Maria i Józef Rabińscy z dwiema córkami: od lewej stoi Modesta, od prawej Filomena. Zdjęcie ok. 1910-1912 r.

Dom

Nikt nie mówił inaczej jak tylko „na Kwiatowej”. Nikt też nie pytał o numer domu. Nie było potrzeby. Jednopiętrowa kamienica u zbiegu ulic Paplińskiego (wcześniej i dziś Wileńska) i Mickiewicza (wcześniej Łąkowa) tworzyła swoistego rodzaju wysepkę, której dostęp do stałego lądu pozostałych numerów odcięła huta szkła. By do nich trafić, trzeba było obejść hutę od ulicy Żelaznej. Jako dzieci żyliśmy w przekonaniu, że na ulicy Kwiatowej mieszkamy tylko my i ta wiedza pozostała we wspomnieniach o latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zeszłego stulecia.

Budynek nie wyróżniał się niczym z otoczenia. Był, jak wszystko wokół, odpychający, zaniedbany i wyeksploatowany, a szarzyzna jako naturalny miks kurzu i błota otaczała nas zewsząd, odciskając swoje mało szlachetne piętno na młodych duszach. Ale tu znajdowało się nasze jedyne „miejsce na ziemi”, nasz raj i piekło ówczesnego bytowania. Nikt nie mógł unieważnić wojny, nieszczęść ludzkich, starej i nowej biedy, z którą przyszło nam mocować się w pojedynkę i zbiorowo. Wszyscy byli okaleczeni stratami i rozbici koszmarami wojny. Gdy ta się skończyła, opłakano zabitych i zmarłych, trzeba się było zmierzyć z nową rzeczywistością, która nadciągała z nieznaną twarzą. Smutek niedawnego wczoraj, mieszał się z nadzieją na lepsze dzisiaj. Wszystkim, bez wyjątku, dokuczała bieda i lęk o codzienną egzystencję. Przysłowie chińskie mówi: „nie możesz zabronić ptakom smutku krążyć nad twoją głową, ale możesz nie dopuścić do tego, by uwiły sobie gniazdo w twoich włosach”.

Kto gdzie mieszkał? Gdy sięgam pamięcią do lat pięćdziesiątych XX wieku, na ulicę Paplińskiego wychodziły okna trzech mieszkań: cioci Leokadii Wawrzyńskiej, nasze i nad nami cioci Modesty Grudzień. Leokadia mieszkała z mężem Franciszkiem i córką Justyną, na którą wszyscy mówili Elżbieta. Nad nimi był strych, podejrzewam, że niezabudowany z powodu braku środów na wykończenie. Modesta, wdowa po Janie Grudniu, kolejarzu, mieszkała z dwójką dzieci: starszą Teresą i młodszym Adamem. Nas była piątka: ojciec Stanisław, mama Janina z Rowickich i rodzeństwo: Dominika oraz Jan Wincenty. Babcia Filomena, najstarsza z sióstr, najwcześniej wyszła za mąż za Aleksandra Rowickiego i zamieszkała na wsi.

Od strony podwórka, w jednym pomieszczeniu gnieździła się liczna rodzina Jurka Arażnika, mojego rówieśnika. Było ich siedmioro albo ośmioro. Naprzeciwko Jurka, w tak zwanej stróżówce, przebywało jakieś nieznane mi bliżej małżeństwo, ciche i właściwie niebiorące udziału w życiu naszego domu. Obok nas, na parterze, w jednej izbie znalazły schronienie dwie ciotki Jurka z małymi córkami. Nad nimi mieszkała krótko moja ciocia Andzia (Anna Stefania) Bereda, siostra rodzona mojej mamy, z mężem Henrykiem i dziećmi. Większość mieszkańców domu była ze sobą blisko spokrewniona, to córki, wnuki i prawnuki Józefa i Marianny Rabińskich, przedwojennych właścicieli kamienicy. Rabińscy mieli troje dzieci, trzy córki, a wszystkie obdzielono bardzo niezwykłymi imionami, w czym upatruję „ręki” Marianny. Najstarsza Filomena otrzymała imię na cześć patronki, świętej męczennicy z czasów rzymskich. Druga była Modesta, też po świętej patronce, zakonnicy z Trewiru. I najmłodsza Leokadia, wzorem sióstr, mająca za patronkę świętą dziewicę i męczennicę z Toledo. Można powiedzieć, cała rodzina „obstawiona” została świętymi patronami, co nie było niczym niezwykłym, ale imiona babci i ciotek zawsze mnie zastanawiały i fascynowały. Długo nie wiedziałem, dlaczego Jurek nie należał do rodziny. Dopiero znacznie później okazało się, że jego rodzice i ciotki to uciekinierzy z powstania warszawskiego. Czy swój czy obcy, jak brat z podwórka.

