Mój Wołomin zaczynał się i kończył na stacji kolejowej, na jej peronie.To tu po raz pierwszy, po wyjściu z pociągu, powędrowałem ulicami w kierunku leżącego gdzieś na peryferiach przeznaczenia -Technikum Przemysłu Szklarskiegoi stąd też, zostawiając chłopięce marzenia, zdawałoby się nierozerwalne przyjaźniei dozgonne miłości, ruszyłem w drogę ku dorosłości.

Koniec podróży

Dokąd mnie ona zaprowadziła? Dzisiaj już wiem, ale wtedy byłem pełen obaw i nadziei. W życiu ważne są pierwsze wrażenia, bo one na długo zostają w pamięci i kształtują nasz późniejszy osąd o miejscach, osobach lub zdarzeniach.

Dworzec, a właściwie peron wołomiński w sierpniu 1959 roku nie różnił się niczym od innych peronów w Ossowie czy Kobyłce, ale dla mnie był wyjątkowy, oznaczał koniec podróży. Podekscytowany faktem dotarcia do celu, do nowego miejsca, chłonąłem je z trudną do zdefiniowania intensywnością. Po kładce dla pieszych przeszedłem nad torami i znalazłem się wśród spieszących się gdzieś ludzi, koni zaprzężonych do wyładowanych wozów, rowerzystów pędzących w sobie wiadomą stronę. Zapach końskich odchodów, taniego alkoholu, dymu papierosowego mieszał się z zapachem kwitnących kwiatów, dojrzałych owoców, palącej się smoły tworzącich konglomerat, z którym spotkałem się po raz pierwszy. Po minięciu niewielkiego placu musiałem zapytać o drogę do technikum. Zagadnięta kobieta w śmiesznym kapelusiku wytłumaczyła mi jak trafić, więc obarczony ciężką walizką podreptałem w podanym kierunku. Jakżeż to był inny świat od tego, który znałem.

Kilkudziesięciotysięczny Gorzów Wielkopolski z asfaltowymi ulicami, szerokimi chodnikami, lampami gazowymi i tramwajami jawił mi się teraz jako metropolia, kiedy patrzyłem na skromne, odrapane przez czas i poobijane przez wojnę fasady czynszówek, drewniane chatynki ze smętnie zwisającymi okiennicami, kiedy potykałem się na nierównych, wysadzonych przez korzenie drzew płytach chodnikowych. 

Ulica brukowana, po której od czasu do czasu turkotał wóz wyładowany po brzegi, wiodła między parterowymi, rzadziej piętrowymi domkami zabudowanymi początkowo gęsto, później coraz rzadziej. W miejsce zabudowań zaczęły pojawiać się jakieś ogródki, łączka z pasącą się kozą, krzyż na skrzyżowaniu ulic.

Podążam dalej z coraz większą niepewnością, czy aby to właściwa droga?Idę, walizka robi się coraz cięższa, z trudem ją dźwigam. Po całonocnej podróży zaczynam być śpiący, głodny, spragniony. Już chyba niedaleko? Po prawej stronie widać duże zabudowania, może to tu. Ale nie. Pod bramą stoi karetka pogotowia, kręcą się jacyś ludzie w białych kitlach. To chyba szpital? W nozdrza uderza drażniący smród fekaliów. To z pobliskiego rowu pełniącego rolę odkrytego kanału ściekowego. Przyśpieszam kroku, ale fetor będzie mi towarzyszył do końca. Wreszcie, kiedy zmęczenie osiąga kolejny szczyt, kiedy kończy się droga, widzę murowany z czerwonej cegły duży budynek, przy drzwiach wejściowych tabliczkaz napisem „Technikum Przemysłu Szklarskiego, Wołomin, Armii Ludowej 85”. Jestem u celu, ale to jeszcze nie koniec, w korytarzu szkoły kręcą się młodzi ludzie, rozpiera ich energia i radość z powakacyjnego spotkania, gdzieś biegną, coś załatwiają. Jestem zdezorientowany, stremowany, nie wiem, gdzie się udać. Jakiś chłopak widząc moją niepewną minę zagaduje:

– Nowy?

– Uhm.

– Do internatu?

– Tak, ale nie wiem, gdzie mam się zgłosić.

– Pójdziesz prosto łącznikiem, na półpiętro, tam zgłoś się do wychowawcy przystoliku, on ci powie, co dalej.

Ciągnę więc przez łącznik swój skromny dobytek, wdrapuję na półpiętro i lekko zdyszany staję przed młodym człowiekiem siedzącym przy stoliku zawalonym jakimiś zeszytami, papierami, rejestrami.

– Nazwisko?

– Mieczysław Śmietanko.

– Ja nazywam się Kiełtyka i będę waszym wychowawcą. Tutaj masz kwit na pościel, koce, poduszkę i ręczniki, będziesz spał w sali numer… – Chwilę cośsprawdza w rejestrze i dodaje. – …W sali numer 1 na drugim piętrze. Możesz iść do sali i zostawić swój bagaż, jak zajmiesz sobie łóżko i pół szafki, to pobierzesz pościel z magazynu. Magazyn jest w piwnicy, jest jeszcze otwarty, ale się pośpiesz, bo niedługo zamykamy. Aha, kolacja jest o 6.00, nie spóźnij się. Wszystko jasne?

– Tak.

