Miron Paweł Cichecki

Odszedł 22 listopada 2010 roku
Miron Paweł Cichecki
zasłużony, honorowy obywatel miasta Wołomina 

Taką wiadomość mieszkańcy Wołomina przekazywali sobie przez kilka dni. Przystawali pod „drzewem pamięci” przy ulicy Kościelnej róg Legionów, by przeczytać nekrolog informujący o dacie śmierci i dacie uroczystości pogrzebowych, a nade wszystko informacje o CZŁOWIEKU, który w 2005 r. otrzymał tytuł „Honorowego Obywatela Wołomina”. Wówczas znalazł się wśród takich osobistości jak: Józef Piłsudski, Henryk Konstanty Woyciechowski, Władysław Korsak, Edward Śmigły Rydz, ks. Jan Sikora i ks. abp Sławoj Leszek Głódź.

Na warszawskim Bródnie

Miron Paweł Cichecki urodził się 8 sierpnia 1914 r. w warszawskiej gminie Bródno, jako syn Józefa i Heleny z Michalskich . Ojciec zajmował się pracą zawodową, wykształcony w kierunku działalności samorządowej, pełnił funkcję sekretarza tejże gminy. Matka zajmowała się gospodarstwem domowym i wychowaniem czwórki dzieci: najstarszego Mirona Pawła, Aliny, Barbary i Andrzeja .

Mieszkali w Warszawie na Bródnie. Gruntowna wiedza zdobyta w Studium Samorządu Terytorialnego w Lipsku, praktyka w urzędzie bródnowskim i wojskowe tradycje rodzinne spowodowały, że 1 kwietnia 1919 r otrzymał z rąk Naczelnika Państwa Polskiego Józefa Piłsudskiego nominację na stanowisko burmistrza Pruszkowa.

W Pruszkowie

Miron jako siedmiolatek rozpoczął edukację w pruszkowskich szkołach: powszechnej i Gimnazjum im. Tomasza Zana. Za czasów burmistrzowania jego ojca wykupiono i przebudowano gmach przy ulicy Klonowej, przystosowując go do potrzeb szkoły średniej. Tam też przeniesione zostało Gimnazjum im. Tomasza Zana, które mieściło się dotąd w domu Piotra Kuklińskiego na Żbikowie. Absolwentami tego gimnazjum byli m.in.: znany żeglarz Leonid Teliga, pisarz Wojciech Żukrowski, Leszek Chełmiński, absolwent Szkoły Orląt w Dęblinie, uczestnik II wojny światowej, a po wojnie kierujący w Kanadzie produkcją samolotów; Bolesław Ostrowski, syn dyrektora gimnazjum, ps. „Elektryk” z Kedyw-u, wykonawca wyroku śmierci wydanego przez władze Polski Podziemnej na szefa Arbaitsamtu Gleista na ulicy Mazowieckiej w Warszawie 10 maja 1943 r., który poległ na przedpolach Berlina w 1945 r., oraz wielu innych wartościowych ludzi, którzy pracowali potem na poważnych stanowiskach, walczyli o Polskę, a często poświęcili dla Niej życie”.

Z czasów pruszkowskich p. Miron wspominał odwiedziny Pruszkowa w maju 1930 r. przez Prezydenta Rzeczypospolitej prof. Ignacego Mościckiego. Wówczas profesor przyjął zaproszenie Józefa Cicheckiego i zaszczycił wizytą jego dom, gdzie wraz z towarzyszącymi mu osobami podjęty został obiadem. Ale najczęściej wspominał dokonania swojego ojca dla społeczności miasta: ciągi komunikacyjne (place, ulice i skwery) oraz współpracę z organizacjami społecznymi, w których sam działał, skutecznie je propagował i popierał.

W rozmowie nie mogło zabraknąć tematu prohibicji. Mówił: „Otóż wielkim problemem robotniczej społeczności Pruszkowa był alkoholizm. Żony i matki, których mężowie i synowie przepijali swoje zarobki, kierowały do władz samorządowych Pruszkowa petycje o rozwiązanie tego problemu. Józef Cichecki, jako pierwszy burmistrz w Polsce, a przypuszczalnie nawet w Europie, przeforsował w samorządzie miasta kontrowersyjny i radykalny wniosek wprowadzający w Pruszkowie prohibicję – zakaz sprzedaży alkoholu w sieci handlowej miasta. Spotkało się to z bardzo dobrym przyjęciem przez społeczeństwo, głównie kobiety Pruszkowa, które widziały w tym swoje zwycięstwo w walce o pomyślność rodzin. Pamiętam jak kobiety przyszły pewnego dnia pod magistrat i krzyczały z radości: – Niech żyje burmistrz Cichecki”.

