Najszczęśliwszy Ksiądz Rzeczypospolitej

Rodzina pochodziła z chudego Podlasia i nie mogła nijak na gruncie warszawskim poróść w pierze. Tam na Podlasiu piaski, rozłogi porosłe olchą, chudoby po parę  morgów, typowe szaraczkowanie w gromadzie, w rędowisku chat, przezwanych „Skorupki” (…)

Próby zadomowienia się na Nowym świecie i Krakowskiem Przedmieściu nie udawały się, a robił je i dziad księdza, Jó­zef, i ojciec, Adam, ten i tamten w swojej czasu kolei wstępując do seminarjum przy kościele Karmeli­tów ? zawsze z rezultatem ujem­nym. Dopiero Ignacy Jan miał ziścić sen trzech pokoleń tej samej rodziny.

Dziecięctwo jego upłynęło dość znojnie. Posada ojca w towarzyst­wie ubezpieczeń, później w magistracie, obfitowała w przejścia dramatyczne spowodowane brakiem solidności ex-szlachcica zagonowego ze Skorupek. Rozdźwięki w rodzinie i szczupłe środki materialne starała się łagodzić zacna, najlepszego serca matka, kobieta pełna zalet, pracowitości, zasad religijnych i ambitnych chęci dla swoich dzieci, trzech synów i córeczki, pałających jedno dla drugiego najpiękniejszą miłością, otaczających matkę zwartym czworobokiem przeciw wszelkim ciosom ze strony mało fortunnego żywiciela rodziny. (…) Chłopiec skończył cztery Klasy gimnazjalne u Chrzanowskiego i Kowalskiego i oto przed szesnastoletnim otwarła się w r. 1909 upragniona furta.

W matkę i w całą rodzinę wstąpił nowy duch. Te pięć lat pobytu w seminarjum warszawskiem, dwa lata kursu teologicznego, to prawdziwa sielanka religijna, tem bardziej że chluba rodziny, matki i dziadków, będących w stałym z nim kontakcie, robił nadzwyczajne postępy. Ignacy, żywy, przystojny, łatwo pojętny, pilny, układny, dający się lubić przez kolegów i przełożonych, poznawał swój przyszły zawód coraz doskonalej. Podczas roku szkolnego pracował, uczył się, na lato wyjeżdżał do podmiejskich parafji, na praktykę i wdrażanie się w obowiązki kleryckie, najczęściej do Klembowa pod Radzyminem, jakby już teraz los chciał go związać bliżej z okolicami, w których przyjdzie mu kiedyś walczyć. W Warszawie bystry obserwator i człowiek czynu rwał się do obrzę­dów, bywał często ceremonjarzem: niekiedy w czasie świąt przy opi­sie nabożeństw pojawiło się jego nazwisko na szpaltach gazet. Łat­wo sobie wyobrazić, jak się ocho­czy dwudziestolatek z rodziną tem cieszył. Na domiar szczęścia w r. 1914, już po wybuchu wojny, gdy wybierano adeptów do Akademji Duchownej w Petersburgu, oko przełożonych wybrało i jego, subdjakona Skorupkę.