Chwytam walizkę i pędzę na drugie piętro, serce podchodzi mi do gardła nie tylko od biegu po schodach. Znajduję salę numer 1, otwieram drzwi, ale tam nie ma nikogo. Z dziesięciu łóżek trzy zajęte, reszta ciągle wolna. Rzucam swoją walizkę na łóżko w rogu sali i biegiem do magazynu. Oddaję kwit magazynierce, a w zamian dostaję koce, prześcieradło, poduszkę, poszewki na koce i poduszkę oraz dwa ręczniki. Objuczony pościelą wracam do sypialni. Wkładam swoje rzeczy do szafki, a sam padam na łóżko. Zmęczenie całonocną podróżą, odprężenie po ostatnich emocjach powoduje, że nawet nie wiem, kiedy i jak zasypiam na gołym materacu. Z ciężkiego snu budzi mnie śmiech, głośna rozmowa i przeraźliwy dzwonek.

– Ej ty , wstawaj, bo spóźnisz się na kolację!

Zaczynam nowe, tym razem już samodzielne życie.

Komisja poborowa

O 7.00 rano peron wołomiński jest zatłoczony ludźmi dojeżdżającymi do pracy w Warszawie, studentami, uczniami, handlarzami i różnymi cwaniaczkami poszukującymi łatwego zarobku. W przeciwnym kierunku, do Tłuszcza, zazwyczaj o tej porze podróżuje mało ludzi, ale dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj jest tłok. Gromada młodych ludzi, głównie mężczyzn, przemierza peron w tamtą i z powrotem nerwowo wyglądając na pociąg do Tłuszcza. Niektórzy się śmieją, żartują, zaczepiają dziewczyny, inni stoją samotnie lub podpierając ściany peronowej poczekalni. W skupieniu czekają, co przyniesie los. Bo dzisiaj jest dla wielu z tych młodych, osiemnasto, dziewiętnastoletnich ludzi ważny dzień – stają przed wojskową komisją poborową.

Moi koledzy już wcześniej tam byli, więc zaopatrzony w ich wiedzę jestem spokojniejszy od wielu z tych krążących po peronie młodzieńców. Wiem, co i jak. Wiem, jak to wygląda, a mimo to jakaś niepewność mnie drąży i każe myśleć: A co będzie, jak zgarną do woja i nie zdążę zdać matury? Co ze studiami? Coz planami na przyszłość? O samym wojsku, mimo rodzinnych koneksji (wujek był oficerem) wiedziałem niewiele. Służba czynna dwa lata, w marynarce trzy lata, do lotnictwa, jako obsługa naziemna, biorą tylko po maturze. Te niewesołe rozważania przerywa pociąg, który krótkim rykiem syreny oznajmia swój przyjazd. Z trudem udaje mi się wcisnąć do środka. Wejście i korytarz okupują podobni do mnie przedpoborowi. Z pomocą łokci przeciskam się do przedziału. Tu jest luźniej, ale miejsca siedzące dawno zajęte. Stoję więc i słucham. Większość rozmów dotyczy służby wojskowej, jaka jest straszna, jak kaprale lub żołnierze starszych roczników gonią „kotów”. Słyszę teksty o szorowaniu kibla szczoteczką do zębów, wynoszeniu zapałki na kocu, o ćwiczeniach „padnij-powstań, padnij-powstań”, „żabkach” w środku nocy. O podłym jedzeniu (trzy razy w tygodniu śledzie z beczki) już nie wspomnę. Gdzież więc się podział ten duch polskiego patriotyzmu, heroizm młodości, potrzeba służby ojczyźnie? Nieraz przecież słyszałem: „Za mundurem panny sznurem”. „Ułani, ułani, malowane dzieci”, „Służba Ojczyźnie to nasz zbiorowy obowiązek”. Nie ma. Nie widzę entuzjazmu na twarzach. Nie słyszę radości z perspektywy powołania dowojska. W zamian słyszę o skutecznych metodach, jak można uniknąć wcielenia do armii lub jak dostać tak zwaną „odroczkę”, czyli odroczenie na określony czas z bycia wojakiem. Dominuje pogląd, że metody na „syfa”, „platfusa” lub „gruźlika” są najskuteczniejsze. Takich do woja na pewno nie biorą, ale nie brak też głosów, że skutecznie można się wymigać metodą „na połyk”, udawać głupa lub daltonistę. Wszystko byle nie wojsko! A przecież nie tak dawno, dwadzieścia lat temu, starsi bracia i siostry, ojcowie i dziadkowie przedpoborowych walczyli na barykadach Powstania Warszawskiego, w szeregach polskiej armii i polskiej partyzantki. Wystarczyło jedno pokolenie, aby te wszystkie piękne ideały, ten nasz polski heroizm przysłowiowy „szlag trafił”? Wierzyć się nie chce. Tę smutną konstatację przerywa mi ruch w pociągu. Dojechaliśmy. Jesteśmy w Tłuszczu.

Komisję poborową zazwyczaj organizowano w szkole podstawowej. Tym razem jednak, może ze względu na ilość poborowych zorganizowano ją w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej.