Wołomin – na wiele lat

W 1934 r. władze wyznaczyły burmistrzowi Cicheckiemu nowe zadania do realizacji w odległym Wołominie. Pożegnanie ze społeczeństwem Pruszkowa było bardzo serdeczne.

1 listopada 1934 r. Józef Cichecki został komisarycznym burmistrzem Wołomina. Na początku 1935 r., 20-letni Miron, student prawa Uniwersytetu Warszawskiego zamieszkał w Wołominie. „Gdy przyjechaliśmy do tego miasta zdziwiłem się gdzieśmy to zabłądzili. Pruszków był już miastem przemysłowym z rozbudowaną infrastrukturą komunalną a Wołominowi było do niego daleko. Ani jedna ulica nie była brukowana. Wyszliśmy ze stacji i poszliśmy ulicą Piłsudskiego. Zobaczyłem konia zaprzężonego do dziwnego pojazdu, jak się okazało był to tramwaj konny, który kursował od stacji PKP do Górek Mironowskich” – wspominał po latach. Następnym etapem edukacji Mirona była Szkoła Podchorążych przy 24 pułku piechoty w Łucku na Wołyniu (1937 r.), którą ukończył z pierwszą lokatą.

Już niedługo miało się okazać, że umiejętności zdobyte w wojsku będą potrzebne. „Dziwne, ale gdy wybuchła wojna nie dostałem żadnego powołania. Pojechałem, zatem do Rembertowa, gdzie formowała się zapasowa kompania. Zostaliśmy skierowani na pierwszą linię do obrony Warszawy. Stolica długo się nie broniła, padła, a mnie udało się uniknąć niewoli i wróciłem do Wołomina. W Wołominie trwały naloty, Niemcy ostrzeliwali miasto z broni maszynowej, na ulicy Chopina bomba zniszczyła kilka budynków. Nie istniała już kolej. Straty poniesione w pierwszych dniach września były dość znaczne. Mieszkaliśmy wtedy na ulicy Piłsudskiego 3. Ojciec został na miejscu zgodnie z poleceniem najwyższych władz państwowych. Natychmiast po wybuchu wojny, zorganizował z moją siostrą Barbarą, działaczką harcerską, szpital przy Szkole Powszechnej Nr 4. Do tego szpitala zwożeni byli wszyscy ranni podczas nalotów. Na apel ojca, społeczeństwo przynosiło do szpitala niezbędne wyposażenie. Przed 17 września od strony Radzymina Niemcy wkroczyli do miasta. Wprowadzili swoje rządy, nakazali oddać radioodbiorniki. Nie wszyscy dostosowali się do rozporządzenia, zatem wiadomość o agresji niemieckiej dotarła do nas natychmiast. Niemcy bardzo szybko zaczęli tworzyć swoje garnizony, natomiast Polacy rozpoczęli ruch konspiracyjny. Pod koniec 1939 r. najsilniejszą taką organizacją w rejonie Wołomina były „Wilki” utworzone prze byłych oficerów, zawodowych i rezerwy. Ja sam zaangażowałem się w konspirację z chwilą powstania Związku Walki Zbrojnej (ZWZ)”.

Sport – autentyczna potrzeba całego organizmu

Od najmłodszych lat interesował się sportem. Mówił:

Biegałem na sto metrów i skakałem w dal. Dobry w lekkoatletyce byłem już w gimnazjum. Odnosiłem sukcesy, a największą konkurentką była siostra Alina, reprezentantka Polski w gimnastyce sportowej na olimpiadzie w Berlinie w 1936 r. W Berlinie byłem jako korespondent sportowy. Napisałem kilka sprawozdań z przygotowań, spodobało się, a pisać trochę umiałem, bo w gimnazjum konkurowałem w tej dziedzinie z Wojciechem Żukrowskim. Olimpiadę oglądałem z zapartym tchem. Dookoła rodził się nazizm, a zmagania sportowców oglądał Hitler. Za każdym razem, gdy przegrywał Niemiec, wódz demonstracyjnie opuszczał trybuny.

