Na skraju lasu, śród piaszczystych przestrzeni, jedenaście lat temu zakupiono mały, zrujnowany domek z nieurodzajnemi, piaszczystemi gruntami; dziś to oaza kwitnąca, letnia siedziba chłopców z przytułku Jachowicza. Mały, ale ładny, domeczek z werendą, obrosłą dzikiem winem, śród ogródka kwiatowego zajmują Siostry Miłosierdzia, opiekunki i kierowniczki zakładu. Ich ogródek to obrazek, ilustrujący jakąś bajkę. Z boku, pod rozłożystem drzewem, kanapka darniowa, ułożona w półkole, dalej grządki kwiatowe, naprzeciwko werendy klomb różnorodnego kwiecia; w środku, na wysokim słupku, okrytym pnącemi się roślinami, figura Bogarodzicy, dalej znów grządki kwiatowe i furtka, prowadzą ca na plac zabaw dziecinnych.

Po lewej stronie duży dom, także z werendą, mieści w sobie ogromną salę jadalną, zastawioną stolikami i ławkami. W głównej ścianie wielkie drzwi prowadzą do kaplicy malej, skromnej, ale zadziwiająco czystej. Po drugiej stronie domu sypialnia dla chłopców, kuchnia i mieszkania służby zakładowej. Naprzeciwko tego do mu stoi mały domek, mieszkanie najmłodszych dzieci. Mały pokoik do zabaw, salka zajęć z malutkiemi ławeczkami, ustawionemi rzędami. Tu dzieci uczą się abecadła, kreślenia na tabliczkach; obrazki porozwieszane na ścianach pomagają przy nauce o rzeczach. Dalej obszerny pokój sypialny. Przy głównej ścianie ołtarzyk, przybrany kwiatami doniczkowemi, łóżeczka, w liczbie około 30-tu. Stoją rzędami, wszystkie jednakowe, wygodne.

W jednem łóżeczku, w czyściutkiej bieliźnie, siedział chory chłopczyk. Za nadejściem Siostry, oprowadzającej nas po salkach, wyciągnął główkę do pogłaskania: był to ruch mimowolny, instynktowny, ruch główki przyzwyczajonej do częstego głaskania. Za tym domkiem ciągnie się kilkomorgowy ogród owocowy, pełen doborowych gatunków krzewów i drzew, zasadzonych własnoręcznie przez ś. p. ks. Wierzbickiego, rektora kościoła podominikańskiego w Warszawie. Za jego to staraniem, z dobrowolnych ofiar, powstała, do dziś istniejąca przy ulicy Starej, szwalnia dla dziewcząt.

Obecnie na letnią siedzibę przybyło, oprócz zwykle znajdujących się małych dzieci, 200-tu starszych chłopców z Warszawy z zakładu dominikańskiego. Zastaliśmy ich w lesie, zbierających jagody. Wyglądali zuchowato. Twarzyczki rumiane, ogorzałe od słońca, i ruchy zwinne świadczyły o dobrem ich zdrowiu. Każdy, przechodząc, zręcznie się ukłonił, a na pytania zadawane odpowiadał śmiało i wesoło. Patrząc na nich, z trudem się wierzy, że to są dzieci, które rok cały, z wyjątkiem tych dwóch wakacyjnych miesięcy, mieszczą się w najniehygieniczniejszych starych murach poklasztornych. Po obiedzie, wszedłszy na salę, zastałam kilkunastu chłopców, zajętych sprzątaniem. Jedni porządkowali stoły i ławki, drudzy odbierali od służących opłukane miseczki, wycierali je ścierkami i ustawiali w porządku, a wszystko zręcznie, spokojnie, reszta chłopców zebrała się w drugim końcu sali na naukę śpiewu. Przy mnie odśpiewano bardzo poprawnie modlitwę do „Anioła Stróża“.

Starsi chłopcy z zakładu oddawani są do terminu. Każdy z nich w końcu tygodnia śpieszy do zakładu po czystą bieliznę i zreperowane ubranko; każdy opowiada wówczas swej opiekunce o swoich powodzeniach, kłopotach i zmartwieniach, które go spotkały w ciągu tygodnia, a żaden nie odejdzie bez pieszczoty, pociechy i zachęty do dalszej pracy. Patrząc tu na prawdziwie mrówczą pracę, na zgodę, jedność szczytnie pojętą miłość bliźniego, wzbogacamy się duchowo.

Miejscowość, wyżej opisana, to Drewnica, znajdująca sic o 4 wiorsty od Warszawy. Dojeżdża się tam za 13 kop. Marecką kolejką podjazdową. W tej samej Drewnicy, o kilkadziesiąt kroków od przytułku chłopców, są wydzierżawione grunta z budynkami, w których, już na jesieni r. b., mają znaleźć ostoję spokojni umysłowo chorzy z całego Królestwa. „Towarzystwo opieki nad nerwowymi i umysłowo chorymi“ pragnie zaopiekować się tymi nieszczęśliwymi, a jednemu z członków swoich Zrząd młodego Towarzystwa polecił urządzenie wspomnianego przytułku. Zadanie niełatwe, lecz miejmy nadzieję, że człowiek ten, obdarzony silną wolą, zahartowany przeciwnościami przepełniony uczuciem miłości bliźniego, nie spocznie, nie doprowadziwszy dzieła do końca.

Zarząd Towarzystwa pragnie, aby w przytułku tem chory czuł się jak w domu, by siły jego, podatne do pracy, nie marnowały się; ma być przeto chory zajęty w polu, ogrodzie i przy zwykłych zajęciach domowych i gospodarskich. Zbyteczna chyba będzie zachęta, aby w miarę możności przyczynić się do powiększenia funduszów nowopowstającego przytułku. Będzie to dzieło pomnikowe. Starajmy się więc, aby wiadomość o zbieraniu składek doszła do najdalszych stron kraju naszego: niech wiedzą o niej w pałacach i dworkach, pod strzechami wieśniaczemi i w suterenach miejskich. Każdy, kogo boli widok tych biednych istot, wystawionych na żarty gawiedzi, tych nieszczęśników, wywołujących często klęski, a zawsze napawających lękiem najbliższe otoczenie, każdy szlachetnie myślący pośpieszy złożyć grosz, aby zapewnić przytułek tym nieszczęśliwym. Ustawa Towarzystwa pozwala na zbieranie składek, na przyjmowanie zapisów w szerokich rozmiarach. Kto więc pragnie złożyć swój grosz na cel tak wspaniały, może go przesłać do kancelaryi Towarzystwa w Warszawie — Żórawia nr. 10.

Zofia Kotyńska

Biesiada Literacka – pismo literacko-polityczne illustrowane
T.52, nr 36 (6 września 1901)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.