Mój kolega Szlome

Syn piekarza Asza wybiegł z piekarni i ugodził nożem niszczyciela plakatów. A działo się to nie przed ostatnimi wyborami samorządowymi w Wołominie, tylko przed wyborami parlamentarnymi w 1936 r. Zdzisław Michalik wspomina, jak sam określił, „akcenty żydowskie” w Wołominie.

Mieli swoją ławkę

– Znane mi i przechowywane w mojej pamięci akcenty żydowskie biorą swój początek w miejscu pozornie nie związanym ze sprawą. Otóż, w prawej bocznej nawie kościoła p.w. MB Częstochowskiej w naszym mieście, znajduje się ołtarz ozdobiony obrazem Świętej Rodziny. W mało eksponowanym miejscu tego ołtarza, przytwierdzona jest tabliczka informująca, że został on ufundowany przez małżeństwo Helenę i Stefana Nasfeterów, właścicieli małego dworku i otaczającego go lasu sosnowego w południowej części miasta.

Państwo Nasfeterowie byli nie tylko fundatorami ołtarza, ale również gorliwymi uczestnikami nabożeństw w wołomińskim kościele, mając w niej swoją ławkę.

Przedwyborcza bijatyka

– W 1936 roku wołomińską parafię wizytował arcybiskup. Owacyjnie witany przez mieszkańców miasta i okolicznych wiosek, dostojny gość zauważył wśród tłumu rabina. Wołomińscy parafianie jeszcze długo po tym spotkaniu komentowali mądrość żydowskiego duchownego. Jednakże niezadługo po tym wydarzeniu, wzajemna życzliwość została zakłócona. A mianowicie, zbliżał się termin wyborów parlamentarnych i miasto zostało obklejone afiszami różnych opcji politycznych, w tym również organizacji żydowskich. I stało się. Być może wcale nie ze względów ideowych, młody mieszkaniec miasta zaczął zrywać plakaty, których treść była skierowana do ludności żydowskiej. Takie, nazwijmy chuligańskie postępowanie zdenerwowało jednego z synów piekarza Asza z ul. Kościelnej 12. Wybiegł on z piekarni i ugodził nożem niszczyciela plakatów. Wieść o tym wydarzeniu szybko rozeszła się po mieście i pobudziła do działania dwóch kolegów wołominiaka, Bolka S. i Władka M. Nie mogąc dopaść piekarza, pobiegli na ulicę Wileńską, gdzie mieścił się żydowski klub sportowy „Makabi”. Wbiegli do środka, poturbowali trenera gry w ping-ponga, sympatycznego Motla i uszkodzili kilka sprzętów. Wezwana policja zatrzymała Bolka S. Oskarżony o pobicie Motla – stanął przed sądem i otrzymał skazujący wyrok. Sprawozdanie z przebiegu rozprawy sądowej zamieściła na stronie tytułowej redakcja żydowskiej gazety o nazwie „Piąta rano”.

Zapukała młoda kobieta

– Podczas okupacji niemieckiej w zachodniej części Wołomina utworzone zostało getto dla ludności żydowskiej, której udział w populacji miejskiej był zbliżony do 30 procent. W czasie, gdy przez Wołomin przetaczały się pociągi wiozące Żydów z likwidowanego getta warszawskiego do Treblinki, pewnej letniej nocy, do jednego z domów w pobliżu torów kolejowych zapukała młoda kobieta, prosząc o ratunek. Była to Żydówka, której udało się wyskoczyć z jadącego pociągu, w miejscu gdzie obecnie znajduje się przystanek PKP Słoneczna. Właścicielka domu Zofia Sawicka (secundo voto), matka opowiadającego tę historię, wprowadziła uciekinierkę do mieszkania. Okazało się, że młoda Żydówka jest mocno potłuczona i porusza się z dużym trudem. Wczesnym rankiem (w nocy obowiązywała godzina policyjna), mama przyprowadziła do rannej lekarza. Wizyta lekarza była powtarzana jeszcze dwukrotnie i zawsze w pełnej konspiracji. Po kilku dniach Żydówka nie uprzedzając nikogo, opuściła nasz dom.

W jednej ławce

– W roku szkolnym 1932/33 siedziałem, na własne życzenie, w szkolnej ławce z Żydem Szlome Stalikiem. Ogromnie się zdziwiłem, a zarazem ucieszyłem, gdy jesienią 1944 r. spotkałem Stalika na ul. Sienkiewicza w Wołominie. Niestety, było to nasze jedyne spotkanie. Szlome powiedział mi wówczas, że w możliwie najszybszym czasie będzie wraz z żoną emigrował – cała jego rodzina zginęła w Treblince.

Nie spalę tego miasta

– Na przełomie lat 50. i 60. wybrałem się wraz z dwójką swoich dzieci na teren żydowskiego kirkutu, przy ul. Generała Andersa w Wołominie (dawniej Zamenhofa, a jeszcze dawniej – Ślepej). Przeraziło mnie totalne zniszczenie kirkutu. Wszystkie macewy (kamienie nagrobne) były porozbijane, ludzkie kości walały się po całym terenie, nie było żadnej tablicy informującej, co się tutaj znajduje. Moją i moich dzieci uwagę zwróciła jedyna nie rozbita i nie przewrócona macewa. Co więcej, wyrzeźbiono na niej dwujęzyczny napis. Ten w języku polskim głosił: „Tu spoczywa żołnierz polski (imię i nazwisko) poległy w obronie Ojczyzny”. I data, zapewne zgonu – 15.08.1920 r. Tę da tę natychmiast zidentyfikowaliśmy jako związaną z polami bitwy pod Radzyminem i Ossowem.

Ta ocalała macewa przypomniała mi końcowe słowa targu prowadzonego z Bogiem przez Lota: „O Panie, jeśli w naszym mieście będzie jeden sprawiedliwie żyjący człowiek – czy, o Panie, spalisz to miasto?” Bóg odpowiedział: „Nie spalę tego miasta”.

Wieści Podwarszawskie, nr 39/2003

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.