Parterowy budynek z obszerną salą zwieńczoną belkowanym stropem, na który zdążył już wleźć jakiś adept na komandosa, wypełniony był po brzegi. W powietrzu, oprócz dymu tytoniowego, taniego alkoholu, przepoconych i niedomytych ciał, czuło się napięcie, obawę, emocje przykrywane nienaturalną wesołością, ruchliwością, ale też i wyraźną rezygnację. Po wpisaniu na listę następują długie godziny oczekiwania. Jakiś kapral wywołuje nazwiska przedpoborowych, komentując niektóre z nich z wrodzoną sobie „inteligencją”. Wreszcie przyszła moja kolej. Od drzwi słyszę, jak kapral się drze:

– Obatel Szpyrka-Śmietanka jest?

– Nazywam się „Szpyrko-Śmietanko”

– Dziwne nazwisko macie. Dwóch ojców było?

Długie godziny oczekiwania i głupie żarty kaprala wyprowadziły mnie lekkoz równowagi:

– Nie, ale miałem dwie matki, jedna nazywała się „Szpyrko” a druga „Śmietanko”.

– No, no, nie chojrakować mi, na komisje marsz!

– Ta-jest – obróciłem się na pięcie i z duszą na ramieniu powędrowałem przedoblicze komisji. Ten spektakl miał coś w sobie z atmosfery „Dobrego wojaka Szwejka” Haszka: cztery stoliki, przy których siedzieli oficerowie z narzuconymi na mundur fartuchami, umundurowani pisarze, marsowe miny, parawan, za którymodbywał się „pokaz” i te krótkie, zwięzłe komendy, jak to w wojsku. Rozebrałem się w pokoju zamienionym na szatnię i w samych kąpielówkach stanąłem przed pierwszym stolikiem, gdzie dokonano rutynowego przeglądu: waga, uszy, głowa, płaskostopie oraz osłuchowo zbadano serce i płuca. Pisarz naniósł uwagi lekarza oficera do ankiety i ruszam za parawan. Po chwili jestem już po żenującym spektaklu. Przy kolejnym stoliku sprawdzają mi wzrok. Stolik okulisty sąsiadował z parawanem, więc słyszę dochodzące stamtąd rutynowe komendy:

– Ściągnąć majtki!

– Odkałsnąć!

– Odwrȯcić się i wypiąć pośladki!

– Kucnąć!

– Podciągnąć majtki!

No cóż, to już nie atmosfera z Haszka, to cały Haszek! Na szczęście nadszedł koniec badań, więc z papierami staję przed ostatnim stolikiem, przy którym zasiada komisja złożona z oficera, sierżanta–pisarza i tzw. „czynnika społecznego”. Przewodniczący komisji w stopniu kapitana z orderami na piersi krótko przegląda moją ankietę, a następnie oznajmia:

– Gratuluję, jesteście zdolni do służby w wojsku na czas pokoju, kategoria A. Kartę powołaniado odbycia zaszczytnej służby w szeregach Ludowego Wojska Polskiego prześle wam Wojskowa Komenda Rejonowa.

Jeszcze tylko podpis. Wręczają mi papiery, pamiątkę z Komisji Poborowej i mogę wracać. Ubieram się szybko i wychodzę. Peron w Wołominie wita mnie pusty i spokojny. 

Moja wirtualna wędrówka po Wołominie

Bóg powołał do życia człowieka, a człowiek stworzył „Google Earth”! Cóż to za wynalazek! Nie potrzebuję odrywać tyłka od fotela, lecieć gdzieś tysiące mil. Wystarczy mi komputer lub laptop i jestem w dowolnie wybranym miejscu naświecie. I to za free! czyli za darmo. W dowolnym oznacza, że w Wołominie też! Cóż za pokusa!

Ostatni raz fizycznie, czyli osobiście, byłem w tym mieście wiele lat temu w odwiedzinach u, niestety nieżyjącego już, Brata. Krótka wizyta, bardzo rodzinna, poprzedzająca długie rozstanie nie dała mi szansy na to, by zerknąć w dawne kąty, odwiedzić znajomych, posnuć się uliczkami, delektować wspomnieniami z czasów „chmurnej i durnej młodości”. Mogę to zrobić teraz, włączam więc komputer, klikam na ikonkę „Google Earth” i po chwili już jestem: Polska-Warszawa-Zielonka-Kobyłka i jest Wołomin.

Nawigując po linii kolejowej, jak przed laty, znów ląduję na wołomińskim peronie. Miejsce jakby to samo, rozpoznawalne, ale nazwy ulic częściowo już inne. Zamiast Paplińskiego widzę: Wileńska, nie ma Armii Ludowej, jest Legionów. Włączam opcję „Street View” i jak kiedyś ruszam w miasto na spotkanie wspomnień.