Wszyscy mieszkaliśmy nędznie. Dom był mało solidny, bez podmurówki, co mściło się w mokrych latach wodą pod podłogą, zbierającą się zwłaszcza w piwniczkach na kartofle. Pamiętam jeden okropnie deszczowy rok, gdy woda w naszym pokoju podchodziła pod podłogę, a uginające się od chodzenia deski wciskały ją do środka. Można powiedzieć, że całą ówczesną wiosnę „spędziliśmy
nad wodą”. Nie był to jednak zdrowy pobyt nad rzeką czy jeziorem otoczonym świerkowym lasem, właśnie wtedy nabawiłem się zapalenia płuc. Wilgoć prześladowała wszystkich. Gdy nastały cieplejsze dni, cały dom był regularnie wietrzony. Otwierano okna i drzwi, pierzyny, ubrania, chodniki wynoszono na podwórko. Ruch i gwar dochodził zewsząd, trudno mówić o intymności życia
rodzinnego. Zresztą tak było wkoło nas. Można powiedzieć, że żyliśmy wspólnie, każdy na widoku drugiego, wielka rodzina mieszkańców domu „na Kwiatowej”, „domu huckiego”, domu „u Lampkego” i sąsiedniej kamienicy kolegi Piotrka Rusina na Paplińskiego. Ukształtowanie miejsca przez nadzwyczajną bliskość domów, ulic i podwórek sprawiało, że wytworzyła się nasza mini społeczność, ze wszystkimi skutkami współprzebywania i współobcowania. Nie była to wspólnota tradycyjnego typu wioskowego, z rodziną i krewniakami „po chałupach”, ale wspólnota podmiejska, z elementem ruchliwym, napływowym, niezasiedziałym na jednym miejscu, przez to zróżnicowanym i niespokojnym. Za to dzieciarni cała masa, nietrudno o kumpli, później współuczniów szkoły podstawowej nr 1.

O kanalizacji nikt nie słyszał. Wodę dźwigało się z podwórkowych studni, do czasu, gdy nastały wodociągi i na Paplińskiego pojawiły się żeliwne „syfony” z kontrolowaną przez sanepid wodą. Miejsce ustronne, czyli wychodek, było jedno, ukryte w rogu podwórka za komórkami. Wstydliwe i nieprzyjemne, albowiem w upalne dni wszystkie wychodki wraz z pobliskimi śmietnikami śmierdziały niemiłosiernie. Gorzej, gdy piłka trafiła czasem w ich pobliże…

Adam, syn cioci Modesty, upierał się, że moje mieszkanie miało numer trzy. Pewnie wiedział, co mówi, był o wiele starszy. Na fotografii zrobionej radziecką Smienką nie widać go, gdzieś się zawieruszył, może w szkole lub na zebraniu organizacji młodzieżowej? Gdy dzieci bawiły się na podwórku, on chodził już do ogólniaka, chłopak jak świeca, zwinny niczym kot, śmigał po ulicach. Co prawda nie miał jednego oka, które jako jedenastolatek stracił w czasie nieszczęśliwych zdarzeń powstania warszawskiego, ale dawał sobie z tym radę i uczył się dobrze. Często paradował w zielonej koszuli i czerwonym krawacie, wtedy wyglądał bardzo odświętnie. Pewnie na pierwszego maja nosił, jak każdy uczeń ogólniaka w tamtym czasie, portret towarzysza Stalina lub towarzysza Bieruta. Każdy mógł go zobaczyć i podziwiać młode silne ręce, mocno trzymające drzewce z podobiznami przywódców. Nie ukrywał, że chce skończyć szkołę średnią, pójść dalej na studia, otrzymać stypendium. Z małej renty wdowiej kto mógł wyżywić i wykształcić dwójkę dzieci? Pytanie, skąd wziąć pieniądze, jak przeżyć do pierwszego, jak odziać i wykształcić dzieci, zajmowało głowy wszystkich obywateli, nie tylko mieszkańców domu przy Kwiatowej. Biegło wzdłuż i wszerz przyległych ulic Paplińskiego, Mickiewicza, Broniewskiego, Miłej, a nawet podobno jeszcze dalej, poza miasto…