Było to wyróżnienie nielada. Akademja piotrogrodzka to był indygenat, dyplom na dostojnika. Tylko najzdolniejsza i najlepsza młodzież seminarjów katolickich z całego imperjum rosyjskiego dostawała się tutaj. Byli Litwini, Niem­cy, Łotysze, najwięcej Polaków. Kurs był czteroletni, po trzech latach wychodziło się magistrem, po czterech kandydatem teologji, a to było więcej niż doktorat dzisiejszy. (…) W pierwszych miesiącach nie zdaje sobie jeszcze sprawy z pracy, która go czeka, świa­dczy o tem dobrze list, mocno żar­tobliwy, krotochwilny, wysłany do siostry, której pensjonarski wiek był bez wątpienia powodem prawie całkiem świeckiej treści pis­ma. Nie na miarę stypendysty teolo­gicznego zakrawa też odczyt o Or-Ocie, wygłoszony w listopadzie 1914 roku na zebraniu ?Po­lonji”, kółka literackiego w Aka­demji piotrogrodzkiej. Ważny jest on o tyle, że rzuca światło na usposobienie autora odczytu, na jego niechęć do pozytywizmu i umiłowanie elementów romantycznych w polskiej twórczości. Prelegent aprobuje w zupełności postawę Or-Ota, podkreśla jego wiarę w niepodległość, wspomina o wyznaniu protestanckiem autora, uznając jego lojalne stanowisko wobec katolicyzmu, przytacza wiele urywków, m. in. ten, tak kiedyś pięknie zrealizowany śmiercią Skorupki pod Ossowem.

A jeśli kiedy, o ludów świcie,
Będzie potrzeba ofiarę nieść,
To Ci, o ziemio, złożę swe życie..

Jakkolwiek sprawy się miały, widać z pierwszych odgłosów petersburskich, że Ignacy nie odrazu przejął się duchem ścisłej nauki w Akademji i zdaje się, że stan ten trwał dłużej, z dużą dla niego stratą. Egzaminy po pierwszym roku pobytu w r. 1915 i po drugim w r. 1916 wypadły dostatecznie, gorzej jednak zakończył się kurs następny. Już w czasie pierwszego kursu w lipcu 1915 r. przyjechała do Moskwy matka djakona Skorupki razem z resztą rodzeństwa. Młody alumn Akademji musiał zatroszczyć się o ich los, z racji działań wojennych następowały dłuższe przerwy w nauce, Ignacy przejmował się wieściami z frontu i etapami rewolucji Kiereńskiego, miał kłopot z braćmi, przygotowywał się do święceń, dojeżdżał w r.1916 do chorej na gruźlicę matki, w maju opłakiwał jej zgon ? siła złego na jednego: egzaminy w r. 1917 szczególnie u surowego sędziwego biblisty, prof. Stanisława Trzeciaka, wypadły ujemnie, i młody ksiądz stracił prawo dalszej nauki w Akademji. Był to cios niespodziewany, okrutny, nienaprawiony; posępny cień na życiu księdza, spod którego nigdy nie miał się wyzwolić całkowicie.

Tając sam fakt złego wyniku egzaminu nawet wobec najbliższych rzucił się ks. Ignacy gorliwie do pracy pasterskiej, aby zagłuszyć wyrzuty sumienia i na innem polu szukać rekompensaty. W Klińcach, osadzie leżącej na linji Pińsk – Homel – Moskwa okazał od wrze­śnia 1917 roku do czerwca 1918 roku dużo energji, przedsiębiorczości, taktu i poświęcenia. Był tu samodzielnym proboszczem, wykładowcą w gimnazjum, kierowni­kiem skautów i szeregu towarzystw, wogóle był prawdziwym wodzem tych dwu tysięcy Polaków, których tutaj wyrzuciła z Polski wojna. Ksiądz stanął istotnie na wyżynie swego zadania, zyskał ogromny mir i zasmakował w pracy czynnej, samodzielnej, ży­wej, dającej doraźne wyniki. Już w Akademji tęsknił do takiego ro­dzaju pracy. W listopadzie 1915 r. pisał do brata, będącego w wojsku rosyjskiem:

Uczę się ciągle i już tak daw­no, ale ja chciałbym czynić dobrze – chciałbym nieść pomoc umierającym, cierpiącym – chciałbym nawet cierpieć, bo tylko cierpienie czyni człowieka silnym – wspiera – a nawet świętością go otacza. Znosisz zapewne niewygody, jak zwykle na wojnie, znoś je cierpli­wie i niech ci się zdaje, że staje przed Tobą Chrystus Pan i zachę­ca Cię do dźwigania krzyża, więc idź za nim i dźwigaj go. Pędzisz często pewnie po drodze zaśnieżonej – ciemnej z rozkazem – wówczas staw się w obecności Boga i z tym wielkim Panem – Panem nad wszystkiem – dąż do celu. Korzystaj z tej wojny – zahartuj się, aby podmuch zły nie wyprowadził Cię z równowagi nie strącił z drogi dobrej.