Przed wojną wołomińska młodzież garnęła się do sportu, najlepiej świadczą o tym dzieje „Huraganu”. Mieliśmy lekkoatletów, Zenona Puchalskiego i Mariana Sarnackiego, równie dobrych co niedościgniony Kusociński. Przypominam sobie czasy, kiedy stadion był na końcu ul. Długiej (obecnie Legionów), pod lasem, prawie trzy hektary podarowane w użytkowanie przez dziedziczkę Wołomina, panią Mossakowską. Jak był mecz, to pół Wołomina wyruszało pod las, z wałówkami, dziećmi, całe rodziny szły na stadion. Każda organizacja sportowa musiała się wówczas utrzymać z własnych środków. Miasto partycypowało tylko w budowie boisk, wtedy wszystkie sporty były sportami świeżego powietrza. Istniało kilka sekcji, należeli do nich studenci, młodzież szkolna, a także kobiety, które grały w piłkę ręczną i siatkówkę.

 

Był zawodnikiem kadry reprezentacji Polski juniorów w lekkoatletyce (skok w dal: 60 i 100 m), a od 1934 r. do wybuchu wojny zawodnikiem sekcji lekkoatletycznej WKS „Huragan”. W 1941 r. rozpoczął kolejny etap swojej przygody sportowej przechodząc z roli zawodnika na pozycję działacza sportowego, którą to funkcję przez wiele lat sprawował z pożytkiem dla „Huraganu”. I tak w latach 1941-1943 był działaczem konspiracyjnego „Huraganu”, uczestniczącego w tajnych rozgrywkach piłkarskich o mistrzostwo Warszawy, a równocześnie prowadził z ramienia AK bojowe szkolenie wojskowe młodzieży piłkarskiej klubu, przygotowywanej do walki z okupantem.

Od 1947 r. przeszedł kolejne szczeble działalności sportowej w „Huraganie” pełniąc zawsze odpowiedzialne funkcje kierownicze poprzez kierownika sekcji lekkoatletycznej, sekcji piłki nożnej, członka Zarządu, wiceprezesa, aż do prezesa klubu. Był delegatem na zjazd założycielski Zrzeszenia Sportowego „Kolejarz” i to On przyczynił się do osiągnięcia przez <Huragan> statusu członka założyciela owego Zrzeszenia.

Od 1948 r. rozpoczął pracowity okres inwestycyjny i organizacyjny „Huraganu”. Miron Cichecki jako wiceprezes organizacyjny klubu, inicjator powołania Społecznego Komitetu ds. adaptacji lokalu klubowego przy ulicy Książęcej oraz przewodniczący Społecznego Komitetu Budowy Obiektu Sportowego „Huragan” na Glinkach, walnie przyczynił się do powstania w 1955 r. największego w owym czasie kompleksu sportowego (boisko, hala sportowa, pawilon) na Mazowszu, służącego młodzieży Wołomina i okolicznych miejscowości, w pierwszym rzędzie zaś sportowcom jego ukochanego klubu „Huragan”. Złoty okres rozkwitu klubu zakończył się w 1961 r. w momencie odebrania „Huraganowi” własności obiektów sportowych, wybudowanych w wielkim trudzie przez klub. Większość działaczy rozgoryczona taką decyzją zrezygnowała z działalności sportowej. W tej trudnej sytuacji z grupką ludzi pozostał na posterunku nie kto inny tylko Miron Cichecki, pod którego kierownictwem udało się wygrać ciężką bitwę o istnienie i wyprowadzenie klubu z kryzysu.

– napisał Jerzy Opyc.

A sam Miron Cichecki, w podsumowaniu pracy działacza sportowego, powiedział: „Moja długoletnia działalność dla Klubu i jego członków oraz dla Wołomina i sportu polskiego była autentyczną potrzebą mego całego organizmu. Wypływała z ukochania sportu, młodzieży i jej naturalnych potrzeb. Poza tym miałem szczęście pracować społecznie z fantastycznymi ludźmi, dla których praca społeczna w sporcie była tak jak dla mnie całym światem. Zawsze traktowałem to działanie jako obowiązek społeczny wobec Kraju”.