Podwórko

Na trzech pożółkłych fotografiach, obok cioci Modesty z wnukiem Włodkiem i mojej starszej siostry Dominiki, cały drobiazg z podwórka, razem jedenaścioro. Stoimy pod mizerną gruszką, zza której widać niewyraźnie wewnętrzną stronę domu. A było tak. Za nami na lewo znajdowała się brama wjazdowa od ulicy Kwiatowej, dawniej solidna, dwuczęściowa, zamykana na noc. Była jak okno na świat i stróż posesji, po gospodarsku regulująca stosunki między światem zewnętrzym a wewnętrznym naszej małej społeczności. Starsi mówili, że broni przed obcymi, zwłaszcza przed cyganami i „czarną wołgą”, która porywała dzieci. Najbardziej jednak przydawała się, gdy pojawiały się watahy bezpańskich psów. Nikt ich po podwórkach nie trzymał, więc musiały nadciągać z dalszej okolicy. Wystarczyło, że ktoś krzyknął „psy” lub po prostu „dyla”, ewentualnie „chodu”, a już, jak rozproszone stadko kurcząt, chowaliśmy się za opiekuńczymi skrzydłami bramy.

Na podwórko wychodziły okna od kuchni, najbardziej narażone na zapachy, ale była i dobra strona tego układu. Nie wychodząc z mieszkania, zwłaszcza w mokre i zimne dni, można było obserwować kolejkę do wychodka. Przedłużeniem drugiej części domu były komórki, ubikacja i w rogu śmietnik. Całość zamykał wysoki mur, którym huta odgrodziła nas od siebie. Zza niego wystawał tylko komin, do dnia dzisiejszego zachowany jako zabytek dawnego Wołomina, choć nic nie pozostało z domu, podwórka i ulicy Kwiatowej nr 1.

W środku posesji znajdowało się nasze podwórko, którym to mianem tylko fantazja dziecka mogła nazwać miejsce, służące do zaspokojenia podstawowych funkcji życiowych mieszkańców domu. Dorośli rozwieszali na nim pranie, sznurki panowały wszędzie, kopali doły na zlewki z gospodarstw domowych, a ciocia Modesta wygospodarowała jeszcze mizerny ogródek warzywny. A przecież
dzieciarnia musiała się gdzieś bawić, grać w piłkę. Z podrastaniem powstawał więc poważny konflikt pokoleń. Na placyku przed bramą hucką było niebezpiecznie, jeździły samochody, przelewały się setki ludzi, w środku po kilku wybitych szybach zapanował totalny zakaz gry, pozostawało tylko większe podwórko Piotrka Rusina. Ale i tam pękła niejedna szyba w kuchni. Wszystkie drogi prowadziły ku naszej szkole, gdzie w kurzu boiska szkolnego graliśmy w nogę.

Nie każde zabudowanie gospodarcze nadawało się w jednakowym stopniu do zabawy. Na przykład komórka zwana szlachtuzem, która wcześniej służyła pradziadkowi Rabińskiemu za wędzarnię, była za wysoka. Trudno się na nią wdrapać, a łatwo spaść, o czym wiedziały doskonale matki i pas zawsze czekał w pogotowiu na śmiałka. Podobnie ze skakaniem z niższych komórek… Ale co było robić, gdy ojcowie poszli do pracy, mamy zajęte w kuchni, na zewnątrz ciepło i zewsząd nawoływali koledzy. Konfliktów nie dało się uniknąć!

Już za nowej władzy ciocia Modesta odważyła się trzymać w komórce prosiaka. Gdy podrósł, a nikt nie skąpił zlewek ani suchego chleba, został uroczyście zaszlachtowany, oskrobany w pogodny dzień na długich deskach, rozebrany na kawałki i tyle z niego zostało. Wszystko na podwórku, niby w tajemnicy, przy zamkniętej bramie, dzieciom zakazano pisnąć choć słówko. Jednak się wydało, tajniak wywęszył, przyjechała milicja, spisała protokół. Dowodów przestępstwa nie znaleziono, upiekło się, władza pouczyła obywatelkę, że ze względu na wymogi sanitarne zabrania się trzymania wieprzków po komórkach, mięso lepszej jakości i przebadane przez służby weterynaryjne kupić można w sklepie. Taki sklep otrzymaliśmy w prezencie. Każdy mógł wejść do środka, obejrzeć wykafelkowane wnętrze, pozdrowić zadbane, stojące za ladą w czystych fartuszkach sprzedawczynie. Jak to jednak z każdą nowością bywa, szybko się znudzi. Gdy przerwy w dostawach zaczęły się wydłużać, zainteresowanie higieną spadło, pojawiły się dyżury oczekujących przed sklepem.

