Kronika szkoły nr 2 (żeńskiej) w Wołominie – rok 1929

Zima roku 1929-ego zaznaczy się na długie lata w pamięci mieszkańców Europy. Fala silnych mrozów przeszła przez kraje Europy. Takich mrozów najsŁarsi ludzie nie pamiętali. Mróz w nocy z 7-go na 8-go lutego dochodził do 43° Celsjusza. Przy tym spadła ogromna masa śniegów, często tamująca komunikację. Używali w tym roku narciarze i saneczkarze Dla nich białe puchy śnieżne, to radość życia, to rozkosz pędu przez prześliczne, białe rozłogi wyiskrzone mrozem, śmiejące się do słońca brylantami i bielą, nieskalaną. Na torach saneczkarskich, na terenach narciarskich, na ślizgawkach ruch, śmiech, wesele… ale w ubogich izbach nędzarzy straszna niedola szczerzyła zęby… Dla biedaków straszne były długie tygodnie mrozów. Zimą i tak zawsze im trudno, i tak im zimno w nie dość ogrzewanych izbach, ale w tym roku to już było klęską. Parę zarobionych groszy trzeba było podzielić pomiędzy chleb i węgiel. Trzeba było chleba zjeść mniej, aby było przy czym ugotować strawy, bez której w zimnej izbie nie można by wyżyć. A bywały dni, w których nie można było dostać węgla. Nie spodziewano się takich katastrofalnych mrozów, zapasy były małe, dowóz w skutek zawiei śnieżnych niemożliwy.

Biedowali ludziska bardzo. Czekali wiosny z utęsknieniem. A ta nie  przychodziła. Zanim słońce zdążyło roztopić kilkumetrowe gdzieniegdzie  zaspy śnieżne (np. w białostockiem i wileńskiem) przyszedł kwiecień piękny i pogodny. Mróz jednak „trzymał” długo. Co rana przymrozek ścinał ziemię lodową skorupą, która wprawdzie w południe znikała, ale wieczorem ścinała się znowu i utrudniała topnienie nagromadzonych warstw śniegu i lodu.

Było to jednak zbawienne. Gdyby temperatura podniosła się gwałtownie, topnienie lodów odbyło by się w szybkim tempie, musiały by mieć miejsce olbrzymie powodzie. Spodziewano się ich i czyniono wszelkie przygotowania, aby o ile możność powstrzymać i zmniejszyć spodziewaną straszną katastrofę. Poważnie przygotowywała się do walki z żywiołem Warszawa. Ewakuowano mieszkańców nadbrzeżnych
miejscowości, zabezpieczono mosty i zmobilizowano armię zapasów. Największy napływ lodowej kry spodziewany był na Wielkanoc tego roku. W Warszawie było nawet trochę z tego powodu zdenerwowania. Podobno ludzie mieszkający na Nowym Świecie interpelowali kierownika całej akcji, czy są bezpieczni w swoich domach? Skończyło się na szczęście na strachu. Lody pękały zwolna i zwolna odpływały. Ostatni zator usunięto w ten sposób, że wody znalazły ujście nie czyniąc więcej szkód. Nie tak szczęśliwe były prowincje południowe. Tam topnienie lodów odbyło się szybciej i wielkie powodzie w krakowskiem, Iwowskiem, i stanisławowskiem poczyniły ogromne szkody. Po mroźnej zimie lato chciało uraczyć ludzi. Silne upały przerywały burze częste i groźne. W różnych stronach kraju zdarzały się urwania chmury powodujące groźne powodzie (w stanisławowskiem). Śliczna, pogodna, złota i długa jesień, chciała powetować groźną, zimę i niespokojne lato. Zima w tym roku nie spieszyła się do nas. W grudniu bywały śliczne dni wczesnego listopada, a nawet października.

Przepowiadają falę mrozów na luty 1930-ego roku, podobno straszniejszą od zeszłorocznej. Może… na razie wcale na to się nie zanosi.

Na tle tej aury rozwijało się życie naszego miasteczka. Z wiosną było nieco burzliwie.  Skończyła się kadencja rządów Rady (gminnej) miejskiej i były nowe wybory. Poruszyły się nieco umysły, a przede wszystkiem języki. Interesowałam się tym wszystkim, ponieważ chodziło o to, aby ktoś z nauczycielstwa wszedł do Rady. Sprawa była trudna. Jakoś tak się składało, że nie było widoków na uzyskanie bodaj jednego mandatu.

