Kronika szkoły nr 2 (żeńskiej) w Wołominie – rok 1928

Dnia 3-ego września dalekobieżny pociąg warszawski wyrzucił mnie o godzinie 7:40 w Wołominie…  Wołomin ! Nowa placówka życiowa, nowe pole pracy. Nie znałam go przedtem zupełnie. Na chybił – trafił wniosłam podanie na pierwsza, mniej więcej odpowiadająca, posadę, zdając się na los. Było to bardzo interesujące zresztą – przybyć do nieznanego środowiska, zupełnie innego niż to, w którym dotychczas pracowałam niż to, w którym się wychowałam. Snuły mi się w umyśle tysięczne obrazy stosunków, otoczenia, rodzaju pracy, wszystko przecie w marzeniach możliwe.

Z tych moich marzeń wysuwała się sylwetka samego miasteczka: utopione w zieleni drzew uliczki, może jesienią błotne, ale latem i zimą tchnące świeżością zieleni i bielą śniegu. Musiałam gdzieś umieścić parę brudnych uliczek żydowskich, ale te usunięte gdzieś w bok nie psuły horyzontu. Wrażenie takiego obrazu potęgowały widoki przesuwające się przed oczami moimi z okien wagonu: tuż za Warszawą do Ząbek, szeroka mazowiecka płaszczyzna, charakterystycznie pusta, jakby oczekująca na nowe gmachy rozwijającej się Warszawy. Od Ząbek do Zielonki i dalej mile pieściły oko ładne wille na skraju, jak się zdawało, dużego lasu. Obiło mi się o uszy jeszcze na  Pomorzu, że Wołomin jest miejscowością klimatyczną, toteż przekonywałam siebie, że miasteczko składać się będzie z takich właśnie willi i domków z ganeczkami.

Dworzec Wołomina nie sprawił mi rozczarowania. Wcale pokaźny, z podcieniem, stosunkowo niezupełnie brudny… Ulica Dworcowa czy, jak się potem dowiedziałam, Żelazna usprawiedliwiła moje wyobrażenie , na drodze do budynku szkolnego też nic nie raziło. Zresztą był najcudowniejszy ranek wrześniowy – złoty, niebieski, w złocie słońca i żółkniejących liści kryjący soczystą, zieleń uchodzącego lata. W taki ranek nic nie może być brzydkie na pierwszy rzut oka… Piękne uliczki z willami tonącymi w kwiatach pewnie są tam dalej, a teraz przede wszystkiem szkoła. Wskazano mi  dużą, dwupiętrową typową kamienicę mieszkalną. Wejście przez niską, szeroką, w rodzaju karczemnych drzwi, bramę na ciasne, zatem czysto nie wyglądające podwórko, które nie zrobiło na mnie sympatycznego wrażenia. Ciasne schody mimo woli przywiodły mi na myśl straszny fakt: co to by było, gdyby wybuchł pożar? Wrażenie to minęło gdy weszłam do „mojej szkoły”. Mieściła się na II -gim piętrze. Było tam osiem dużych pokoi mieszkalnych nazwanych „salami”. Narożny pokój z balkonem stanowił kancelarię, pokój nauczycielski, skład pomocy naukowych, jeżeli by kto chciał – bibliotekę nawet. Czysto tu było, jasno, powiedziałam więc sobie „jakoś to będzie” i zabrałam się do roboty.