Było to na krótki czas przed święceniami. Pragnienie doskona­łości osobistej wzmagało się w nim z każdym dniem. Tuż przed samemi święceniami, w styczniu 1916 r., nakreślił sobie modlitwę, z którą odtąd do końca życia się nie rozstawał.

Ja chcę być sługą Bożym – pragnę odpowiedzieć zamiarom Boga względem mnie. Na czasy niedowiarstwa – chcę mieć w sobie wiarę głęboką i gorącą. Na czasy zła i zuchwalstwa – chcę być prostym w obejściu i pokornym i cierpliwym. Na czasy rozwiązłości i rozpasania – chcę być czystym i niewinnym w myśli, mowie i uczynku. W czasach biedy i nędzy – chcę być jałmużnikiem – chcę być biednym – chcę służyć ludzkości. Dla ludzi żyć – by trafić do Boga. Non nobis, sed nomi ni Tuo da gloriam.

Ten ideał kapłana zrealizował Ignacy na placówce klinieckiej w doskonały sposób. Opowiadania członków kolonji klinieckiej są zgodne pod tym względem. Ksiądz był duszą całej polonji, chronił lud przed bolszewizmem, starał się o jego podniesienie moralne i naro­dowe, dbał o wszystko, krzepił posługami duchownemi, odprawiał nabożeństwa, jeździł do Kijowa o przyśpieszenie reewakuacji do Polski, zyskał ogólną wdzięczność i szczery szacunek.

W stosunku do tej pracy w Klińcach pobyt w Łodzi od września 1918 do lipca 1919 r. jest okresem depresji, żywo odczutej niełaski władz. Marzeniem ks. Ignacego by ła zawsze stolica, praca dla niej. Oczywiście, dręczony nostalgją za Warszawą, przyszły jej obrońca wypełniał sumiennie swe obowiązki prefekta w mieście Łodzi, zasłużył się w szkolnictwie, próbował znów pracować naukowo, obmyś­la tezy dla kontynuowania wysił­ków w dziedzinie teologji, którą chciał uzupełnić tytułem magistra na uniwersytecie lubelskim; w każdym bądź razie korespondencja księdza z okresu łódzkiego zawiera tony bardzo minorowe. Zmienił się nastrój radykalnie, gdy w roku na stępnym przeniesiono go do Watszawy. Toteż chociaż pracy tu miał niezmiernie wiele, bo i Ognisko Rodziny Marji na Pradze, przy ul. Zamoyskiego 30, gdzie zamieszkał, i parę szkół do obsługi w charakte­rze prefekta, notarjat i archiwum kurji biskupiej, kazania w kilku kościołach, nie było znać ani zmęczenia ani zniechęcenia po ks. Ig­nacym. Był w swojej ukochanej Warszawie, oddychał powietrzem miasta, które tak cenił, czuł się świetnie.

Chmura na tem jasnem niebie zarysować się miała skądinąd, od wschodu, od frontu, skąd w poło­wie 1920 r. zaczęły nadchodzić złe wieści. Fakt cofania się wojsk polskich przed bolszewikami od mie­siąca maja nie ulegał wątpliwości, próby powstrzymania nieprzyjaciela nie dały dobrego wyniku.Ksiądz przeżywał klęskę wojsk polskich bardzo ciężko. I gdy akcja zaciągu ochotniczego była w całej pełni, zgłosił się również do swoich władz. „Nasze miejsce jest w wojsku, przy naszych uczniach” – mówił spotykając się ostatni raz z jednym ze swoich kolegów. Dn. 31 Iipca został kapelanem lotnym na Pradze, dn. 8 sierpnia przydzielono go na jego prośbę do 236 p. p. stacjonującego na Pradze. Pułk ten nie miał szczęścia do kapelanów: właśnie przed paru dniami, dnia 20 lipca, poprzednik ks. Skorupki, ks. Stanisław Rozumkiewicz, lwo­wianin, franciszkanin wieloletni kapelan, dawniej w wojsku austrjackiem, obecnie polskiem, został w czasie odwrotu pod Lida zakłuty szablami przez bolszewików.

