Na przykładzie Wołomina

Gdy pewnego jesiennego rana przekraczałem bramę Zakładów Stolarki Budowlanej w Wołominie, wyrwało mi się z ust: jak tu ładnie.

Nie ma tu wprawdzie wspaniałych pawilonów ani rozległych widoków. Jest jednak bardzo czysto, porządnie i estetycznie. Okazuje się, że obejście fabryczne można urządzić ze smakiem. Każdy wolny skrawek ziemi obsiano trawą. Wzdłuż trawników ciągną się gazony barwnych kwiatów. W drewnianych kubłach stoją egzotyczne kaktusy. Alejki wysadzono topolami i jarzębiną, są nawet drzewka owocowe. Robotnik, który zechce w czasie przerwy zaczerpnąć świeżego powietrza, wprost z hali fabrycznej wychodzi do ogrodu. Może przysiąść koło kolorowego klombu i posłuchać szumu fontanny, bijącej z niewielkiego wodotrysku. To wszystko chyba w jakiś sposób wpływa na jego samopoczucie, na jego psychikę. Myślę, że przyjemniej mu się pracuje, że z większą chęcią spieszy rano do swej fabryki. Ludzie z Wołomińskich Zakładów mówią: „To zasługa naszego dyrektora, to on tak dba o fabrykę”.

O tym, że dyrektor Jan Miller, stary, doświadczony drzewiarz, naprawdę dba o fabrykę, mogłem się wkrótce sam przekonać.

 

Od sosnowej deski do okiennej ramy

Wprost z kolejowej rampy motorowe wózki-dźwigi przewożą tarcicę na specjalnie do tego celu wydzielony plac Tu układa się ją w tzw. sztaple, w których drzewo, przykryte wodoszczelnym daszkiem, schnie ok. 2 miesięcy Następnym etapem jest suszarnia, gdzie w gorącej parze tarcica ulega dalszemu wysychaniu (suszenie tarcicy w suszarni trwa od 60 do 200 godzin, w zależności od grubości desek i odbywa się w temperaturze ok. 80 st. C). Tak przygotowana tarcica przechodzi z kolei do hal obróbczych, gdzie najpierw przyrzyna się ją wg potrzebnych długości i szerokości, a potem – obrabia na różnego typu maszynach, Z gotowych elementów montuje się ramy i skrzydła okienne, ościeżnice (futryny) i drzwi. Spod potężnej prasy wychodzą posklejane płyty meblowe, które także produkowane są w zakładach. Po przejściu drobnej kosmetyki, a więc wygładzeniu i tzw. zaprawieniu wad (usuwanie sęków, wypełnianie ubytków), gotowe wyroby zostają spryskane specjalnym płynem impregnacyjnym – ksylamitem – i wędrują do magazynów. Hale obróbcze są najgłośniejszym miejscem cichej na ogół i spokojnej fabryki. Warkot elektrycznych silników miesza się tu z wyciem maszyn i zgrzytem pił. Potężne pneumatyczne wyciągi, zainstalowane przy każdej maszynie, wsysają miliony trocin i wirujących drzewnych pyłków.

Przyglądając się tak całemu procesowi, zamyśliłem się głęboko. Tyle pracy się tu wkłada, tyle czasu ona pochłania. A jednak wciąż okna i drzwi źle się domykają, drzewo się wypacza, pozostają szczeliny, przez które dmucha ludziom do mieszkań. Dlaczego tak się dzieje? W swojej wędrówce po Wołomińskich Zakładach starałem się na to znaleźć odpowiedź.

Istotne przyczyny

Fachowcy z ZSB w Wołominie twierdzą, że drzewo, które przychodzi z tartaków, powinno wysychać na placu tarcicy ok. 3-4 miesięcy. Tymczasem obowiązujące normatywy przewidują tylko 65 dni. Na domiar złego, tartaki przysyłają zbyt mokre drzewo. Po otrzymaniu bowiem świeżej ścinki tartak robi z niej tarcicę i najczęściej natychmiast „upłynnia” do poszczególnych wytwórni. Tymczasem tarcica winna być składowana już na terenie tartaku, w celu wstępnego podsuszenia. To prawda, że wiele tartaków nie ma gdzie składać drzewa. Główną jednak przyczyną jest to, ze chcą się one po prostu pozbyć uciążliwego dla nich okresu „sztamplowania”.