Dzieciarni było bardzo dużo (506 dziewcząt). Ogromna w stosunku do dziatwy pomorskiej ruchliwość dzieci naszych, widoczna, może trochę zbyt wielka swoboda wypowiadania się (krzykiem) i ciasnota pomieszczenia składała się na wrażenie małego jarmarku … Jednak żywo mierzące mnie oczy, ciekawe, trochę zuchwałe, lecz szczere, zachęcały raczej niż zrażały do pracy. Ugłaskać te dziczki będzie raczej trudno, ale za to łatwiej będzie dostać się do serc tych dzieci, nie trzeba będzie przebijać skorupy twardej obojętności, w którą jest niby w pancerz odziana każda dusza pomorskiego dziecka. Zaczęły się szare dni nauczycielskiej pracy. Nic ciekawego i nic ważnego tu się nie działo. Nowi ludzie wprawdzie, nowe, nieprzewidziane może, współżycie z nimi w początkach, jak zwykle trudne. Grono ze mną pracujących osób składa się z 10 nuczycielek, katechetki i prefekta. Panie: Bobkowska, Bublewska, Głuohowska, Lipska, Knapikówna, Pławska, Rybowska, Stawińska, Suwartówna i Wasilewska – to kobiety w wieku 23-36 lat. Typy szczególnie różne tak w rodzaju zewnętrznego wyglądu, jak – przekonań i charakterów. Istna Wieża Babel! Wiedziałam, że nieprędko zorientuję się,w jaki sposób być łącznikiem osób tak bardzo, tak zasadniczo różniących się między sobą. Wierzyłam jednak w to, że praca nasza (utrzymująca z konieczności umysł i serce na wyższym niż życie codzienne wymaga poziomie będzie pomostem, na którym spotkają się przekonania nas wszystkich.

Tymczasem trzeba było  obok szkoły urządzić życie swoje prywatne. Tu muszę powrócić do charakterystyki miasteczka. Nie ma co mówić. Jest brzydkie. Nie braknie  tu ładnych i czyściutkich domków i ogrodów, ale jakoś tak źle rozłożone ulice, niedbale zabudowane, walące się krzywe parkany, tu i ówdzie rudera brudna, obszarpana, z oknami bez szyb zaklejonymi papierami lub zapchanymi brudnymi szmatami, tak raziły moje oczy przywykłe do surowego trochę porządku na Pomorzu, że w pierwszych dniach przechadzek po mieście po prostu unikałam. Zresztą miejsca do przechadzki nie ma tu wcale; droga wzdłuż plantu zaśmiecona ogryzkami, papierami, ogarkami papierosów, a trzeba ją przebyć aby dostać się w pole na czyste, pozbawione charakterystycznych zapachów i dymu przestrzenie.

Mieszkania przy szkole nie ma. Było kiedyś, lecz zużyto je na klasy i gabinet pomocy naukowych dla szkoły nr 1 (męskiej). Mieszkanie wynajęłam u prywatnej osoby. Pokoik nieduży, niezły, z fatalnym, brudnym wejściem, które zawsze tamowało mi wejście „do domu”. Najchętniej też siedzę w kancelarii szkolnej: jedno, za dużo jest pracy zaległej, drugie, ze mi tu milej niż „w domu”. Jeżeli  bałabym się pochwalić znajomym z Pomorza mieszkaniem kierowniczki 7-mio klasowej szkoły, to mogłabym się pochwalić przed niejednym kierownikiem szkoły w małym miasteczku pomorskim, pomocami naukowymi. Szkoda, że dużo rzeczy poniszczonych przedwcześnie, szkoda, że te, które są, nie mają odpowiedniego schowania, lecz widać, że starają się tutejsze młode szkoły zaopatrywać w pomoce naukowe i przy staraniach za kilka lat można będzie mieć komplet zupełny. Na Pomorzu niszczą się te, które kupili Niemcy, tendencja,a by starać się o nowe jest słaba. Czeka się z tym na rząd. Dawne przyzwyczajenia. Ot, zaznajomiłam tego, który to kiedyś będzie czytał, z tym co zastałam we wrześniu 1928 roku.

Życie szkolne potoczyło się zwykłą koleją. Nie przerywałam jego umyślnie szkolnymi atrakcjami, aby stworzyć jednolite łożysko pracy i umożliwić zaprowadzenie karności, której brak unicestwiał wysiłki nauczycieli. Tylko kilka uroczystości przerwało monotonię szkolnej pracy.