Prawdopodobnie ks. Skorupka nie wiedział nic o losie kolegi, nie czas było zresztą na długie refleksje. Wypadki następowały szybko po sobie: trzy czwarte armji polskiej w sile piętnastu dywizji stanęło na przedmieściu Warszawy na północ i na południe wzdłuż Wisły, jedna czwarta, pięć dywizyj, miała uderzyć od Wieprza na flankę Ro­sjan nacierających na stolicę. Wcielano pośpiesznie ochotników do starych formacyj. Bataljon, do którego należał ks. Skorupka, formo­wał się w błyskawicznem tempie w gmachu gimnazjum Władysława IV na Pradze, miał wyruszyć na linję 8, ostatecznie zaś 13 sierpnia. Znamy cztery relacje autentyczne o akcji tego oddziału i o losach kapelana: opowiadanie lekarza baonu, kancelisty, dowódcy i opis bitwy warszawskiej mjr. Waligóry. Odrzucić należy opowiadania uczniów i przekazy innych świadków, których świadectwa przytaczałem, pisząc o księdzu w r. 1923, próbując po raz pierwszy ustalić elementy jego legendy.

Na podstawie danych z archi­wum wojskowego, przebieg wypadków był następujący. Bataljon składał się z 80% ochotników, podzielonych na 4 kompanje. W 2-ch pierwszych przeważał element in­teligencki, inżynierowie, nauczyciele, urzędnicy, uczniowie szkół śre­dnich i akademickich, w dwóch następnych – element robotniczy i proletarjacki. Przygotowanie ludzi było wyraźnie niedostateczne, od­byto tylko dwa marsze w pełnym rynsztunku, oswojenie z karabinem było minimalne, oddział nazywano dla jego małego wyszkolenia „powstańcami”, w odróżnieniu od „starej wiary”. Umundurowanie było dość dobre ale uzbrojenie złe, w dniu wyruszenia na linję, dn. 13 sierpnia, w piątek w południe, nie posiadano żadnego karabinu maszynowego,nie miano go także podczas wielogodzinnej bitwy dn. 14 sierpnia, stąd olbrzymie straty.

Przed wymarszem ks. kapelan uwijał się stale wśród żołnierzy, po­starał się o chorągiew kościelną za miast sztandaru, spowiadał wszy­stkich i komunikował w kościele św. Florjana, słabszych na duchu doprowadzał perswazją do równowagi. W czasie pochodu kroczył obok pierwszej kompanji, nie chciał skorzystać ani z bryczki,ani ofiarowanego mu konia, nie gniewał się, choć chłopcy zbytkowali.

W Ząbkach, gdzie oddział zatrzy­mał się na obiad, biwakowano przy kościele, dowódca z oficerami za­trzymał się na plebanji, z której proboszcz zbiegł w obawie przed bolszewikami. Nastrój panował przygnębiony. Ks. Skorupka przed wyruszeniem zaproponował odwiedzenie kościoła, zaintonował pieśń kościelną, poczem przemówił do żołnierzy, wracając do podnoszonej niejednokrotnie myśli, że przyjdzie im przenieść ciężkie znoje, ale zbliża się właśnie pojutrze w nie­dzielę święto Matki Boskiej Zielnej dzień ten będzie punktem zwrotnym w zmaganiu się z wrogiem.