Tak wiec mokre drzewo, często prosto spod traku – idzie w świat. Tartaki, eliminując etap suszenia, wliczają go jednak w koszty własne. W ten sposób mogą w pewnym stopniu zwiększyć bardzo niskie zarobki robotników (ok. 600 – 700 zł miesięcznie). Drzewo musi jednak przebyć ów okres suszenia na powietrzu. Nie może go zastąpić nawet nowoczesna suszarnia, A kto na tym wszystkim cierpi? Oczywiście użytkownik, któremu nie domykają się okna i drzwi, aż wiatr hula po mieszkaniu!

Warto dodać, że dostawy tarcicy są nierytmiczne. Najwięcej przychodzi jej w pierwszych miesiącach roku, głównie w zimie. A więc wówczas, gdy przepustowość suszarni jest zmniejszona (w zimie drzewo musi schnąć dłużej). Natomiast w okresie letnim, gdy przepustowość suszarni się zwiększa, dostawy tarcicy wydatnie maleją. Coś tu w tym wszystkim nie gra. Faktem jest jednak, że tego rodzaju system dostarczania drzewa stwarza kłopotliwą sytuację dla Zakładów, i – co tu dużo mówić – odbija się ujemnie na odpowiednim jego suszeniu.

W rozmowach ze mną niejednokrotnie także podkreślano, że brak nam jest tradycji w produkowaniu stolarki budowlanej systemem fabrycznym, że brak fachowców o odpowiednich nawykach produkcyjnych. Wciąż nie wystarczająca jest tzw. mała mechanizacja. A poza tym istnieje jednak duże napięcie normowe. Nasz robotnik np. w porównaniu do czechosłowackiego musi się spieszyć, ma wyższe normy. Nasze maszyny muszą się szybciej obracać. Czy wpływa to na jakość wyrobów? Myślę, że jednak tak. Ale są i inne przyczyny.

stolarka_1957a

Kłopoty z zaopatrzeniem i ze… zbytem

Pokazywano mi kopię zamówienia, jakie złożyły ZSB w początkach marca br. na gwoździe w Warszawskim Biurze Sprzedaży Wyrobów Hutniczych i Metalowych. Zapotrzebowanie opiewa na liczbę 4.400 kilogramów. W końcu lipca (tak!) przychodzi odpowiedź: „Możemy wam dostarczyć tylko 750 kg. O reszcie – nie ma nawet mowy”. Podobnie jest z innymi wyrobami metalowymi, których nie tylko że brak, lecz są złej jakości. W ok. 20 proc. zaspokajane jest zapotrzebowanie na śruby. Okucia do okien dostaje się często niekompletne, zamki do drzwi – bez blach czołowych. Nie lepiej jest z zaopatrzeniem w narzędzia i części maszyn. Np. na zamówionych 40 pił tarczowych otrzymuje się 5-6. A wiadomo – piły też się niszczą i tępią. Są bardzo duże braki pił łańcuchowych. Podobno ma je produkować „Cegielski”.

Wołominskie Zakłady ratują się jednak, jak mogą, aby tylko utrzymać rytmiczność produkcji. Niektóre części maszyn, jak np. noże do frezarek, produkują we własnych warsztatach. Niektóre wyroby metalowe zakupują prywatnie. Oto np. na rok bieżący podpisano umowę z prywatnym przedsiębiorcą z Warki na dostawy 7 tys. sztuk miesięcznie śrub do skręcania okien. Śruby te nie tylko, że są wysokiej jakości, lecz, o dziwo! – kosztują o całą złotówkę na sztuce taniej, niż w hurtowniach państwowych (2,65 zł zamiast 3,65 zł). W razie stwierdzenia jakichś braków, przedsiębiorca ów natychmiast przyjeżdża i wymienia wybrakowane egzemplarze. Oto jeszcze jeden dowód nieudolności i ociężałości naszego przemysłu! Wtajemniczeni twierdzą, że fabrykom nie opłaca się produkować tak drobnych i „mało ważnych” przedmiotów, jak śruby. Wolą duże i ciężkie — plan łatwiej jest wykonać. Jednak nie ma to jak handlować z inicjatywą prywatną! Tylko skąd ona bierze potrzebne surowce, kiedy brak ich państwowym wytwórniom? Ale to już inna sprawa…

Może jeszcze parę słów o zbycie? Ot, pozorny paradoks: choć w kraju jest duże zapotrzebowanie na stolarkę budowlaną, Zakłady mają jednak pewne trudności ze zbytem typowych okien. No cóż, architekci nareszcie projektują, a typowe okna nie zawsze mieszczą się w ich projektach. Nie można im zresztą mieć tęgo za złe. Z drugiej jednak strony, Zakłady mają zamrożoną gotową produkcję i… pieniądze w nią włożone. Czy nie warto czasem, aby resort budownictwa regulował jakoś te sprawy? A może pozwolić Wołominowi na sprzedaż owych okien na wolnym rynku?