Wujek Zygmunt z Leśnik wziął sobie po gospodarsku problem władzy do serca i na własną rękę uzupełniał niedobory na rynku. Chłop pozostanie zawsze chłopem, mówią mu nielzja, a on swoje. Władza ludowa bynajmniej nie potrzebowała pomocy wujka, ba, wręcz zabroniła takich działań, o czym wkrótce się przekonał na własnej skórze. W tej sprawie najpierw zaaresztowała go, a później zaprosiła pod strażą do siebie, do budynku sądu przy ulicy Kasprzaka (Kościelnej), by opowiedział jej nieco o szczegółach zakazanego procederu. Któregoś zimowego przedpołudnia wujek Zygmunt zjawił się na Kwiatowej w towarzystwie dwóch milicjantów. Powiedział, że zaszedł tylko, by się przywitać. Zapytany, czy napije się herbaty, odpowiedział twierdząco, przy czym wypada dodać, że funkcjonariusze okazali się swoimi chłopami i choć na służbie nie mieli nic przeciwko ogrzaniu się oraz herbacie z cukrem. Nie zabawili długo, ot, dwadzieścia minut, wszystkim się spieszyło, mieli wyznaczony termin rozprawy. Następnym razem Zygmunt zaszedł dopiero za pół roku, jakoś tak latem. Chociaż w mieszkaniu panowała duchota, poprosił o zamknięcie okna, sam usiadł w cieniu szafy i przyciszonym głosem opowiadał, gdzie i z kim siedział w więzieniu na gęsiówce. Dzieci wypędzono na podwórko.

Graliśmy w zośkę, pikuty, dwa ognie, w państwa i klasy. Także w wojnę, ale rzadko, nikt nie chciał być Niemcem ani Żydem. Na kogo wypadło, odgrywał się, gdy został Polakiem.

Okna od naszego dużego pokoju wychodziły na ulicę Paplińskiego. Przed wojną nazywała się Wileńska, całkiem prawidłowo, powiedział ojciec, ponieważ przez miasto przejeżdżał pociąg do Wilna, według którego ludność regulowała zegarki. Po wojnie nazwę ulicy zamieniono na Paplińskiego. Adam uznał, że słusznie, ponieważ na wagonach widniał teraz napis Białystok. Na pytanie ucznia szkoły podstawowej, przygotowującego się do wypracowania z lekcji historii na temat „moja ulica”, o Paplińskim podwórko niewiele wiedziało. Ojciec całkowicie zbojkotował pytanie, ucinając sobie po obiedzie drzemkę, ciocia Modesta przypuszczała, że musiał być ważnym komunistą, dlatego pewnie został zabity. Z braku danych i późnej pory piszącemu zupełnie nie udało się wypracowanie, za co otrzymał wpis do dzienniczka.

Franciszek Wawrzyński, mąż cioci Leokadii, a mój ojciec chrzesny, długi czas pracował jako palacz w ambasadzie amerykańskiej w Warszawie. Od niego otrzymałem kiedyś imponujący colt kowbojski, wzbudzający zachwyt i zazdrość kolegów ze wszystkich podwórek. Każdy chciał potrzymać i postrzelać, więc w niedługim czasie z colta pozostały strzępy. Gdy Franciszek zachorował, szył kapcie w domu. Ciocia Modesta ratowała rodzinę wynajmem kuchni na noc. Rozkładała dwa łóżka polowe, przynosiła z korytarza miednicę, stawiała wiadro na wodę. Przez lata nocowali tam dwaj czeladnicy: piekarski i ślusarski. Rośli, młodzi mężczyźni, weseli, tryskający zdrowiem i humorem zwłaszcza w długie letnie wieczory, gdy nie chciało się spać. Ale dziewcząt i alkoholu Modesta nie tolerowała w swoim domu. Czasem chłopcy wracali z nocnej randki pod niezłym humorem i słodycz wspomnień burzyły łatwe do przewidzenia konsekwencje. Od wejścia na podwórko wszystko zmawiało się przeciwko nim. Przez najgłębszy sen słyszeliśmy kroki ostrożnie stawiane na podwórku, drzwi wejściowe przymykane dla bezpieczeństwa protestowały z kwikiem, jakby zarzynano dawno zjedzonego prosiaka, o schodach na piętro lepiej nie wspominać. Nie dość, że nawet za dnia groziły zawaleniem, w nocy ze zdwojoną siłą skarżyły się całej okolicy na swoje bolączki. Modesta chorowała po każdym powrocie lokatorów. Za to w sobotę młodzieńcy rewanżowali się, jeździli na wieś do rodziców, każdy przywoził trochę kartofli, smalcu, czasem lepszej kiełbasy i dni w kamienicy biegły swoim torem.