Już dwa tygodnie przedtem, bawiąc w Zosinku pod Kaczym Do­łem, u sierot, dodawał otuchy, nie pozwolił na ewakuację zakładu, zabronił ruszać cokolwiek w jego pokoju, mówił o święcie tem jak o święcie Królowej Polskiej, wspomniał o człowieku opatrznościowym, który jak Kordecki lub jak Joanna d’Arc, odwróci szalę nieszczęść.

Zdaje się, że bystry, skromny słu­ga Boży nasłuchiwał pilnie, co mówią w sferach wojskowych, i wierzył w skuteczność planu Pił­sudskiego, dzielącego armję pols­ką na grupę pasywną pod Warsza­wą i operacyjną, mającą atakować bolszewików od strony Wieprza. Wierzył w zwycięstwo, był zdecy­dowany na wszystko, sam odbył spowiedź generalną, napisał testa­ment i kiedy wstępował do bataljonu, zastrzegł się zaraz, że weźmie czynny udział w pierwszej bitwie, żeby dać dobry przykład ochotnikom. Przed postawą tego młodziutkiego księżulka, który właśnie przed dwoma tygodniami skończył dwadzieścia siedem lat, przed tym drobnym szatynem, który z natury bynajmniej nie był odporny na wzruszenia i lęki, trudno nie schylić czoła; siłą woli umiał pohamo­wać instynkt samozachowawczy, potępił gwałtownie tchórzów, opuszczających w tej chwili Warszawę, by kierować się ku zaohodowi, i – naprzekór zwyczajowi – rostanowił działać jak zwykły ofi­cer linjowy. Na noc, kiedy o późrym zmroku oddział dotarł do Ossowa, ksiądz odosobnił się w chacie z którymś ze swych uczni i położył się na spoczynek, wiedząc,że jutro będzie ciężka rozprawa. Ze wschodu biły łuny pożarów, w oddali nie ustawała wymiana strzałów artyleryjskich.

Oddział nie orjentował się w sytuacji, nie wiedział, że właśnie 13 sierpnia po południu bolszewicy zajęli Radzymin; ludzie oceniali przesądnie grozę położenia z racji psychozy, która od dwóch miesięcy jak koszmar legła na piersiach społeczeństwa. Nie przełamano jeszcze paniki wznieconej ciągłym odwrotem wojsk, nie zdawano sobie sprawy, że kampania była przesą­dzona na niekorzyść bolszewików, że dowództwo sowieckie popełniło fatalny błąd i że skierowało znaczną część swych sił na północ, że naprzeciw około pięćdziesięciu ty­sięcy obrońców Warszawy, zaopatrzonych bardzo dobrze w artylerję, stanęło zaledwie czterdzieści tysięcy szturmujących, że więc Warszawa była prawie nie do wzięcia ? histerja szerzyła postrach, obrona szwankowała, oddziały załamywały się zbyt często z małych powodów.