W roku 1953 (pierwszy rok istnienia ZSB) Zakłady wyprodukowały 173 tys. m2 stolarki, w 1954 – 258 tys. m2, w 1955 – 274 tys. m2, w ubiegłym roku – już. 334 tys. m2. Plan na rok bieżący przewiduje 460 tys. m2. W roku 1960, a wiec pod koniec pięciolatki, ZSB maja dać 462 tys. m2. Trzeba podkreślić, że, z wyjątkiem roku 1953, Zakłady zawsze przekraczały plamy. W tym roku plan półroczny wykonano w 104,6%. Pomimo trudności, Zakłady Stolarki Budowlanej mają wiec niewątpliwe sukcesy. Myślę, że składa się na to wiele przyczyn, ale jedna jest główna, zasadnicza: w Wołomińskich Zakładach wszystko robi się z myślą o człowieku. Panuje tu odpowiedni klimat do tego, by przekraczać plany, ulepszać produkcję i zwiększać wydajność pracy. (Ta ostatnia przekroczyła, notabene, w II kw. br. zamierzony plan o blisko 15%).

Swego czasu uruchomiono np. na terenie Zakładów dział produkcji ubocznej, Wyrabia on przedmioty poszukiwane dziś bardzo na rynku: artykuły gospodarstwa domowego (taborety kuchenne, kasety na sztućce, solniczki, półeczki, wieszaki itp.), skrzynki, części drewniane do snopowiązałek, formy do wyrobu prefabrykantów budowlanych. Do niedawna dział ten zatrudniał 24 robotników – dziś pracuje ich już 43. Za I półrocze br. zysk netto z produkcji ubocznej wyniósł 804 tys. złotych. Idzie on w całości na fundusz zakładowy, na potrzeby załogi. Z tego funduszu wypłaca się nagrody i premie, urządza kolonie dla dzieci i wycieczki, remontuje mieszkania pracownicze, finansuje sport zakładowy i życie kulturalne. W I półroczu wyremontowano 17 mieszkań pracowniczych za sumę ponad 70 tys. zł i udzielono bezzwrotnych zapomóg w wysokości 29 tys. zł. Po raz pierwszy też dokonano pomiędzy pracowników podziału części wygospodarowanych zysków w ramach tzw. 13 pensji, w łącznej kwocie 489 tys. zł (w Zakładach pracuje ok: 900 osób).

Zakłady postarały się o kredyty na indywidualne budownictwo przyzakładowe dla pracowników (900 tys. zł). Starają się o przydział materiałów i kilkunastu parcel budowlanych. W tej chwili buduje się już 10 domków. Rada Robotnicza opracowuje obecnie nowy regulamin .podziału funduszu zakładowego, który będzie przewidywał udzielanie bezprocentowych pożyczek na budownictwo indywidualne. Trzeba wspomnieć, że w centrum Wołomina Zakłady dysponują dwoma blokami mieszkalnymi po 18 mieszkań. Trzeci blok buduje się tuż koło fabryki. Jest też przyzwoicie urządzony hotel robotniczy, wyposażony w zakłady usługowe.

Wołomin stara się pracować coraz wydajniej i coraz oszczędniej. Posiada najwyższy w kraju wskaźnik wydajności z tarcicy, wynoszący 76% (przeciętna waha się od 76-72%). Nawet odpady nie nadające się do produkcji ubocznej wykorzysta je się na kostkę drewnianą do wykładania jezdni. Trociny oddaje się do pobliskiej cegielni do wyrobu cegieł. Wióry – spala się we własnej kotłowni. Pomysły takich racjonalizatorów, jak Parafinowicz, Grabara, Mazur, Ners, Konopka, Chruścicki, Tkaczyk czy Radzio przyniosły Zakładom oszczędności przekraczające 800 tys. zł rocznie, a im samym – wysokie premie. Gdy pytałem przewodniczącego Rady Robotniczej, inż. Chruścickiego, o stosunki z dyrekcją, odpowiedział: „Dyrektor zasypuje wprost Radę pomysłami, jak tu najwięcej wygospodarować pieniędzy dla Zakładu”.

I jeszcze jedna sprawa: po zmianie zaszeregowania w kwietniu br (zgodnie z kwalifikacjami) wzrosły średnie płace miesięczne: w montowni z 1574 zł do 1740, w maszynowni z 1664 zł do 1749, w przyrzynalni z 1561 zł do 1853 zł.

To chyba samo mówi za siebie!

Bohdan Rostropowicz
Stolica, 29 września 1957

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.