Józef i Marianna Rabińscy

Józef, urodzony w 1861 roku, znał się na fachu jak mało kto, pracował za dwóch, miał końskie zdrowie, ale głową rodziny była Marianna. Nocami, gdy wszyscy w najlepsze spali, wyruszał furmanką do odległych wiosek po świeży towar. W latach dwudziestych XX wieku kupił parcelę przy ulicy Kwiatowej, w sąsiedztwie huty szkła. Zamysł był całkowicie trafny, rzeźnik jak szewc czy piekarz żyje z klienta. Babcia Filomena wspominała, że takie było życzenie Marianny, która nie mogła pogodzić się z wiejskim życiem. Sama, urodzona w 1872 roku, pochodząca z rodziny szlacheckiej Suchorzebskich, z domu rodzinnego wyniosła wyższe potrzeby. Marzyła, jeśli już nie o dworku dla siebie i dzieci, to przynajmniej o mieście. Być może to dobry anioł stróż szepnął jej do ucha, jak ma postąpić? Zgodziła się, mimo swoich dwudziestu paru lat, a zdążyła już mieć dziecko z pierwszego małżeństwa, wyjść za starszego o jedenaście lat, statecznego gospodarza. Ślub odbył się we wsi Korytnica powiatu węgrowskiego w listopadzie 1896 roku. Józef liczył wówczas 35 lat, Marianna 24.

Od młodości Józef ciężko pracował, dobry z charakteru, poczciwy i stateczny, gdzie mu w głowie zabawy i gdyby nie Marianna, zasiedziałby się w starokawalerstwie. Któregoś dnia, o pierwszym słonku załadowali na furmankę, co zmieściło się z dobytku i pojechali do Wołomina. Co miał robić, posłuchał rady żony, dość, że nigdy nie żałował decyzji. Układało się dobrze, obroty wzrastały, dorabiali się, postawili dom piętrowy na potrzeby sklepu i powiększającej się rodziny.

Na początku lat trzydziestych XX wieku burmistrzem Wołomina został Kazimierz Majerski, komendantem Ochotniczej Straży Ogniowej był od dawna Aleksander Czyżewski, a praktykę lekarską zaczął słynny internista Zachariasz Frank. W tym czasie na głównych ulicach Wołomina: Kościelnej, Długiej, Warszawskiej, Łąkowej oferowało usługi masarskie ok. dwudziestu rzeźników, mniej więcej po połowie Polaków i Żydów. Tak też układały się proporcje ludnościowe miasta. Każda grupa narodowościowa miała swoje świątynie, cmentarze i swoich rzemieślników.

Przedwojenne wydawnictwo encyklopedyczne, obejmujące i miasto Wołomin, wymienia wśród polskich rzeźników sklepy: Baczyńskiego, Czapkiewicza, Krzyżanowskiego, Ciuka, Zagościńskiego, Włodarskiego i na Kościelnej Józefa Rabińskiego. Obok nich handlowali Żydzi: Brodsztein, Frydman, Zylberberg, czy na Łąkowej, Goldman. Poważnym konkurentem pradziadka był Włodarski,
specjalizujący się w wyrobach wędliniarskich. Jego sklep znajdował się blisko stacji kolejowej, na drodze do huty, co miało kapitalne znaczenie dla obrotów obu firm. Nikt przy zdrowych zmysłach nie robił jednak zakupów rano, w drodze do pracy. To była szansa dla Józefa, którego punkt na Kwiatowej obsługiwał głównie hutników.

Myślę, że w latach prosperity wszystkim rzemieślnikom wiodło się dobrze. Konflikty wybuchały z innych powodów.

Kiedy Szlama Kon w 1905 roku postawił pierwszy zakład do produkcji opakowań szklanych, coraz więcej ludzi znajdowało tam zatrudnienie, a tym samym przybywało klientów. W latach trzydziestych konflikty socjalne jak i narodowościowe polsko-żydowskie, uległy zaostrzeniu. Już dość wcześnie zadawałem sobie pytanie, jak reagował Józef na te antagonizmy? Miał przecież sklep, na pewno zachodzili do niego różni agitatorzy i bojówkarze, więc musiał im coś odpowiadać. Babcia Filomena mówiła tylko, że nigdy nie przyłączył się do akcji antyżydowskich, „uchowaj Boże”, był na to za porządny. Powtarzał: Żydzi mają swoje domy, interesy, bóżnice, kirkut, my, dzięki Bogu, wszystko swoje. Dlaczego mamy ich nienawidzić, przecież Jezus i Maryja to krew z krwi żydowskiej, a w każdą niedzielę modlimy się do nich! Sam nie przyłączył się do ruchu narodowego i tak wychował córki. Nie mógł i nigdy nie zgodził się z poglądami kościoła, że nastał czas porachunków za zamordowanie Pana naszego Jezusa Chrystusa. Po swojemu, demonstarcyjnie, nie odmawiał modlitwy „za parszywych Żydów”. Nie nosił nienawiści w sercu.