Dnia 11-ego listopada 1928-ego roku wypada dziesięciolecie Niepodległości Polski. Pierwszy dziesiątek lat budownictwa nowego państwowego tworu, dziesięć lat zmagań z trudnościami nowego życia w Polsce i dla Polski. Reasumując to, co obić się mogło o uszy Polaka w ciągu ostatnich lat, i w otoczeniu święcenia tego narodowego święta, można wygłosić opinię najszerszych warstw społeczeństwa w tym brzmieniu: Polska ta wyśniona, wymarzona przez pokolenia, to nie ta Polska, w której przeżywamy szare życiowe dni … Miały być te cudne, szklane domy, a szara rzeczywistość to zniszczone wojna, gospodarstwo, to źle wychowany w niewoli lud, to niewytrzebi one jeszcze dawne stare grzechy ojców, to wielka ugorem leżąca ziemia prosząca o uprawę… Jakże odważni byli ci, co uprawę tej ziemi świętej wzięli na się przed dziesięcioma laty. Byli chyba odważnie jsi od tych, co ze śmiechem, bez żalu zaglądali w straszliwe zęby białej śmierci, a dziś młodym ciałem użyźniają rubieże naszego państwa niby psy, wiernie zabite u wrót ojczyzny. Wzięli na siebie ciężkie brzemię i rzadko zachęcani dobrym słowem współobywateli, dźwigali je na zmianę dając choć przez krótki czas Ojczyźnie, co w swojej istocie znaleźli najlepszego. Rządy przez tych lat dziesięć przechodziły z rąk jednej partii do drugiej. Prawie wszystkie dorzucały coś swojego do wielkiego znicza wspólnej pracy i choć przy tym było trochę partyjnego hałasu z rezultatu możemy być naprawdę dumni. Wszak myśmy dostali same gruzy powojenne, wszak skarb polski nie istniał, a jednak dziś, za krótkich w historii lat 10, jesteśmy państwem dorównującym tym, które istnieją setki lat, bez bolesnej rany życia narodowego, jaką były rozbiory. Jasno i trzeźwo patrząc na nasz dorobek dziesięcioletni, bez optymizmu twierdzić możemy, że dążymy szybkim krokiem ku budowaniu „białych szklanych domów”. Nie dla nas one, ale ta młodzież, którą nam wychowywać kazano, ta będzie zakładać kamienie węgielne pod nową przyszłość Polski. My zaledwie zarysować zdążymy plan fundamentów przyszłej budowy.

Święto narodowe skupiło myśli całej Polski na obliczaniu dorobku naszego. Obliczanie, spowodowało szczerą radość tych, którym codzienne drobiazgi życiowe nie zasłoniły  oczu na wielkie dziejowe poczynania narodu. Radość tę demonstrowano żywo i serdecznie, jak kto umiał, jak go było stać. I nas w Wołominie dzień ten wyrwał z szarzyzny pracy. Powiewały chorągwie narodowe i chorągiewki w ręku dziatwy nie bardzo zdającej sobie sprawę, czemu cieszyć się należy. Uroczysta akademia w sali „Kina Weneda” ( jest sala w drewnianej bardzo brzydkiej szopie należącej do Straży Ogniowej, mało nadająca się do tego celu) miała służyć zebranej tu dziatwie i jej rodzicom do
przypomnienia czym była Polska dla ojców naszych i czym jest dziś, dla nas. Odczyt, a raczej referat, ilustrowały dzieci deklamacjami, śpiewami, obrazami żywymi. Przewinął się przed wpatrzonymi w dawne lata oczyma obecnych, barwny szlak gehenny polskiej, jej poczynania dla oswobodzenia i działalność dzisiejsza. Widziałam jak tu i ówdzie zaszkliło się oko łzą, zabłysło zapałem, zmąciło zadumą. Dusze tutejszych ludzi są czułe i wrażliwe, ale niestety na wszystko bez wyboru, bo wybrać nie umie umysł mało wykształcony lub całkiem ciemny. Jest tu ogromne pole do pracy społecznej, lecz ludzi do tej pracy mało bardzo. Bliskość stolicy, jej życie, zabiera inteligentniejsze jednostki, a wśród tutejszego ludu szukają ze skutkiem żeru, krzykacze, których odzew „krzywda i krew” jaskrawością przemawia do umysłów ciemnych, a bardzo ubogich ludzi, trując dusze nienawiścią do wszystkiego i wszystkich, za to, za co nikt odpowiadać nie może. Sądzę też, że o te regiony podmiejskie troszczyć się powinien rząd. Przecież to żerowisko, dla wszelkich elementów antypaństwowych. To pewnie tak samo ważne jak kresy. Zdaje mi się, że taka uroczystość szkolna, patriotyczna na terenie Wołomina nie powtarzała się zbyt często.