Trzeba się było uciec do wybiegu, a raczej obrano drogę najwłaściwszą i stworzono listę osobną bezpartyjną, której czołowym kandydatem był nauczyciel p. Zawadzki Bronisław (szk. nr 3). Lista nosiła nr 7.  Brałam nawet udział czynny w agitacji. Jak się potem przekonałam różne powody kierowały ludźmi, z którymi, a raczej którym, szłam na rękę. Mnie chodziło o wybór jednego z nauczycieli na członka Rady, tylko dlatego, aby było komu bronić interesu szkoły. Przede wszystkiem leży mi na sercu budowa nowej szkoły. Rzecz ogromnie ważna.

Dziatwa nasza pracuje w warunkach przeczących wszelkim wymogom higieny. Ciasne sale, duszne, bo za małe na taką ogromną ilość dzieci, jaka się u nas mieści, brak podwórka i boiska, ustępy urągające wszystkiemu temu, co się mówi o higienie większych zgromadzeń pracujących ludzi, to warunki pracy naszej. Toteż nic dziwnego, że cierpi na tym zdrowie nasze, a przede wszystkiem zdrowie dziatwy. Gruźlica ma tu doskonałe warunki rozwoju. A dzieci rok – rocznie przybywa, a długie lata następne ubywać nie będzie. W małych naszych salkach uczy się na dwie zmiany 100 – 110 dzieci w przestrzeni 100 metrów kubicznych.

Budowa nowego gmachu szkolnego to nagląca potrzeba, a zbyt wiele zrozumienia ta sprawa w naszym miasteczku nie ma. Podczas wyborów wprawdzie  na każdym wiecu mówiło się o szkole, ale po wyborach nikt się tą sprawą raczej nie zajmował. Niewiele  też przyczyni, zdaje się, do tego nasz przedstawiciel. Może się mylę. Sprawa budowy szkoły weszła na realniejsze tory, gdy miejsce burmistrza zajął komisarz rządowy (Rada nie umiała wyłonić burmistrza z pomiędzy naszych obywateli), p. Majerski. Jest to człowiek energiczny z szeroką inicjatywą. Znać jego rządy w miasteczku. Brukują ulice, odnawiają domy, uregulowano światło, ale dobre chęci p. Majerskiego paraliżuje brak pieniędzy w kasie miej skiej. Ogólny kryzys materialny fatalnie odbił się i na gospodarce miejskiej, co dla naszej szkoły też jest fatalne. Trudno dostać pieniędzy na zakupienie pomocy naukowych wyznaczonych przez budżet roczny. Budowa szkoły też postępu nie czyni. Właściwie to nie budowa, lecz wstępne przygotowanie do niej.

Zdążono załatwić sprawę kupna placu pod budowę i na tym pewnie w tym roku się zakończy.

Szkoła ma stanąć na gruntach dawniej Mossakowskich, na przedłużeniu ulicy Długiej. Ma tu być szkoła bliźniacza, o 24 salach prócz sal do robót i rysunków, sali gimnastycznej, gabinetów i kancelarii. Oczywiście będzie też mieszkanie służbowe dla kierownika i nauczycieli. Na razie daleko nam do tego raju, pewnie jeszcze dobrych parę lat popracujemy w tutejszych warunkach.

Życie w szkole zaczyna się powoli formować równiej. Z początkiem tego roku poważną przeszkodą były mrozy i zawieje. Trzeba było częściowo zawiesić nauczanie bo w niektórych salach mimo ogrzewania, było do 2°+ a nawet niżej. Od 4-ego do 10-ego lutego szkoła była zupełnie nieczynna, bo dzieci wcale nie mogły przychodzić. Drugą przeszkodą była epidemia świnki i odry. Jedna na początku roku 1929, druga w grudniu tegoż roku. Ukazało się też parę wypadków szkarlatyny, a nawet dwie dziewczynki umarły z tej choroby. Dwie inne zmarły na zapalenie mózgu, jedna na tyfus. Szczególnie zatem nieszczęśliwy rok. W męskiej szkole był jeden wypadek śmierci dziecka. Chłopak 13-letni wypadł z pociągu i zabił się.

