godzinach pracy wracała na Miłą, przynosząc swoim podopiecznym mleko „prosto od krowy”.

Po śmierci męża pani Janina oświadczyła, że od 1 września 1968 roku pragnie przejść na emeryturę i uczyć dalej, ale tylko na pół etatu. Pracowała do 1974 roku.

Kształtowała i wychowywała młodzież w umiłowaniu Ojczyzny, wpajała najlepsze cechy, tworzyła klimat pracy i współpracy dla grona swoich kolegów. Opiekowała się Kołem Polskiego Czerwonego Krzyża i Spółdzielnią Uczniowską.

Potrafiła zapewnić młodzieży dojeżdżającej spoza Wołomina takie zestawienie planu lekcji, aby znalazły czas na naukę religii w salach katechetycznych przy kościele.

Skupiała wokół siebie młodzież słabiej uzdolnioną matematycznie, tę działalność prowadziła niemal do końca swojego życia. Nigdy nie brała pieniędzy za korepetycje udzielane uczniom ze swojej szkoły.

„Krzywe stawały się prostymi”

Przez wiele lat panią Janinę Żelezikową znałam ze tylko słyszenia, osobiście poznałam w 1985 roku Od tego czasu byłam jej częstym gościem na urodzinach i imieninach. Lubiłam składać wizyty również z takich okazji jak rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego. Dzień Nauczyciela czy Dzień Seniora. Wiedziałam, że interesuje się polityką kraju, życiem miasta, a przede wszystkim sprawami oświaty. Dużo czytała i była w tych tematach zorientowana na bieżąco. Miała swoiste poczucie humoru i u schyłku życia twierdziła: „Pan Bóg o mnie zapomniał”.

Z zażenowaniem korzystała z opieki dzieci i innych osób, gdyż dotychczas ta powinność była jej udziałem. Kochała swoje dzieci i pięknie potrafiła o nich mówić. Mimo absorbującej pracy zawodowej i społecznej nie zaniedbywała ich wychowania, otaczała je troskliwą matczyną opieką i wpajała w ich życie moralne i religijne wartości. Cała piątka ukończyła wyższe uczelnie.

Lubiła i potrafiła nauczać. Lata pracy w szkole zaliczała do tych najpiękniejszych. Kontakty z młodzieżą utrzymywała niemalże do śmierci. Jeszcze jesienią 2000 roku byłam świadkiem, jak dyktowała rozwiązanie zadania uczennicy klasy pierwszej liceum. Zresztą, któż nie biegał do pani Żelezikowej po pomoc z matematyki, szukając „ostatniej deski ratunku”! A ona z sobie wrodzonym talentem i taktem przekazywała coraz to nowym pokoleniom wołominian zawiłości tej dziedziny nauki.

Matematyka była jej pasją. Często rozwiązywała zadania dla siebie samej, jak mówiła dla ćwiczenia umysłu. W ostatnich latach życia coraz słabsza, zmęczona chorobą, pytała swoich bliskich o zbiory liczbowe, podstawowe prawa z arytmetyki, twierdzenie Pitagorasa, czy Talesa. Nestorka wołomińskich matematyków odeszła 10 lipca 2001 roku. Mimo prawie 90 lat pozostała młoda. Do końca swoich dni była otoczona dziećmi i młodzieżą potrzebującą jej pomocy. Do końca swoich dni dzieliła się wiedzą, pomnażała pokolenia uczniów rozumiejących matematykę, dla których „krzywe stawały się prostymi”.

W dawnych latach, jeszcze w Bychawie była aktywną członkinią Ligi Kobiet, a przez cały okres pracy nauczycielskiej należała do Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Za długoletnią, pełnąpoświęcenia pracę otrzymywała nagrody, pochwały i odznaczenia: Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi, Złotą Odznakę ZNP (za tajne nauczanie). Medal Komisji Edukacji Narodowej, Medal „Zasłużony dla Wołomina”, ale największą dla niej nagrodą była wdzięczność i pamięć uczniów.