Z kładki dla pieszych skręcam w prawo w ulicę Legionów, dawniej Armii Ludowej. Po lewej stronie ulicy, za płotem aż do Wileńskiej (dawniej Paplińskiego) kiedyś ciągnęły się magazyny węgla, który wozacy rozwozili mieszkańcom na opał, jakieś drewniane budy, kiosk „Ruchu”. To wszystko zniknęło. Dzisiaj w tym miejscu stoi budynek banku PKO i piękny skwerek. Ulica asfaltowa, obramowana chodnikami z kostki i drzewami, z których na pewno niektóre pamiętają czasy mojej młodości. Kolorowo i zielono. W moich wspomnieniach po prawej stronie ulicy Armii Ludowej, dzisiaj Legionów, stał rząd piętrowych niepozornych kamieniczek. Wówczas zaniedbanych z brudnym, odpadającym tynkiem, a dzisiaj odmalowanych, wyremontowanych, tętniących życiem. W owym czasie w jednej z nich (nie istniejącej już) na parterze mieścił się klub ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej). Co się w tym klubie działo w ciągu tygodnia, tego nie wiem, ale za to w soboty były tam potańcówki, na których zbierała się młodzież wołomińska. Ubrany w obowiązkowe „farmerki” (dzisiaj nazwalibyśmyto podróbką dżinsów) lub „tapczany” (spodnie z rozszerzanymi nogawkami szyte z materiałów tapicerskich), w przyciasnych „bitlesówkach” zakupionych na bazarze Różyckiego tańczyłem w rytmie twista, rock-and-rolla, jaiva, madisona, boogiewoogie. Na przemian z przebojami Niebiesko-Czarnych, Czerwono-Czarnych, Szczepanika, Karin Stanek leciały przeboje The Beatles, Rolling Stones, Brendy Lee, Pythuli Clarc, The Shadows, Elvisa Presleya czy Chubby Checkera. Wśród uczestników sobotnich tańców był cały przekrój społeczny wołomińskiej młodzieży: od uczniów szkół średnich i zawodówek po „wolne zawody”. Nie brakowało też tzw. „elementu”. Obecność dziewczyn czy chłopaków z przeszłością kryminalną nikogo nie dziwiła, ani nikomu nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie: ich obecność dodawała swoistego smaczku, splendoru, tworzyła atmosferę zakazanych, bo niebezpiecznych, a przez to intrygujących spelunek warszawskiej Pragi czy Woli. To w klubie poznałem Umbę, Henia zwanego „Czółko”, Maikę-Doliniarę czy Bronka „Żyletę”, których zła sława wybiegała daleko poza opłotki Wołomina. Spośródnich wszystkich najgorszą sławą cieszył się Umba, wielokrotnie karany za rozboje i włamania. Paradoksalnie, ale to właśnie tacy ludzie stanowili, że w klubie było spokojnie i bez przysłowiowych rozrób. Wewnątrz zetemesowskiej tancbudy wszyscy ci napiętnowani wyrokiem, dziergani, ze sznytami byli jak normalni, fajni chłopcy i dziewczyny, skorzy do draki, ale i do zabawy, honorni przestrzegający własnego, niepisanego kodeksu. Każdy ci chętnie kopsnoł szluga, pogadał, pożartował, dał łyknąć zakazanego winka. Niestety, za drzwiami klubowymi częstobyli to groźni przestępcy i notoryczni chuligani. Z niektórymi się zaprzyjaźniłem, innych dla własnego dobra omijałem z daleka. Wspominam to miejsce nie dlatego, że mogłem tu rozładować swoją młodzieńczą energię tańcząc do upadłego, nie dlatego, aby gloryfikować łobuzów czy złodziei, ale dlatego, że tu poznałem inny świat, świat innych wartości, świat ludzi o pogmatwanych życiorysach, w którym było trochę, jak w „Balu na Gnojnej” Grzesiuka: trzeba tańczyć, trzeba żyć.

Dorastanie to nie tylko zdobywanie wiedzy teoretycznej, książkowej, ale też sumowanie doświadczeń, jakie niesie nam życie: tych pozytywnych i tychnegatywnych, smutnych i wesołych, nauka na własnych błędach i sukcesach. Dochodzenie do dorosłości to także smakowanie zdarzeń, miejsc i sytuacji, jakie podrzucił nam los lub sami sobie je zafundowaliśmy. Jednym z miejsc,w którym przyszło mi „kosztowć” prawie dorosłego życia, była restauracja-kawiarnia „Niespodzianka”. Nie powiem, żebym był częstym gościem „Niespodzianki”, wręcz przeciwnie – młody wiek, a nade wszystko brak pieniędzy powodowały, że restauracja nie była bliżej mi znana, czego zresztą nie żałuję. Zdarzył się jednak w moim życiu przypadek, w którym ograniczenia te zostały przełamane ze skutkami, które do dzisiaj pamiętam. Pierwszy raz odstąpiliśmy od tradycji oblewania czegokolwiek w pobliskim laskuprzy pomocy winka marki „Wino” po zdaniu egzaminu z laboratorium chemicznego. Wspólnie z trzema kolegami doszliśmy do wniosku, że co jak co, ale taki sukces w zdobywaniu wiedzy, jak zdanie egzaminu z laborki, plasowanego w naszym rankingu tuż za egzaminem maturalnym, obliguje do godnego uświetnienia tego faktu. Wybór padł na „Niespodziankę”.

Sala na pięterku, nie licząc obsługi i jednego gościa kiwającego się smętnie nad butelką, była pusta. Zamówiliśmy kawę i trzy lampki wina, ale kelnerka podała tylko kawę. Kiedy upomnieliśmy się o winko usłyszeliśmy pytanie:

– A panowie dowody mają?

No cóż, prawda była taka, że dopełnoletności troszeczkę nam brakowało. W niewesołych nastrojach kończyliśmy kawę, kiedy na nasz stolik wjechały trzy kieliszki i butelka bułgarskiego koniaku.