Obydwoje zeszli z tego świata w jednym roku. Józef zmarł śmiercią naturalną 1 czerwca 1944 w wieku 83 lat, kilka miesięcy później, 12 października, zginęła Marianna od wybuchu bomby, gdy schroniła się przed nalotami do domu Lampkego. Miała wtedy 72 lata. Może wiodło ją przeczucie, że swoją śmiercią ocali dom? Okazał się teraz, pod koniec wojny, wyjątkowo potrzebny. Oni spełnili swoje zadanie i ustąpili miejsca następnym pokoleniom. Trzy córki założyły swoje rodziny, przyszły na świat dzieci i wnuki. Trzeba było wszystkich gdzieś pomieścić. A do tego zaczęli napływać ludzie będący w znacznie gorszej sytuacji, bez dachu nad głową, który stracili w powstaniu warszawskim. Wędrówka nieszczęśników zagęściła okolicę.

Huta

Huta niczym ośmiornica zaatakowała nasz dom i podwórko z dwóch stron. Od północy i od wschodu objęła ramieniem wysokiego muru, na portierni postawiła dwóch wartowników pod bronią, ani tam wejść ani zajrzeć. O dwunastej potwór wypluwał ze swojego wnętrza setki ludzi, których połknął o szóstej rano. To była jedyna szansa, by zaobserwować życie zakładu, tak jak obserwuje się przypływy i odpływy morza. W puste koryta ulic Paplińskiego i Mickiewicza wylewali się rozgrzani hutnicy, rumiani na twarzach, niektórzy w samych podkoszulkach, lekkich łapciach, przecież wystarczyło przejść na drugą stronę jezdni, by znaleźli się w domu. Szli w grupach, zawsze tak samo, jak stadko kurcząt czy kaczek za panią matką. Z przodu mistrzowie, jeden w drugiego, potężnie zbudowani, prawie zapaśnicy, powolni w ruchach, do przesady oszczędni w słowach, z nierozłączną „lufką”, jak dawniej mówiono, w ustach; za nimi pomocnicy, przyuczający się do zawodu, rozgadani jak to młodzież; na końcu odnoszaczki, ledwo powłócząc nogami, które czekały jeszcze godziny dreptania w kuchni, przy mężu i dzieciach. Sen na krótko zwalniał ciało z obowiązku wysiłku, dawał odpocząć głowie. Władzy ludowej nie podobał się zwyczaj korporacyjny, próbowała zasiać niezgodę, podjudzając młodych pomocników do bicia rekordów normy, ale bez przyzwolenia majstra żadna dodatkowa bańka nie zamieniała się w nadprodukcyjną butelkę. Odnoszaczki po cichu brały stronę majstrów, procenty wchodziły im w nogi, ze śrubowania normy nie miały nic. Tępy opór starszyzny robotniczej, pryncypialnie wrogiej duchowi nowych czasów, nie dawał spokoju dyrekcji, a przede wszystkim sekretarzowi podstawowej organizacji partyjnej. Nie liczył na ich członkostwo w partii, ale brak współzawodnictwa, podczas gdy cały naród wypruwał sobie żyły i z pieśnią na ustach budował stolicę, kwalifikował jako podejrzenie o sabotaż. Gdy jego kłopotami zainteresowali się towarzysze z Komitetu Miejskiego, zmienił ton. Dyrekcja obcięła przydział wody sodowej, skróciła przerwy śniadaniowe, wstrzymała urlopy. Niedogodności dałoby się przeżyć, gdyby do akcji nie włączyła się gazetka zakładowa ze stałą ekspozyturą przed wejściem do huty. W jednej gablotce każdy mógł podziwiać przodowników pracy, ludzi uświadomionych, ideowych, bliskich sercu kierownictwa partii i państwa. Z drugiej patrzyły na przechodnia podejrzane gęby, karykatury trafnie oddające mentalność klasowych obiboków, malwersantów, brakorobów, sabotażystów, kułaków słowem wrogów ludu, pozostających na pasku CIA i w zmowie z Wolną Europą. Owszem, ulica słuchała w tajemnicy radia WE, ale nawet tajniak wiedział, że całej nie uda mu się przymknąć. Napisany ręką redaktora gazetki ściennej reportaż o bohaterskiej postawie towarzysza sekretarza organizacji zakładowej, w walce z ukrytymi wśród załogi wrogami ludu, bolał w dwójnasób. Nie było jak się odgryźć. Wszyscy czekali na odwilż, ale kiedy przyjdzie? Także mały Krzyś Bereda, przyszły działacz opozycyjny.