Znałam Pana Mirona osobiście. Darzyliśmy siebie niekłamaną sympatią. Lubiłam słuchać jego opowieści z minionych lat. Ostatni raz rozmawialiśmy w sierpniu 2010 r. Interesowały mnie informacje potrzebne do biografii Jego żony – Wiesławy Cicheckiej, mojej nauczycielki języka polskiego w Szkole Podstawowej Nr 1 w Wołominie. Co prawda z wcześniejszych przekazów w prasie znałam niektóre fakty, ale dziś podaję ostatni przekaz CZŁOWIEKA, który z wielką pasją opowiadał o życiu w Polsce w różnych okresach, podkreślając, że należy się szacunek dla przeszłości, bez zapominania o teraźniejszości i dbania o rozwój przyszłości.

Należał do Sekcji Akademickiej przy Polskiej Macierzy Szkolnej w Wołominie. Należeli do niej studenci i absolwenci wyższych uczelni mieszkający w Wołominie. Wśród najbardziej aktywnych członków byli: Wiesława Dymowska (późniejsza żona Mirona), Miron Cichecki, Zbigniew i Kazimierz Szubert, Janusz Dziurlikowski, Józef Piróg, Jan Wojtowicz, Sabina Drop, Zbigniew Niespodziewański, Roman Napłoszek i inni. Sekcja liczyła ok. 25 osób. Sekcja inicjowała imprezy kulturalne i oświatowe oraz prowadziła dla ludności Wołomina społeczną Bibliotekę Publiczną przy dzisiejszej ulicy Legionów 40.

Do dzisiaj w prywatnych księgozbiorach w Wołominie można znaleźć książki ze stemplem „Biblioteka Polskiej Macierzy Szkolnej” lub Polska Macierz Szkolna – Sekcja Akademicka w Wołominie.

17 sierpnia 1940 r. Miron Paweł Cichecki ożenił się z Wiesławą Janiną Dymowską, ich ślub odbył się w Zielonce. Młodzi zamieszkali przy ulicy Sławkowskiej w Wołominie, potem przeprowadzili się na ulicę Powstańców, „którą władze Wołomina jako pierwszą skanalizowały, wyposażyły w asfaltową nawierzchnię, chodniki i obsadziły pięknymi, purpurowo kwitnącymi głogami”. Miron pracował w Komunalnej Kasie Oszczędności Powiatu Warszawskiego Oddział w Wołominie. Był kierownikiem działu Akcji Kredytowej, który trudnił się przyznawaniem rolnikom pożyczek. Kasa mieściła się na parterze budynku, w którym pierwsze i drugie piętro zajmowały Publiczne Szkoły Powszechne (męska i żeńska a do 2003 r. siedzibę w tym budynku miała Szkoła Podstawowa nr 1 w Wołominie).

W tym okresie Cicheccy wraz ze Stanisławą Dymowską, założyli w narożnym budynku przy ulicy Przechodniej w Wołominie sklep papierniczy. W sprzedaży znajdowały się materiały piśmienne: tusze do pieczątek, ołówki, zeszyty i inne artykuły. Jednak głównym celem tego przedsięwzięcia było sprowadzanie papieru. Dzięki zapobiegliwości Józefa Cicheckiego i jego syna Andrzeja. którzy założyli firmę papierniczą przy ulicy Sienkiewicza róg Jasnej w Warszawie, pozyskiwano papier gazetowy w rolach i przerabiano go na arkusze, na których drukowano w Wołominie biuletyn informacyjny oraz pismo konspiracyjne Armii Krajowej „Na przedpolu”.

19.09.1941 r. Wiesława i Miron zostali szczęśliwymi rodzicami Sławomira Adama. Był to niezwykły okres w życiu ich rodziny. Wiesława zapoznawała się z nową dla niej rolą matki, Miron działał w Armii Krajowej, a władze okupacyjne wprowadziły terror na podległych im terenach. Pod koniec 1944 r. po zdobyciu Wołomina przez wojska sowieckie NKWD zaczęło wprowadzać restrykcje przeciw działaczom AK i innych organizacji niepodległościowych. Rozpoczęły się aresztowania i zsyłki na Sybir.

Miron Cichecki uniknął zesłania, ponieważ podawał się za członka AK – Akcji Katolickiej. W trakcie przesłuchań został osadzony w obozie NKWD w Klembowie-Ostrówku, a potem wcielony do 8 pułku I Armii Wojska Polskiego, z którym rozpoczął szlak wojenny od forsowania Wisły w rejonie Jabłonny, a następnie udział w walkach o Wał Pomorski i Kołobrzeg.