– To od tego pana w głębi – powiedziała kelnerka wskazując na samotnego gościa. Zaskoczenie było pełne. Nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić. Z niewyraźnymi minami patrzyliśmy na fundatora, który widząc nasze zakłopotanie dosiadł się do nas

–Z…..n jestem – uścisnęliśmy sobie dłonie. – Widziałem, że kelnerka nie chce wamwina podać, więc mi żal się was zrobiło, bo wyglądacie na porządnych chłopaków.

Kiedy mu powiedzieliśmy z jakiego powodu tu jesteśmy, wyraźnie się rozczulił.

– Chłopaki, co ja bym dał, żebym miał takiego syna co chce się uczyć! Żebychodził do szkoły, żeby poszedł na studia, żeby nie musiał tak ciężko tyrać jak ja, bo ja tyram. Zegarek złoty mu kupiłem, motor chciałem mu kupić, a on nic, za babami tylko się ugania! No to siup, wasze zdrowie!

Wypiliśmy po kieliszku koniaku.

Drugim miejscem, w którym miałem okazję poznawać życie od przysłowiowej podszewki, był wołomiński Sąd. Niewielki, piętrowy budynek przy ulicy Kościelnej emanował jakąś powagą, żeby nie powiedzieć surowością: kraty w oknach, milicjanci z paskami pod brodą, wiecznie kłębiący się przed wejściem tłum odświętnie ubranych ludzi nerwowo szepczących między sobą, czasami jakaś zakratowana buda. Wszystko to budziło moją ciekawość, ale też i respekt, więc ilekroć wracałem z zajęć w hucie przechodząc obok sądu, przeżywałem rozterki: wejść,nie wejść… wejść, nie wejść?. Któregoś dnia jednak przełamałem swoje obawy i korzystając z przerwy w posiedzeniu Sądu i faktu, że do obiadu w internacie mam jeszcze parę godzin, przekroczyłem próg przybytku Temidy. Wrażenie było zupełnie odmienne od oczekiwań.

Sala rozpraw to było niewielkie pomieszczenie z podwyższeniem dla składu sędziowskiego, ławą dla oskarżonego, ławką i wydzielonym miejscem dla świadka oraz paroma drewnianymi ławkami dla publiczności. Ściany malowane olejną farbą, nad stołem sędziowskim wisiało godło państwowe, portrety przywódców, w oknach kraty. Wszystko to było daleko różne od moich wyobrażeń o sądzie, miejscu w którym rodzi się prawda i przestrzega się litery prawa. Miejscu, którego tak się obawiałem i które napawało mnie lękiem, chociaż nie zrobiłem nic złego, niezgodnego z prawem. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć z pierwszych wrażeń, kiedy na salę wszedł skład sędziowski, ludzie powstali, zaczęła się rozprawa. Był to dziwny spektakl. Oskarżonym był młody chłopak ubrany bardzo skromnie, z wiejska, o lekko rozbieganych oczach i dłoniach, które często wycierał w spodnie. Widać, że był zdenerwowany i najchętniej uciekłby z tego miejsca, ale atmosfera rozprawy i sali sądowej kompletnie go deprymowały. Towarzyszył mu adwokat w todze, który ze znudzoną twarzą przeglądał jakieś papiery. Po sprawdzeniu przez sędziego danych osobowych oskarżonego głos zabrał oskarżyciel, który w patetycznych słowach zarzucił oskarżonemu, że działając z niskich pobudek zniszczył transformator i kabel wysokiego napięcia, czym pozbawił mieszkańcówwsi D… dopływu energii elektrycznej, a przez to możliwości do słuchania radia, oglądania telewizji czy chociażby nauki, czytania prasy i książek. Utrudnił obrządek i wykonanie prac w obejściach narażając jednocześnie państwo ludowe na znaczną szkodę.

– Czy oskarżony przyznaje się do zarzucanego mu czynu? – zapytał sędzia. Oskarżony wstał i kiwnął głową.

– Proszę odpowiedzieć na pytanie Sądu!

– Tak, przyznaję się, ja to zrobiłem.

– Proszę opowiedzieć sądowi dlaczego oskarżony to zrobił?

– Bo to było tak wysoki sądzie, że ja poznałem Mariolę K. na zabawie w S., gdzie mieszkam. Ot taka zabawa w remizie. Ona mieszkała we wsi D. niedaleko od nas i przyszła z koleżankami na zabawę. Spodobała mi się, ja też nie byłem jej obojętny. Zaczęliśmy, jak się to mówi, chodzić ze sobą. Spotykaliśmy się na zabawach, czasami w D., czasami u mnie w S., ale najczęściej jeździliśmy doWołomina lub Warszawy. Rodzice Marioli krzywo na mnie patrzyli, że to z innej wsi, że mamy małą gospodarkę, że szkoły nie mam, ale w spotkaniach specjalnie nie przeszkadzali. Najgorsi byli chłopacy ze wsi D. Oni od samego początku do mnie „szurły”, straszyły mnie, że mnie uszkodzą, żebym dał sobie spokój z Mariolą. Raz takich dwóch z D., jeden to nawet siedzi na tej sali, próbowali mnie pobić, ale Mariola się wstawiła i do bójki nie doszło aż do 1-szego maja. Wiadomo, po pochodzie były zabawy ludowe, no to poszedłem do Marioli do D., a tam na drodze naskoczyło na mnie chyba ze czterech. Mieli orczyki, kłonice, jakieś kije. Bili aż upadłem. Reszty nie pamiętam. Przez trzy tygodnie leżałem w szpitalu w Wołominie. Jakoś mnie odratowali, ale mam lekko niewładną lewą rękę i trochę utykam. Jak Mariola zobaczyła, że jestem taki kaleka, to przestała się ze mną spotykać. Jeździłem do niej, chciałem rozmawiać, ale tylko mnie wyśmiała. Powiedziała, żebym nie przychodził i że takiego kaleki to ona znać nie chce. Cóż miałem robić panie sędzio? Straciłem zdrowie, straciłem dziewczynę a tych co mnie pobili, nigdy nie złapali. Postanowiłem się odegrać. Którejś nocy „wziołem” siekierę na długim stylisku i poszedłem do D. Chciałem się na kimś zemścić za moje krzywdy, ale nikogo dzięki Bogu nie spotkałem. Przy drodze stał transformator z prądem, no to siekierą odrąbałem najpierw kabel, a później potłukłem transformator. Niech mają za moją krzywdę! A teraz niech mnie sąd ukarze. Mnie jest już wszystko jedno.