„Prawdziwy rzeźnik”

Prawie na wprost wejścia na portiernię hucką stał niski budynek z odnowionym szyldem „sklep mięsny”, przez wszystkich nazywany po staremu „rzeźnikiem”. Nie miał żadnej konkurencji, albowiem dzięki nacjonalizacji własności prywatnej nie było już w naszej ojczyźnie kapitalistów, ani tych dużych, ani tych małych, jak chociażby sklepikarzy. Co prawda wyższości socjalistycznego „sklepu mięsnego” nad przedwojennym „rzeźnikiem”, czy „tanią jatką” nie mogli zrozumieć starsi ludzie, bo wtedy mogli coś kupić, teraz nie, ale ten problem rozstrzygała wyższa ideologia. Stara oficyna, zapadnięta w ziemię, zawilgocona i zagrzybiona oddała ludowej władzy jedno pomieszczenie od frontu, w którym mocnym rytmem zaczęło bić serce okolicy. Zgodnie z wytycznymi gospodarki planowej sklep miał wyżywić trzy długie gwiaździście rozchodzące się ulice wraz z przecznicami, do tego sporą gromadę przyjezdnej załogi huty. Można by naturalnie zapytać odpowiedzialnego za dostawy towarzysza w komitecie miejskim partii, czy dla wszystkich wystarczy, ale pomysł wydał się naiwny, by nie powiedzieć głupi. Za to każdy mógł wejść do środka i przekonać się naocznie, jak powinien wyglądać „prawdziwy sklep mięsny”. Nie jakaś przedwojenna „tania jatka”, z resztkami po złotówce, buda jarmarczna na targu chłopskim, czy nawet sklepik Józefa, ale widne pomieszczenie ze sprzedawczynią gotową odpowiedzieć na każde nasze pytanie. Pytań oczywiście nikt nie zadawał, nie było o co pytać.

Wojna się skończyła i życzeniem władzy ludowej była normalizacja, spokojne, pracowite życie, z odrobiną radości jaką daje wyjście do kina, na zakładową zabawę czy zawody sportowe. Ale dobry humor władzy zakłócały stałe braki w zaopatrzeniu ludności w mięso i jego przetwory. Kolejne zebrania w hucie, tłumaczące załodze obiektywne trudności na rynku, nie dawały rezultatu. Hutnicy byli coraz bardziej rozdrażnieni, w domu żony stale psioczyły, że nie mają co włożyć do garnka. A hutnik wiadomo, jak górnik, musi zjeść przynajmniej ochłap mięsa, by mieć siłę stać przy wannie. Napięcie udzielało się wszystkim, pyskówkom i kłótniom, przy byle okazji, nie było końca. Kobiety z trzech najbliższych kamienic nie mogły nawet ustalić, jak ma wyglądać kolejka, przecież dla wszystkich nie wystarczy. Dopiero gdy do rzeczy zabrała się pani Hajsowa z domu huckiego, nastał jako taki porządek. Silna pozycja, pierwszej pyskatej w okolicy, pozwoliła jej ustanowić reguły gry, zastępując wszystkich odpowiedzialnych za dostawy deficytowego towaru i porządek sprzedaży. Żelazną ręką wprowadziła dyżury i podzieliła równo biedę lat powojennych.

Dom Hucki

Kwietniowe słońce spóźniającej się wiosny może zdziałać prawdziwe cuda. Po nocnym przymrozku następnego dnia jest w stanie rozłupać każdą bryłę zmarzliny, wypić z niej wodę, przemienić w sprażony gorącem pył, rozsypać po okolicznych ulicach i oknach. Złaknione naturalnego ciepła ciało ucznia podstawówki najchętniej zrzuciłoby wełnianą czapkę, kurtkę po starszym bracie i wykoślawione, zimowe buty, od dawna sygnalizujące problem ich wymiany, wcisnęło się gdzieś w załom muru i prażyło w słońcu niczym wymarznięty zimą kot. Gospodynie nie wytrzymały napięcia chwili, pootwierały okna. Lekki podmuch wiatru poruszał firankami, zrywał resztki powtykanej jeszcze jesienią, poczerniałej od pyłu i kurzu, waty. Promienie żartowały z brudnych szyb, te broniły się niezdarnie, zrzucając odpowiedzialność na długą zimę. Przez okna słychać było kroki krakowskiego trębacza grającego hejnał, na patelniach skwierczały cebulowe skwarki, gołębie podrywały się z fantazją do lotu. W powietrzu zastygł ryk syreny huckiej, powrót ze szkoły ulicą Paplińskiego czynił życie radosnym. Zza firanek wyglądały zabiegane żony, gotowe podać w każdej chwili obiad. Zza ścian domów narożnych słychać było plusk ciepłej wody nalewanej do miednicy, nakładanie domowej podkoszulki, siorbanie zupy i chrzęst ogryzanych kości wieprzowych zdobytych z niemałym trudem. Cienką zupką i chlebem żołądka nie oszukasz. W cieplejsze dni wychodzili z krzesłem, okularami i ekspresiakiem na podwórka, cygaretki nie wyjmowali z ust, była stale pod ręką, podobnie jak parę innych drobiazgów. Nawet nie nazywali tego odpoczynkiem po pracy, żyli swoim rytmem, jak rośnie trawa, dopóki jej nie skoszą, jak chodzi koń w kieracie. Domem i polityką zajmowały się żony. Już one najlepiej wiedziały, gdzie, po ile, kiedy przywiozą, co na grzbiet włożyć, kto umarł, urodził się, czy dzieci poszły do szkoły Im wystarczyło użeranie się z ludźmi przy wannie, problemy z brakiem dostaw, narzędzi, przestojami w produkcji, śrubowanymi przez dyrekcję normami.