W piękny letni dzień, 14 lipca 2001 roku, pani Janina Żelezik została pochowana na cmentarzu wołomińskim obok swojego męża Edwarda (kwatera E 06-11). Uroczystości pogrzebowe skupiły nie tylko rodzinę pogrążoną w żałobie, ale również przyjaciół i znajomych, wielu pracowników oświaty i młodzież.

Wspomnienia

Małgorzata Łojko-Kogutowicz:

„W roku 1969, po pomyślnym zdaniu egzaminu maturalnego, a przed egzaminami wstępnymi na wyższe uczelnie, pani Żelezik zorganizowała grupę chętnych do zdobycia w ostatniej chwili wiedzy koniecznej do przebrnięcia kolejnego etapu egzaminacyjnego. Zajęcia odbywały się w domu pani Żelezik, przy wielkim stole. Zbierało się tam dość duże grono chętnych zgłębiać tajniki matematyki. Bywało tak, że jako 18-latki, bardziej interesowałyśmy się przystojnymi kolegami, niż kwadratem dwumianu. Moja mama, widząc raczej moje nikłe zainteresowanie tymi lekcjami, przed samym ustnym egzaminem z matematyki (na wybrany przeze mnie wydział z matematyki były tylko egzaminy ustne), umówiła mnie z Panią Żelezik na indywidualną lekcję. Przerabiałyśmy kilka wybranych przez Panią Profesor tematów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia po wyciągnięciu kartki z pytaniami, zobaczyłam, że wszystkie pytania przerobiłam dnia poprzedniego z Panią Żelezik. Myślę, że zadziałało tu jej wielkie doświadczenie i znajomość wymagań programowych na różnych uczelniach. Zdawałam na Wydział Ekonomiczno-Rolniczy SGGW. Do dziś, mimo że upłynęło tak wiele lat jestem ogromnie wdzięczna Pani Żelezik za jej pomoc i mam dużo szacunku dla posiadanej przez nią wiedzy i umiejętności jej przekazywania”.

Agnieszka Szulc:

„To zdarzyło się w 1984 roku. Nigdy nie zapomnę Domu przez duże „D” przy ulicy Polnej w Wołominie vis a vis mojego byłego żłobka, a później przedszkola mojej córki. W tym Domu mieszkała pani Żelezikową. Kochana, wspaniała pani Profesor. Była najlepszą przyjaciółką mojej babuni Heleny Wawrzynowskiej. Z rozmów prowadzonych w naszym domu wynikało, że pani Żelezikową jest «ikoną». Tak naprawdę była Człowiekiem, u którego przez całe dnie, a nawet noce, przebywały pokolenia wołomińskich maturzystów, studentów i uczniów z podstawówek. Wszyscy j ednakowo przerażeni badaniem funkcj i, sinusami i równaniami z wielomaniewiadomymi u niej znajdowali wyjaśnienie i pocieszenie. Tłumaczyła dotąd, aż uczeń zrozumiał. Chodziłam wówczas do «piątki». Nigdy nie myślałam, że ja, najlepsza uczennica tej szkoły, będę musiała korzystać z pomocy starszej nauczycielki o alabastrowej cerze i drgających rękach (dziś wiem, że były to początki choroby Parkinsona). Otóż w klasie ósmej dostałam pierwszą i ostatnią dwóję z matematyki… od p. Stańczaka za to, że nie wiedziałam, jak podzielić coś, co ma wysokość, szerokość i długość, np. pudełko. Płakałam, byłam bezsilna i wtedy tata zaprowadził  mnie na Polną. Pani Profesor poprosiłajedną z uczennic o przyniesienie z kuchni kostki masła, noża i talerza. Kroiła tę kostkę na szesnaście małych kosteczek… zrozumiałam. Następnego dnia w szkolnej sali nr 33 dostałam piątkę!”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.