Przez chwilę panowała cisza na sali rozpraw, po czym sędzia zarządził przerwę, a ja poszedłem do internatu nie zdając sobie do końca sprawy z tego, czego byłem świadkiem. Wieczorem, kiedy leżałem już w łóżku, opowiedziałem kolegom historię z sądu. Nie chcieli w tę opowieść uwierzyć. Myśleli, że im film, fragmenty z książki opowiadam lub sam to wszystko zmyśliłem.

– To się nie mogło zdarzyć! Przecieżto dwudziesty wiek! – protestowali. A jednak ta historia się zdarzyła.

Opuszczam Sąd z moich wspomnień i klikając myszką ruszam dalej w dalszą wędrówkę po latach młodości. Ulicą Kościelną dochodzę do centralnego placu Wołomina – Placu 3-go Maja. Kiedyś stała tu remiza strażacka z wieżą do obserwacjii ćwiczeń, a centralnym punktem była wielka pompa z charakterystyczną kulą. Okoliczni rolnicy z wozów sprzedawali swoje produkty rolne, czasem rzemieślnicy wystawiali swoje wyroby, jak to na rynku. W remizie od czasu do czasu odbywały się imprezy kulturalno-sportowe, a po dpompą młodzi umawiali się na randki. Dzisiaj, z tego co widzę, plac stał się placem widokowo-pomnikowym. Pozostaje mi popatrzeć na tryskające fontanny, pospacerować wokół placu lub usiąść na ławeczce, zadumać się nad upływem czasu.

Ruszam dalej Kościelną w kierunku Legionów. Tu, podobnie jak na Placu 3 Maja, widać dotknięcie Europy – banki, chodniki, odnowione elewacje, czysto i ładnie. Czuć i widać Europę. Wystarczy jednak skręcić za róg Kościelnej, Legionów czy Wileńskiej, aby cofnąć się do początku XX wieku. Może dlatego odbywając wirtualną podróż ulicami Wołomina czułem się tak, jakby zamknęła mi się pętla czasoprzestrzeni i krocząc ulicami miasta ponownie miałem naście lat. Zamykam laptop, bo ogarnia mnie smutek, nostalgia i fizyczne poczucie upływu czas.

Huta szkła

Wołomińska huta szkła jest mi bliska z paru powodów: rodzinnych, bo tu pracowałmój brat, śp. Irek wraz z żoną Magdaleną; osobistych, tutaj uczyłem się trudnego zawodu „szklarza” poznając jego skomplikowane tajniki i specyficzne wymagania; koleżeńskich, bo tutaj spełniała się zawodowo większość ze znanych mi koleżanek i kolegów, absolwentów Technikum Przemysłu Szklarskiego i krakowskiej AGH; zawodowych, bo tutaj podpatrywałem rozwiązania techniczne, technologiczne czy organizacyjne, które wdrożono w Wołominie, a które starałem się sprawdzić i adaptować do warunków huty szkła, w której pracowałem. Korzystając z opcji Street View ruszam więc na spotkanie wspomnień nie wiedząc dokładnie, jakie niespodzianki na mnie czekają. Na pierwszą natykam się już poskręceniu z Legionów w Wileńską: po lewej stronie ulicy otwiera się wolna przestrzeń zajęta teraz przez parking samochodowy. Tu powinny być warsztaty mechaniczne należące do huty, które wytwarzały formy żeliwne i drewniane niezbędne przy produkcji wyrobów szklanych. Tutaj też naprawiano uszkodzone urządzenia, wytwarzano potrzebne oprzyrządowanie do produkcji ręcznej i zmechanizowanej. Było to niepodzielne królestwo pana Władysława Pawłowskiego, który pełniąc funkcję Kierownika Zakładu Form Szklarskich był jednocześnie nauczycielem zawodu. To tu właśnie, jako świeżo upieczony uczeń TPSz, zacząłem zdobywanie wiedzy zawodowej paradoksalnie nie od szkła, a od metalu.