Z wykonaniem moich projektów miałam duże trudności, a nawet czułam się trochę odosobniona. Społeczeństwo tutejsze, mówię o czynnikach decydujących wobec szkoły, zajmuje stanowisko nieżyczliwe, obojętne. Tak jakoś dziwnie lekceważy nauczyciela i pracę jego,
chociaż przy sposobności deklaruje się chętnie na temat oświaty i jej zadań. Gdzie wina? Pewnie w tradycji. Mamy wrażenie, że zawód
„nauczyciel” zamyka bramy towarzystwa inteligencji, traktuje się nas tu z miną dziedzica wobec korepetytora swój dziatwy. Pewnie dużo czasu będzie potrzeba, żeby zrozumiano, że i my jesteśmy wykształconą inteligencją, a tym bardziej mającą prawo do tego miana, że jesteśmy inteligencją stale się kształcącą. Może też nauczycielstwo, raz i drugi urażone nietaktem pewnych osobników czy grup, zanadto usunęło się od życia społecznego. Już i ja tego doświadczyłam, najpierw przyjąwszy takie fakty ze zdziwieniem, następnie z pewnym rozgoryczeniem płynącym z obrażonej ambicji własnej. Na Pomorzu spotykałam się z lekceważeniem pracy społecznej kobiety, tu posuwa się rzecz tak daleko, że z góry odsuwa się 3 e od pracy, w sposób niegrzeczny nawet ignorując zdanie choćby słuszne. Wyjątkowe osobniki potwierdzają regułę. Ta trudność jeszcze jedna nie zraża mnie, tylko pewnie za pracę może więcej wartościową nawet, nie  zdobędę tego uznania, co na Pomorzu. Zresztą nie o uznanie mi chodzi, ale ogarnięcie  tego rejonu pracy, który mi powierzono, a tu koniecznie potrzeba mi porozumienia ze społeczeństwem. Trzeba będzie szukać dróg. Przyszło mi w tej chwili na myśl, że to będzie raczej subiektywny pamiętnik, nie obiektywna kronika, lecz warunki pracy kierownika szkoły należą, przecie też do charakterystyki pracy szkolnej i dziejów szkolnictwa na danym terenie. 1-ego grudnia 1929-ego roku ustąpił ze stanowiska zastępcy inspektora szkolnego p. inspektor Wiatr, równocześnie dotychczas pełniący obowiązki zast. insp. szkolnego St. M. Warszawy. Żegnaliśmy go z żalem. Pozostanie
w pamięci jako przyjaciel nauczyciela, doradca i kierownik jego pracy. Stanowisko inspektora szkolnego na powiat radzymiński objął p. A.
Lumbe dotychczasowy inspektor  szkolny w Końskich. Równocześnie zaszła też mała zmiana w moim gronie. P. Suwartówna – siła kontraktowa, ustąpiła miejsca p. Bohuszowi, który dotychczas odbywał służbę wojskową. P. Suwartówna  została przeniesiona do Strachówki – Święta Bożego Narodzenia zakończyły ten krótki okres pracy mojej na tym terenie. Nie zrobiłam jeszcze prawie nic, ale poznałam już to, co zrobić tu trzeba – z końcem grudnia 1928-ego r.

1 Komentarz

  1. Pingback: Kronika szkoły nr 2 (żeńskiej) w Wołominie – rok 1928 | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.