Mimo tych przeszkód zaszły w szkole zmiany na lepsze. Półroczna klasyfikacja wykazała, że jest duży procent dziecię które nie nadają się do szkoły tak ze względu na wiek, jak na zachowanie i postępy w naukach. Trzeba je było wydalić. Jest to niedobry wprawdzie środek wychowawczy w stosunku do jednostki na masę jednak działa. Dużo dzieci, które lekceważyły swoje obowiązki, zabrały się do pracy nad sobą. Lekkomyślniejsze nie przewidziały, że ich nie przyjmiemy po wakacjach. I to właśnie wywarło skutek, że dziatwa spoważniała i w tym roku bierze się do pracy raźniej i porządniej. Zmieniło się też zachowanie dzieci poza szkołą. Ustały niepotrzebne spacery itp. imprezy niedoświadczonych dziewczynek.

Wiele dobrego świadczy naszemu wychowaniu ?skauting”. Trochę bałam się wprowadzenia skautingu  do szkoły. Nie ma w naszym gronie egzaminowanej instruktorki, a oddać młodzież pod opiekę drużynowych obcych, nie zawsze bezpiecznie. Na szczęście obie drużynowe, to dziewczęta o wrodzonych zdolnościach pedagogicznych i przejęte swoja, misja, głęboko i poważnie. Zaszczepiają, w dusze dziewczynek cnoty harcerskie czyniąc to bez afektacji, lecz z dużą znajomością duszy dziewczęcia.

Dalszą pomocą w wychowaniu miały być samorządy klasowe. Zaprowadziłam je, lecz sprawa idzie opornie. Nie można też jej nienaturalnie przyspieszyć. Mają to być „samorządy”, dzieci muszą się rządzić same. Nie umieją tego, muszą się nauczyć. Psychika tutejszego dziecka jest z natury trudną do prowadzenia. Żywioł składający naszą szkołę składa się z elementów  bardzo różnorodnych. Są tu dzieci urzędników pracujących w Warszawie, dzieci robotników, jest dużo ostatniej nędzy moralnej i fizycznej. Dzieci te nie umieją jeszcze godzić się ze sobą, sprzeczają się ustawicznie, a nawet kłócą.

Teren do pracy samorządowej na razie trzeba bardzo ograniczyć i nie zmuszać do pracy w samorządzie, a najpierw na nią pozwolić i do niej zachęcać podsuwając zręczne myśli i zamiary, około których mogłoby się skupić życie samorządowe. Tak też zrobiono. Urządzono samorządy formalnie i  zostawiono inicjatywę dziatwie. Bardzo różnorodnie klasy rzecz tą przyswoiły sobie, na ogół  jednak trzeba będzie zaczekać na siew rzucony do przyszłego roku, bacząc, aby prace podjęte zostały wykonane, choćby w małym zakresie. W zakres zadań samorządów wchodzi zdobienie klas i porządek w klasach, poza tym zostawiono swobodę tworzenia kółek. Jedna tylko klasa utworzyła kółko amatorskie, które pracuje i przygotowało samodzielnie sztuczkę. Co było kłótni przedtem, ale jednakże dopięły swego jednostki rozsądniejsze i przeprowadziły. Jest to klasa IVa najsłabsza pod względem postępów w nauce cała poprzednich zaniedbań.

Organizacja samorządów wpłynęła dodatnio na karność klas VII i VI. Natomiast przeciwny skutek miała w klasie  V-tej i IV b. W V-te j wytworzyło się kółko rządzące, które przypisywało zbyt szerokie perspektywy i wpłynęło na inne dziewczynki ujemnie złymi przykładami zuchwalstwa i nieposłuszeństwa, w czwartej zaś przeciwnie. Zarząd samorządów uległ przeważającej liczbie  niekarnych, a inteligentnych dziewczynek, które  paraliżują każdy lepszy odruch, czy zamiar mniejszości.

Niemałą przeszkodą w tej pracy jest niedostateczna znajomość prowadzenia  pracy w samorządach u nauczycielstwa i stąd płynące pewne lekceważenie tej sprawy. Zapewne z czasem uda się przekonać i nakłonić nauczycieli do baczniejszej w tym kierunku pracy. Na razie plusem sprawy jest to, że myśl rzucona kiełkuje, umysły są w tym kierunku rozbudzone i skierowane, a w przyszłości można się spodziewać, że dalszy kierunek sprawie tej nadadzą same dzieci. Widocznym sukcesem jest świadomość wszystkich dzieci, że rządzić jest trudno, i że wtedy pracuje się często, w zamian za przykrości i niewdzięczność. Można sądzić, że te, którym przypadło w udziale rządzić, i będą umiały podporządkować się, i nauczą tego samego dzieci inne, które dotąd umiały podporządkować się tylko rozkazom.