Po zakończeniu wojny 8 pułk wysłano do działań „Akcji Wisła”, a Miron Cichecki został zdemobilizowany w stopniu porucznika i powrócił do domu dopiero w 1947r.

„Miron Cichecki był człowiekiem prawym, życzliwym dla ludzi, oddanym społecznikiem, kochającym ojcem i dziadkiem, wielkim patriotą, działaczem konspiracyjnym o pseudonimie „Olsza”, w latach 1940-1944 żołnierzem Związku Walki Zbrojnej, a następnie Armii Krajowej na terenie Obwodu AK „Rajski Ptak” (były powiat radzymiński). Uczestnik zbrojnych akcji sabotażowo-dywersyjnych przeciw okupantowi hitlerowskiemu oraz współuczestnik redagowania, wydawania i kolportażu prasy podziemnej w okresie okupacji na terenie Wołomina.

Więzień NKWD w Wołominie przy ulicy Piaskowej i w obozie Ostrówek – Klembów. Uczestniczył w walkach z hitlerowcami na szlaku od Warszawy do zdobycia Berlina (poprzez Wał Pomorski i Kołobrzeg) w szeregach 8 pułku Piechoty 3 Dywizji im. R. Traugutta I Armii Wojska Polskiego. Major Wojska Polskiego. Odznaczony za walkę z okupantem Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych oraz Komandorskim, Oficerskim i Kawalerskim Krzyżem Orderu Odrodzenia Polski, a także Krzyżem Armii Krajowej. Prezes Honorowy Koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Obwodu „Rajski Ptak” w Wołominie. Działacz samorządowy i sportowy, inicjator budowy obiektów sportowych w klubie sportowym „HURAGAN” oraz Honorowy Członek PZPN i Mazowieckiego ZPN” (tekst zamieszczony w nekrologu).

W piątek, 26 listopada 2010 r., uroczystości pogrzebowe na Cmentarzu Bródnowskim poprzedziła msza święta, którą koncelebrował ks. prałat Józef Kamiński w kościele p w. Matki Bożej Królowej Polski w Wołominie przy ulicy Kurkowej 35/37. Niezwykle smutna uroczystość zgromadziła rodzinę, władze samorządowe miasta Wołomina i powiatu wołomińskiego, działaczy sportowych, sąsiadów, znajomych i przyjaciół.

MIRON PAWEŁ CICHECKI pochowany został w grobowcu rodzinnym, (kw. 49 F-2-24) z honorami wojskowymi, a kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego oddała trzy salwy honorowe.

Trumnę Mirona Pawła Cicheckiego ps. „Olsza” przedstawiciele Klubu Sportowego „Huragan” okryli biało-czerwonym szalikiem z napisem „Polska”, a z drugiej „Huragan”. W czasie opuszczania trumny do grobu rozległo się trzykrotnie „Hasło WP”, po opuszczeniu trumny trębacz wykonał sygnał: „Śpij Kolego”, a grób pokryły piękne kwiaty.

Nie ma takiego czasu, który najbliższym pozwoli zapomnieć! Wspomnienie domu rodzinnego, jego zapachu i ciepła pozostaje w nas, niezależnie od naszego wieku. Minęło już wiele dni, miesięcy od tego listopadowego, mroźnego, pamiętnego 22 listopada, 26 listopada…

To najgorszy dzień w naszym życiu – wspomina córka Mirona Cicheckiego. Odszedł nasz ukochany tatuś, dziadek i pradziadek.

Jak zwykle tego dnia pojechaliśmy do Szpitala Praskiego, gdzie leżał już złożony chorobą od kilku tygodni.

Doktor prowadząca natychmiast poinformowała nas o pogarszającym się stanie ojca, a niespełna godzinę później Tato odszedł na naszych rękach. Odszedł spokojnie, do lepszego świata, ale miał niezwykłą wolę życia. Nie chciał umierać i często mawiał: ” Jeszcze chociaż parę lat, bo życie jest takie piękne”.

Wspominam lata, kiedy po śmierci Mamy (1988) Tato pozostał sam w swoim domu. Był już wtedy leciwym człowiekiem, ale jeszcze sprawnym fizycznie i umysłowo.

Dzięki swoim pasjom i wszechstronnym zainteresowaniom mógł wypełnić pustkę jaka pozostała w jego życiu po śmierci Mamy.