Miało to okazać się dnia nastę­pnego pod Ossowem. Rano między godz. 3 a 4 ostrzelano gwałtównym ogniem artylerji rosyjskiej bataljony 36 i 33 p. p., zajmujące okopy pod Leśniakowizną, o dwa kilometry na wschód od Ossowa, poczem rosyjskie pułki 235 i 236 udetzyły na Leśniakowiznę i przerwawszy polski front, szły na Ossów, docierając do niego i zajmując je­go wschodni kraniec. Było to na małą skalę powtórzenie się Radzymina. I tu wybiła chwila walki dla ochotników z polskiego 236 p. p., którzy biwakowali w nocy w pełnem pogotowiu na łączce w śródku wsi w pobliżu miejsca, gdzie obecnie buduje się szkoła imienia l.J. Skorupki. kapelan zjawił się jako jeden z pierwszych przy oddziale, obdarzał ochotników medalikami, błogosławił grupy w miarę, jak wyruszały do walki: trzecia i czwarta kompanja uderzyły tyralierą po prawej stronie wsi. Dostały się w zamęt wytworzony przez cofające się oddziały i uległy rozsypce; pierwsza i druga dostały rozkaz odebrania wsi. Kompanja II szła po prawej stronie chat, po łączce otwartej, poniosła ciężkie straty, gdyż znalazła się pod obstrzałem rosyjskich karabinów maszynowych i załamała się wcześnie. Kompanja pierwsza rozwinęła się z dużą trudnością w tyraljerę po lewej stronie zagród chat chłopskich Ossowa. Dowódca por. Mieczysław Słowikowski, szedł na czele przed tyraljerą na prawem skrzydle. W chwili gdy linja przedostawała się przez ogrody wiejs­kie i płoty, podbiegł do porucznika ks. Skorupko, prosząc o pozwole­nie pójścia z kompanja. Załadowano broń, nałożono bagnety, ks. Skorupka stanął o trzydzieści do czterdziestu kroków od dowódcy przed linją strzelecką i pocignął ją swym przykładem naprzód. Linja szła z początku bez strzału, gdyż znajdowała się na zachodnim skraju wsi; w miarę jak podchodzono bliżej do środka wsi, zaczęły padać ze strony przeciwnej pojedyncze strzały, idące jednak zbyt wysoko. Ochotnicy, nieobyci z ogniem, zdradzali wyraźne zdenerwowanie i coraz większą tendencję do rzucania się na ziemię; dowódca poderwał ich okrzykiem „hurra!” do biegu, któ­ry posunął tyraljerę o dwieście do trzystu kroków naprzód, żołnierz podniecił się i szedł śmielej, mimo że strzały zaczęły podać coraz gęśeiej i celniej; tyraljerą zrównała się prawie ze wschodnim krańcem wsi, znalazła się tam, gdzie dziś stoi obelisk pamiątkowy, godzina była mniejwięcej piąta ? szósta rano; był to pierwszy atak, posunięty dotąd dość daleko i ze sto­sunkowo małemi stratami. W pewnej chwili por. Słowikowski spostrzegł, że ks. Skorupko upadł; nie przywiązywał jednak do tego w wirze walki większej uwagi, gdyż grunt był zagoniasty, pełen miedz i zapadlisk, w tej chwili zresztą kompanja wybrnęła z ogrodowisk na równe rżysko i dostała się pod ogień karabinów maszynowych sprzodu i z prawego boku: rozleg­ły się krzyki rannych w linji, tyraljera padła na ziemię i próbowała się ostrzeliwać; szło to jednak bardzo źle, żołnierze nie umieli ładować broni, karabiny zacinały się.

Była to broń francuska, pociski bez magazynów, ogień słaby wobec braku karabinów maszynowych w tyraljerze polskiej – kompanja musiała się ze stratami wycofać. Nie oznaczało to rezygnacji, nie: ochotnik, tak źle wyekwipowany i niewyćwiczony nie rozproszył się, odsunął się w stosunkowym porządku na linję wyjściową i stąd do godziny dziesiątej zrobił pięć czy sześć uderzeń tyraljerskich, to rzucając się naprzód, to ustępując przed kontratakiem. Zachodni kraniec wsi utrzymano do nadejścia pomocy; nastąpiło to około godziny dwunastej. Zmęczenie ochotników było tak wielkie, że koło go­dziny dwunastej dowódca nie mógł zmusić linji do podniesienia się i ruszenia naprzód, strzelano zrzadka, ludzie leżeli bez życia.

Sytuacja zmieniła kię gdy koło godziny pierwszej – drugiej przyszły polskie karabiny maszynowe; ochotnik poszedł naprzód z innemi oddziałami, atakującemi w dosko­nałym ordynku od strony poligonu rembertowskiego, wyparto Rosjan z Ossowa i Leśniakowizny, odebrano i obsadzono pierwszą linję przedmościa.