Warunkiem bardzo ważnym w wychowaniu dziatwy jest współżycie domu ze szkołą. Aby tę nadadzą same dzieci. Widocznym sukcesem jest świadomość wszystkich dzieci, że rządzić jest trudno, i że wtedy pracuje się często, w zamian za przykrości i niewdzięczność. Można sądzić, że te, którym przypadło w udziale rządzić, i będą umiały podporządkować się, i nauczą tego samego dzieci inne, które dotąd umiały podporządkować się tylko rozkazom.

Warunkiem bardzo ważnym w wychowaniu dziatwy jest współżycie domu ze szkołą. Aby tę sprawę na ogół dosyć kulejącą ułatwić zorganizowałyśmy opiekę szkolną, która od lat kilku prawie nie istniała. Głównym opiekunem  formalnym jest ks. proboszcz Golędzinowski – człowiek rozumny, zacny, pełny dobrej woli, ale w sprawach szkolnych, w życiu dzisiejszej szkoły wcale lub bardzo mało się orientujący. Jest zresztą wyrazem tutejszego społeczeństwa, które dużo szkole dyktuje, lecz nie zdaje sobie sprawy z istoty zadań wychowawczych.
Pilną i palącą rzeczą jest  uświadomienie społeczeństwa co do tych spraw i tej pracy zaczynamy się podejmować. Utworzono przy naszej szkole instytucję opieki szkolnej.

Prócz formalnie ustanowionej opieki, wprowadziliśmy „opieki klasowe”. W każdej klasie wyznaczono kilka Pań Matek dziewczynek, które zająć się mają przede wszystkiem materialną stroną opieki nad dzieckiem. Czy uda nam się to, co zamierzamy przez to uzyskać, zobaczymy.

Pierwsza wizytacja p. inspektora Lumbego zaznajomiła go z nami. Jego przybycie poprzedziła fama, że jest b. surowy i wymagający. Nie mogę tegoż nie zaprzeczyć. Wydaje mi się człowiekiem rozumnym, świadomie dążącym do celu, takiego do jakiego my zdążamy, że do osiągnięcia celu używa środków zdecydowanych, to w warunkach obecnych jest konieczne. Dostał tu czarną robotę w biurze i otrzymałam za to, to co mi się „niby”należało.

Z życia nauczycielskiego należy zaznaczyć dwa dodatnie fakty. Obudziło się „Ognisko” i na nowo zostały zorganizowane konferencje rejonowe. Dziwnie, jakie tu panuje uprzedzenie do prac konferencji. Jestem nieomal odosobniona  w przekonaniu, że konferencje są doskonałą, (przy dobrej organizacji) instytucją samokształceniową. Dla mnie jest to miła praca, przynosząca mi zawsze  dużo korzyści. Sądzę, że to zdanie kolegów się zmieni. W gronie naszym zaszły pewne zmiany. P. Bohusz został przeniesiony do Szk. nr 3 bo… jest mężczyzną. Nie mogę tego zrozumieć, żeby to miało być szkodliwe, gdy mężczyzna uczy dziewczynki. Może i jest racja, ale z drugiej strony jeżeli chodzi o moje grono, wolałabym – dla równowagi paru mężczyzn. Przydałoby się. Na miejsce p. Bohusza przybyła ze Szkoły nr 3 p. Rebandlowa, tudzież dwie nowe siły nauczycielskie: p. Zacharówna  na miejsce p. Lipskiej (która wyszła za mąż)  i p. Flejszerówna.  P. Zacharówna – matematyczka i p. Flejszerówna  – robociarka. Bardzo nam te siły były  potrzebne, bo te właśnie przedmioty szwankowały. Jeszcze kuleje humanistyka.

Ogólnie mimo wielu kłopotów, przykrości, niepokojów rok ten przeszedł zostawiając wrażenie  pewnego uregulowania pracy nauczycielskiej, a przede wszystkim wychowawczej. Skutków zbyt widocznych nie ma, ale wyczuwa się pewne nastawienie na postęp.

1 Komentarz

  1. Pingback: Kronika szkoły nr 2 (żeńskiej) w Wołominie – rok 1929 | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.