Po przejściu przez portiernię ZFS wchodziło się na wewnętrzną uliczkę warsztatów po obu stronach której ciągnęły się parterowe hale fabryczne wyposażone w stoły warsztatowe, stoły spawalnicze, maszyny do obróbki drewna i metalu, napędzane częściowo energią elektryczną, a częściowo przez pas transmisyjny z położonego pod sufitem wału pędnego. Ubrany w granatowy, drelichowy fartuch i takie same rękawice, zaopatrzony w piłkę do metalu, pilnik-zdzierak oraz imadło, pouczony przez pana Dąbrowskiego jak co trzymać, jak stać, jak posługiwać się każdym z tych narzędzi, a przede wszystkim, gdzie nie pchać paluchów, usiłowałem przez wiele godzin z marnym skutkiem z kawałka stali wypiłować sześcian 10x10mm z dokładnością +_ 0,1 mm. Udało mi się to dopiero za trzecim razem po zaliczeniu kilku pęcherzy na dłoniach i wyjęciu paru opiłków z palców. Zdobywanie wiedzyw tym przypadku było dosłownie bolesne, ale wiedza i umiejętności wyniesione z tego okresu wielokrotnie przydały mi się w życiu.

Warsztaty mechaniczne (ZFS) to miejsce dla mnie szczególne też z innego względu. Tutaj zacząłem swoją edukację zawodową, ale też miałem okazję na własne oczy zobaczyć talent i kreatywność mojego Brata. Na niewielkim placyku, gdzieś między boksami na złom a częściami zużytych maszyn stworzył sportowy z wyglądu samochód. Z kupionego gdzieś opla kadeta rocznik 1936 zdemontował całe nadwozie pozostawiając silnik wraz z podwoziem i na tej bazie zaczął budować samochód, którego wnętrze i sportowa sylwetka wyprzedziła epokę roadsterów. Na ile czas i umiejętności pozwalały pomagałem mu w tym twórczym dziele szlifując ręcznie spawy karoserii, przynosząc potrzebne narzędzia, pomagając coś dogiąć, przytrzymać, docierać kolejne warstwy farby podkładowej i lakieru. W dziewiczą podróż samochodzikiem Brat z rodziną wybrali się na południe Polski, gdzie stali się przedmiotem zainteresowania ekipy filmowej kręcącej film przygodowy. Niestety, wiekowy silnik, a przede wszystkim brak części zamiennych okazały się być zabójcze dla samochodu, który coraz częściej odmawiał jazdy. Odkupiony, skończył z godnością na złomowisku, a ja tę przygodę tworzenia czegoś prawie z niczego zapamiętałem na całe życie. 

Opuszczam warsztaty mechaniczne w moich wspomnieniach i wędrujędalej ulicą Wileńską w kierunku huty szkła. To co mnie uderza w tej wirtualnej wędrówce to kontrasty; naprzeciwko odrestaurowanej kamienicy lub nowego domu stare, pamiętające początki XX wieku domki i budynki z odłupanym tynkiem ,koślawymi drzwiami, straszące zamurowanymi oczodołami okien. Pamiętam je z lat młodzieńczych wędrówek. Wówczas były w nieco lepszym stanie, a na tle innych podobnych domów nie odbiegały od nich swoim wyglądem. Dzisiaj nie robią najlepszego wrażenia. Są wizytówką minionych lat, czasu zatrzymanego w złym momencie.

Na chwilę zaglądam na ulicę 6-go Września. Dla mnie tu czas zatrzymał się na latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Te same odrapane ściany, zatęchłe bramy, niechlujnie pomalowane okiennice. Strach było wówczas zapuszczać się w te strony i myślę, że dzisiaj też nie jest tu bezpiecznie, chociaż Komenda Policji blisko. Szybko więc wracam na (Paplińskiego) Wileńską i podążam w kierunku huty. Idąc mijam jakby dwa różne miasta: z mojej lewej strony to Wołomin lat minionych, kostropaty, brzydki jakby w krzywym zwierciadle, w którym brzydota i niekochana starość konkurują ze sobą. Za to ten z mojej prawej strony to nowy, dwudziestowieczny Wołomin z fasadami nowych domów i odnowionych willi, pełenkrzy kliwych reklam i kolorowych szyldów, dobrych samochodów i szczęśliwych (chyba) przechodniów. Rodzi się we mnie pragnienie, aby widzieć to miasto piękne, gospodarne, miasto z mojej „prawej strony”. No cóż, ale to rola mieszkańców, samorządu, miejskich gospodarzy, aby z brzydkiego kaczątka stworzyć pięknego łabędzia.

Mimo że odbywam wirtualną podróż w mojej wyobraźni, słyszę już szum maszyni wysoki dźwięk pracujących wentylatorów: huta powinna być blisko. Wychodzę na niewielki placyk u skrzyżowania Wileńskiej i Mickiewicza z nadzieją ujrzenia bramy wjazdowej do huty, ale huty NIE MA! Kominy są, magazyny i biurowiec stoją naswoim miejscu i tylko z obca brzmiące szyldy wiszące na budynkach informują, że to już nie huta szkła, że to tylko miejsce po niej. To druga nieprzyjemna niespodzianka. Robi mi się smutno, bo nie tego się spodziewałem. I chociaż symptomy głębokiego kryzysu w hucie były już widoczne pod koniec XX wieku, to przecież gdzieś jeszcze tliła się nadzieja na znalezienie inwestora, na restrukturyzację, na zachowanie kilkuset miejsc pracy i ponad stuletniej tradycji.