Nie da się zaprzeczyć, że przez sześć do ośmiu godzin ochotnicy 236 p. p. byli tym oddziałem, który wziął na siebie główny ciężar walki o przerwany front w odległości piętnastu kilometrów od mu­rów stolicy. Walkę prowadzono nieumiejętnie i kosztownie, ale ofiarnie; bataljon poniósł 40% strat, prawie co drugi ochotnik był zabity lub ranny, około 150 do 180 ludzi zaścieliło zwłokami pobojo­wisko na przestrzeni półtora kilo­metra pola. Księdza znaleziono na polu Romana Orycha, koło miedzy na miejscu, gdzie dziś wznosi się drewniany krzyż. Leżał zwrócony twarzą do ziemi, z obciętym czub­kiem głowy, ze skórą i skalpem od rzuconym aż na poziom karku, koło niego leżał wypryśnięty mózg; ręce miał rozpostarte, spod palców prawej ręki wyzierał fioletowy krzyż stuły. Na plecach przez sutanę znać było z tuzin pchnięć ba­gnetem, czy inną bronią: ciało było przez cztery do pięciu godzin na terenie zajętym przez bolszewików. Widocznie dobijano rannych, lub pastwiono się nad zwłokami w ubraniu księdza; śmierć jego na­stąpiła bezwątpienia odrazu, od wybuchu kuli ekrazytowej. Ubra­ny był ksiądz w płaszcz khaki, pod płaszczem miał komżę i stułę (…) Niezwrócenie uwagi na sam moment śmierci księdza tłumaczy się rozproszeniem tyraljery i jej dramatycznemi przeżyciami w silnym ogniu; żadna relacja wiarogodna nie mówi ani o intonowaniu pieśni religijnej podczas posuwania tyraljery ani o kroczeniu księdza z podniesionym krzyżem w ręku, nie jest to jednak nieprawdopodo­bne, prawa dłoń trupa nawet po przywiezieniu do Warszawy była zaciśnięta, jakby trzymała jakiś przedmiot. W każdym razie ksiądz szedł jak oficer linjowy, przed ty­raljerą, zachowanie się jego było naprawdę męskie i godne uznania.

Na pobojowisku zatrzymywali się oficerowie z innych oddziałów i dziwili się zwłokom w sutan­nie. Było to zresztą pobojowisko godne oględzin i szacunku ? bardzo wielu spośród poległych nie liczyło ponad lat szesnaście, po­śród nich trup sanitarjuszki, żony oficera tego samego oddziału, a walczącei w męskiem przebraniu jak zwykły szeregowiec. Po polu uwijali się ludzie, starzy żołnierze uzupełniali z trupów swoje umundurowanie, młodzi płakali, odszukiwali swoich przyjaciół.

Spędzono chłopów i rozkazano zebrać zwłoki; zdejmowano mundu­ry i po wykopaniu dołów na wzgórzu piaszczystem, gdzie dziś stoi cmentarz wojenny i kaplica, kładziono nagie trupy warstwami jedne nad drugiemi, jedną warstwę głową na wschód, drugą głowami na stopy niżej leżącej warstwy, głowami ku zachodowi.

Zwłoki dowódcy batalionu, księdza kapelana i sanitarjuszki sierowano pod wieczór ku Warszawie. Na zarekwirowanym wozie rzeźniczym w nocy ksiądz kapelan – najszczęśliwszy ksiądz Rzeczy­pospolitej, gdyż dane mu było po­lec za ojczyznę i zyskać czystą, własną krwią okupioną sławę, wracał do stolicy, którą opuścił wczo­raj rano – a z jego pogodnej twarzy, ze skrwawionej głowy, owi­niętej w czerwoną chustę, podaną przez jakąś wieśniaczkę, promie­niał w świetle gwiazd ten poryw, który ożywiał go o świcie.

Stanisław Helsztyński
Słowo. 1939, nr 246 (7 września)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.