Nie bardzo natomiast radził sobie w codziennym prozaicznym życiu. Nie przywiązywał większego znaczenia do tych spraw bieżących, powiem więcej, lubił swój nieład, w którym miał swój porządek.

My i nasza córka Katarzyna często go odwiedzaliśmy, aby mu pomóc i zastąpić w domowych porządkach nieżyjącą Mamę.

Kasia często przyjeżdżała do dziadka aby posprzątać i wypełniać inne domowe obowiązki.

Jego życie zmieniło się diametralnie w momencie, kiedy do domu Taty wprowadził się nasz syn Michał wraz z żoną Jolantą.

Wtedy to oni całkowicie zajęli się domem, a Tato był szczęśliwy, że może dzieciom służyć dobrą radą, a wnuczka, jak nazywał naszą synową, była dla niego wielkim wsparciem i bratnią duszą.

Prawnuczek Adaś, który przyszedł na świat po trzech latach małżeństwa był największym szczęściem „Dziadka Mironka”.

Gdy zaczął podupadać na zdrowiu, wraz z mężem zaproponowaliśmy Tacie przeprowadzkę do naszego mieszkania w Rembertowie. Ja w tym momencie byłam już na emeryturze i w związku z tym mogłam Mu zapewnić troskliwą opiekę i wszelaką pomoc. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wyrywamy Go ze środowiska i otoczenia, z którym był bardzo zżyty. Bardzo z tego powodu bolał. Mimo iż wiedział i doskonale rozumiał, że musi poddać się opiece swoich dzieci, to zawsze tęsknił za ukochanym Wołominem za ludźmi którzy tam mieszkali, a nade wszystko za swoim kochanym Klubem Sportowym „Huragan”.

Ostatnie pięć lat swojego życia Tata spędził w Rembertowie w naszym domu. Codziennie czytał od deski do deski „Przegląd Sportowy”, „Gazetę Polską” oraz studiował lokalną prasę regionalną i wołomińską (dostarczaną przez naszą synową). Interesowały go sprawy jego miasta, zmiany, które tam zachodziły. Często telefonował do Burmistrza pana Mikulskiego, a także Przewodniczącego Rady Miasta Pana Żelezika, jak również do pana Bulika, byłego Burmistrza. Dzielił się z nimi swoimi spostrzeżeniami i radami. Można powiedzieć, że żył na co dzień wszystkimi sprawami Wołomina. Martwił się faktem rozpadu Wołomińskiego Koła Armii Krajowej, którego przecież był wieloletnim działaczem. Dzwonił także często do przewodniczącej Koła pani Skrodzkiej i utrzymywał z nią stały kontakt.

Dzięki temu, że ówczesne władze Wołomina zawsze pamiętały o swoim honorowym obywatelu, o jego rocznicach urodzin, imienin czuł się ważny i potrzebny.

Obecnie, gdy spotykamy się w gronie rodziny i widzimy wolne miejsce przy stole, przy którym nasz Tato zajmował poczesne miejsce jest nam niezmiernie smutno. Był duszą towarzystwa, umiał pięknie opowiadać, wspominać dawne dzieje, a my wszyscy słuchaliśmy go z zapartym tchem.

Dzisiaj pozostała nam pustka, wspomnienie wspaniałego ojca, dziadka, szlachetnego i dobrego człowieka, patrioty, społecznika, a przede wszystkim człowieka życzliwego dla ludzi i „swojej Małej Ojczyzny”.

Pożegnaliśmy Ciebie Tato, ale zawsze będziesz obecny w naszych sercach.

Bibliografia:

M. Cichecki, Strzępy wspomnień, „Głos Powiatu”, 1999 nr 2; A. Bochenek, Witaliśmy ich z nadzieją, „Wieści Podwarszawskie”, 1997 nr 2; A. Bochenek, Szkoła charakteru, „Wieści Podwarszawskie”, 1997 nr 23; M. Cichecki, Wołomin – życiowy przystanek,” Życie powiatu wołomińskiego”, 2004 nr 1; M. P. Cichecki, 75-lecie – Klub sportowy „Huragan 1928-1998”, Wołomin, 1998; Wołomin, Wikipedia, wolna encyklopedia; Honorowi obywatele miasta; H. Wiktorko, Wspomnienie, Warszawa 4.06.2011.

1 Komentarz

  1. Pingback: Miron Paweł Cichecki | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.