Antoni Marianowicz urodził się 23 grudnia 1923 r. w Warszawie jako Kazimierz Jerzy Berman, w zasymilowanej rodzinie żydowskiej wyznania ewangelicko-reformowanego. Ukończył Gimnazjum im. M. Reja w Warszawie,  dużą maturę zdał na tajnych kompletach w 1941 r. w warszawskim getcie, gdzie rozpoczął też studia prawnicze na kursach adwokata Mieczysława Ettingera. W lipcu 1942 r. wraz z matką wydostał się z getta i używając dokumentów na nazwisko Mieczysław Chmielewski, a potem Antoni Marianowicz pracował dłuższy czas w hucie szkła w Wołominie. Swoje wojenne losy opisał w wydanej w Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” książce Życie surowo wzbronione. Kilkadziesiąt stron swojej opowieści poświęcił właśnie pobytowi w Wołominie i pracy w hucie Vitrum. Jednym z najciekawszych fragmentów tych wspomnień jest relacja z napadu na kasę huty, którego autor był uczestnikiem.

(…) Działo się to już po Stalingradzie, kiedy Niemcy zupełnie zmienili swój stosunek do nas. Zaczęli się bać, postanowili rządzić sami. Były to zmiany o charakterze politycznym. Ja na przykład zostałem pozbawiony stanowiska kierownika magazynu i ekspedycji. Przeniesiono mnie do buchalterii, jako księgowego sporządzającego listy płac. Kompetencje pozostałych pracowników też mocno ograniczono, a całe biuro przeniesiono do kantoru poza teren huty.

Było lato. Siedziałem w pokoju z kasjerem Eschem, Mazurkiewiczem i jeszcze paroma osobami. Pan Esch dokonywał wypłat przez specjalne okienko wybite na korytarz, ale dwa okna pokoju biurowego wychodziły na chodnik, którym wszyscy robotnicy przechodzili, idąc po pensję. Znałem ich twarze, więc zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem naraz kilku obcych ludzi i zarejestrowałem jakiś dziwny ruch dookoła. „Co by się stało, gdyby ktoś na nas napadł?” — spytałem pana Escha. Odpowiedział, że nigdy w życiu nie oddałby kasy, wolałby raczej zginąć na posterunku. W tej samej chwili na parapecie pojawił się but i spluwa. „Ręce do góry!” — zamaskowani ludzie wleźli przez okno, a dzielny Esch, zamiast bohatersko bronić kasy, potulnie zrobił, co rozkazano. Napastnicy zabrali kasetkę z pieniędzmi, a także maszyny do pisania. Wszyscy urzędnicy zostali zagnani pod ścianę i tam ustawieni z rękami do góry. Mazurkiewicz — przypominam, karzeł — przebył jednym skokiem wysoką barierkę, jakiej nie pokonałby bez treningu nawet wytrawny sportowiec. Oto, co znaczy siła strachu. Reszta stała dygocąc pod ścianą. Bandyci uciekli, usłyszeliśmy strzały i okazało się potem, że niemieccy strażnicy zabili jednego z napastników. Trup leżał pod naszym oknem.

Marianowicz od jakiegoś czasu podejrzewał, że nie jest jedynym pracownikiem biura ukrywającym swoje żydowskie pochodzenie. Udawało się to najprawdopodobniej dzięki czysto biznesowemu podejściu do sprawy szefa huty, Oberscharführera Florenza Muesa, któremu zdarzyło się nawet powiedzieć do autora, że żąda od niego lojalności wyłącznie na terenie huty: Może pan sobie strzelać do Niemców, jeśli pan chce, ale tylko poza hutą.

(…) U pani Urbańskiej był właśnie jakiś młody człowiek, podejrzewam, że ukrywający się syn, który razem z nami stał pod ścianą. Zaczęło się śledztwo. I wtedy właśnie zobaczyłem na twarzach wszystkich paraliżujący, chyba jednak niewspółmierny do zagrożenia strach. Potwierdzały się moje podejrzenia, że ani jeden z kolegów nie jest „w porządku”.

Jeden z esesmanów przybiegł z dokumentami zastrzelonego „bandyty”. Policja wypytywała nas po kolei, a w tym czasie dokumenty znikły jak kamfora. Znów przybiegł ten idiota esesman i zeznał, że wręczył je komuś z nas. Ale komu? Zastanawiał się długo, aż w końcu wskazał na mnie. Potworna sytuacja, choć oskarżenie absurdalne. Nikt nic nie widział, wszyscy byli odwróceni do ściany, zamieszanie, latający dokoła Niemcy. To naprawdę mogło mnie kosztować życie. W dodatku nie było Muesa, który mógłby za mnie poręczyć. Przez pół godziny ostro mnie maglowali, aż znowu zjawił się tamten esesman i okazało się, że wsadził dokumenty do swojej głębokiej kieszeni, żeby nie zginęły. W każdym razie jakoś przeżyliśmy ten napad, a wnioskiem było to, że każdy z moich kolegów ma coś na sumieniu, nawet Mazurkiewicz i Głowacki, którzy się dotychczas wyjątkowo sprytnie maskowali. Helenka, który patrzyła na mnie z boku, powiedziała później, że ja jeden zachowałem względny spokój, choć zostałem najpoważniej ze wszystkich oskarżony. Przez całą okupację ratowały mnie silne nerwy, a tamci mieli obłęd w oczach. Nie miałem już wątpliwości, że to Żydzi.

Kto dokonał napadu na kasę? Nie mam pojęcia. Zorientowanie się w tym wołomińskim gąszczu było niemożliwością. W każdym razie nie byli to akowcy, ani pepeerowcy, bo tych znałem.

Warto było napisać tę książkę także i po to, by opisać dzieje ukrywających się w niemieckiej hucie szkła Żydów i życie takiego miasteczka, jak Wołomin w czasie wojny. Ten zapis – wierzę – może być pożyteczny dla badaczy zagadnienia. – powiedział Marianowicz w publikowanym w sierpniu 2001 roku w „Rzeczpospolitej” wywiadzie, który przeprowadziła z nim Jolanta Wrońska.

Antoni Marianowicz zmarł 3 czerwca 2003 roku. Więcej o nim, jego życiu i twórczości można przeczytać na poświęconej mu stronie internetowej.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.