Z uczuciem rozczarowania i przygnębienia ruszam dalej i chociaż nic mnie nie pogania, szybko mijam Dom Kultury, budynek dawnego Biura Rozwojowego, bloki mieszkalne huty i docieram do skrzyżowania Wileńskiej z Sikorskiego. Wielokrotnie klikając myszką z trudem udaje mi się pokonać za małe dla mnie, a co dopiero dla rzeczywistych kierowców rondo i docieram pod bramę dawnego zakładu B. Huta jednak istnieje! To zakład powstały na placu i gruzach huty udziałowej „Praca”. Brama zamknięta, ale z ulicy widoczne są składowane wyroby, samochody pracowników i klientów. Sprzed zakładu zniknęła wysoka wieża ciśnień, ale hale produkcyjne i magazynowe pozostały i wyglądają jak nowe, nie zniszczone, teren zagospodarowany. Widać tu rękę dobrego gospodarza. Ponad pięćdziesiąt lat temu w tym samym miejscu stały budynki starej huty, gazowniki, zestawiarnia i hala produkcyjna z trzema piecami szklarskimi, w których wytapiano szkła do produkcji rurek termometrycznych, fragmentów armatury szklanej, szkieł wodowskazowych, szklanek, wkładów termosowych i różnej galanterii szklanej niezbędnej w laboratorium chemicznym. Tu zaczęło się moje wprowadzanie do zawodu technika technologa szkła, tu poznałem, co to jest piec, wanna i zestaw surowców do produkcji szkła, co to jest piszczel, kapa, burgulec, gazaki, nabel, sztamajza, koszyczek, korytko czy ławeczka. Tu też nabyłem „stygmat szklarza” czyli oparzenie dłoni po tym jak nauczyciel zawodu, jeden z byłych udziałowców huty, widząc moją nieporadność w posługiwaniu się piszczelem wyrwał mi go zostawiając na lewej ręce widoczny do dzisiaj ślad po gorącym szkle. Słowa „nabiraj, nabiraj, krynć pierunie, krynć, bo jak cie….” brzmią mi w uszach do dzisiaj. Pot mi spływał po plecach, oślepiał blask bijący z otworu wyrobowgo, piszczel parzył w nieudolne dłonie, a mimo to było coś fascynującego w tych zmaganiach.

Znowu więc wracałem pod piec, zanurzałem piszczel w płynnym szkle, nabierałem porcję rozgrzanej lawy, kształtowałem nabel i dmuchając w piszczel starałem się nadać kształt bańki. Odwieszałem rozdmuchane szkło na specjalny wieszak i brałem następny piszczel z lekko ostygłą baniuszką. I znowu słyszałem „nabiraj, krynć pierunie, krynć….” Więc „krynciłem” piszczelem nabierając z wnętrza pieca kolejne porcje gorącego szkła, rozdmuchując je i próbując nadać im równomierny kształt przy pomocy „burgulca”. Gorące rękawy fartucha zaczynają mnie parzyć, z burgulca bucha ostry dym, nauczyciel się drze „Do wody! Do wody!” ale co: bańkę szklaną czy burgulec? Widząc moje zdezorientowanie wyrywa mi z ręki ten nieszczęsny drewniany kształtownik, zanurza go w wodzie i podstawiając pod szkło drze sięznowu: „krynć, krynć do cholery!”. Ale na nic moje wysiłki. Szkło zbyt długo przetrzymane w kształtowniku jest zazimne do dalszego formowania. Przeniesione do drewnianej formy nie daje się rozdmuchać do kształtu formy i zamiast szklanki wychodzi grubościenna żarówka ze sporym naddatkiem. Masakra… Wszystko jakby sprzysięgło się przeciwko mnie, gorąco buchające z pieca, tempopracy wymuszone przez szybko stygnące szkło, nauczyciel wrzeszczący przy lada okazji i szkło, które żyło swoim życiem i za nic miało moje wysiłki, by zamienić je w bańkę szklaną czy prostą szklankę. Cud, że się przy tym nie poparzyłem, nie wywaliłem. Cud, że nie uciekłem!

Po początkowo trudnych dniach okiełznywania strachu przed gorącym szkłem, wysoką, ponad 1200 stopni Celsjusza temperaturą, opanowywania niezgrabności ruchowej początkującego adepta sztuki formowania szkła powoli zaczęły przychodzić sukcesy: pierwsza dobrze uformowana bańka, pierwsza szklanka, pierwszy dzbanuszek „cicho dmuchany”, wyciągnięta rurka. Zacząłem „rozumieć” szkło, czuć jego potrzeby, a ono w zamian zmieniało się w coś, co chciałem, aby powstało, co miało powstać.

Oczywiście w oczach nauczyciela zawodu to wszystkobyło do „d…y”, czerepy szklane godne wyrzucenia tylko na stłuczkę, ale dla mniebyły to najpiękniejsze rzeczy, z których byłem naprawdę bardzo dumny.

Nie ma już ani tej huty, ani tego nauczyciela, ale wspomnienia pozostały. Doniedawna były tylko w mojej głowie, a od teraz są na tych stronach. A stało się toza sprawą wymienionych już kolegów Ryszarda Musiałowicza i prof. dra Piotra Roguskiego, którym tą drogą za udzielone słowa zachęty, wsparcia, pomoc techniczną i merytoryczną składam serdeczne podziękowanie.

Mieczysław Śmietanko
Rocznik Wołomiński
tom XIII, 2017

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.