Co ciekawe, gdy ogarniam wspomnieniem mieszkańców naszych kamienic, dostrzegam interesującą prawidłowość. Jak w lustrze odbijał się w nich przekrój społeczny proletariatu Wołomina lat przedwojennych i bliskich powojennych. Sąsiedztwo huty szkła wymagało obecności wyspecjalizowanego zaplecza robotniczego, głównie majstrów i pomocników. To oni przeważnie zasiedlali „dom hucki” przy skrzyżowaniu ulic Paplińskiego i Mickiewicza (dawniej Łąkowa). Tu mieszkały rodziny Lindów, Hajsów, Minkiewiczów, a w pobliżu Szulców, Opyców, Szeligów… Wcześniej nie zwróciłem uwagi, że wszyscy noszą niemieckobrzmiące nazwiska, co oczywiste, przecież już jako uczeń technikum szklarskiego dowiedziałem się, że szklarstwo przywędrowało na tereny polskie z Niemiec i Czech. To oni byli potomkami dawnych hutników niemieckich i czeskich wędrujących za chlebem na wschód. Pozostali robotnicy, głównie pomocnicy na placu, jak i odnoszaczki rekrutowali się z chłoporobotników, dojeżdżających do huty nawet wiele kilometrów. Nie potrzebowali specjalnego wykształcenia, wystarczyły zdrowe ręce i nogi, a rozrastająca się huta pochłaniała ich coraz więcej.

Nasz dom i kolejne kamienice na Paplińskiego, w stronę stacji kolejowej, zasiedlali drobni rzemieślnicy, kolejarze, robotnicy najemni różnych branż usługowych, sklepowe, woźne, posługaczki. Klasyczny proletariat miejski nowego tworu, bez tradycji i zaplecza socjalnego. Pamiętam z drogi do szkoły drobny, zapadnięty w ulicę Paplińskiego zakład stolarski pana Sikorskiego, dwie piekarnie: Domurata i Michalskiego, słyszałem od rodziców i sąsiadów o „mętach” z ulicy 6-września czy Miłej. Za każdym razem trzeba się było dobrze rozglądać, by „czegoś” nie oberwać. Drobni złodziejaszkowie, kombinatorzy, niespokojne i agresywne duchy opanowały niepodzielnie tę część miasta. Wraz z nimi do powszedniości należały burdy pijackie, bicie żon i dzieci, bójki na ulicach. Tak lepiło się nowe społeczeństwo powojennego Wołomina. Oczywiście, mam na myśli okolicę, gdzie się urodziłem, wychowywałem, którą znałem i zapamiętałem.

Każdy z nas, ówczesnych mieszkańców Kwiatowej, Paplińskiego, Miłej, Mickiewicza marzył, by wyrwać się stąd, zamieszkać w innym, ładniejszym miejscu, chociażby na Słonecznej… Tam wybierali się hutnicy w sobotnie, cieplejsze popołudnia, prawie jak na letnisko. Grali na trawie w karty, pili alkohol, dyskutowali o meczach piłkarskich „Huraganu”. Dzieciarnia cieszyła się z wypraw głównie z powodu wolności hasania i radości wchodzenia na drzewa morwowe ze słodkimi czarnymi lub białymi owocami. To było nasze locum amoenum, jak mawiali starożytni o swoich miejscach przyjemnych. My, nie wiedząc nawet, że Słoneczną można tak określić, ciągnęliśmy do niej jak do lokalnego raju.

Piotr Roguski
Rocznik Wołomiński
tom XII, 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.