Nie będę chodziła do szkoły

Marzyłam o tym, że wyjadę zagranicę jako przedstawiciel handlowy – mówi Janina Martelińska, założycielka Szkoły Handlowej w Wołominie.

W mieszkaniu pani Janiny Martelińskiej przy ul. Mostowej na warszawskim Starym Mieście jest bardzo dużo zdjęć, zarówno w albumach, jak i poustawianych w ramkach. Najwięcej ze Lwowa i z Wołomina. Lwów to czasy studenckie, na amatorskich fotkach panna Janina, ładna i roześmiana, zawsze otoczona jest przyjaciółmi. Zdjęcia wołomińskie to przypomnienie szczęśliwych chwil młodego małżeństwa Martelińskich. Wołomin to także ustawieni rzędem uczniowie, pozujący do pamiątkowej fotografii wraz z kierowniczką Szkoły Handlowej.

Janina Martelińska urodziła się osiemdziesiąt siedem lat temu w majątku Niezdów w lubelskim, gdzie jej ojciec był zarządcą rybołóstwa. Matkę straciła wcześnie, była wychowywana przez babcię, a później przez ojca. Ojciec pani Janiny wrócił z wojny w 1918 r., w czasie walk był pięciokrotnie ranny.

– Jak ojciec przyjechał do domu, wskoczyłam mu na kolana i powiedziałam: tatusiu nie będę chodziła do szkoły. Nic nie pomogło, zostałam przygotowana do egzaminów i pojechałam zdawać do Lublina, do pierwszej klasy pensjonatu sióstr Urszulanek. Uczyłam się tam do piątej klasy, do dziś pamiętam, jak drogi był pensjonat. Opłaty ponad trzysta złotych, ale za to język francuski, madame stale z nami, i fortepian, i wyżywienie. Następnie przeprowadziliśmy się w kieleckie, koło Staszowa. Ojciec pracował na kolei, opiekował się odcinkiem Szczucin-Jędrzejów, jeździł na całej trasie, miał do dyspozycji salonkę z częścią sypialnianą i gabinecikiem.

W Staszowie Janina Martelińska dostała się do szkoły Macierzy Polskiej, maturę zdawała w 1932r.

– Tato zdecydował, że mogę studiować wszędzie, za wyjątkiem Warszawy. Uważał, że w stolicy córka mu się popsuje. Wybrałam Lwów. Zdawałam na farmację, bo tak życzył sobie tata. Nie zostałam jednak przyjęta z braku miejsc, co mnie bardzo uradowało. Bo niezadługo był egzamin do Akademii Handlu Zagranicznego, czyli Eksportówki.

Przepiękny Lwów

Pani Janina wspomina Lwów z sentymentem.

– Lwów przepiękny! Mieszkałam przy ulicy Kopcowej, niedaleko zamku, stamtąd widać było całe miasto. Z pobliskiej katedry ormiańskiej dolatywały dźwięki muzyki, to była wiolonczela. Na okolicznych wzgórzach jeździliśmy na nartach, niekiedy szliśmy na Miodową Grotę. Po roku zamieszkałam w akademiku, wynajmowanie trochę za dużo ojca kosztowało. Akademik niczym perła, pięknie położony przy ulicy Zielonej. Miałam koleżanki z całej Polski, z Krakowa, z Poznania, z Wilna.

Ale i nieprzyjemnych sytuacji nie brakowało. Otóż handel zagraniczny studiowało wielu Żydów, którzy w pewnym okresie, po zabójstwie Polaka, stali się ofiarami pogromu.

– Weszło do sali wykładowej dwóch w czapkach, profesor pyta, w jakiej sprawie. A, prosimy, żeby wszyscy Żydzi wyszli. Zgromadziliśmy się przy profesorze, co robić? A tam na korytarzu już bili Żydów pałkami, rozlegały się krzyki. Byli tacy, co próbowali uciekać po rynnach, spadali na bruk. Takie zajścia trwały kilka dni. Nie przypominam sobie, żeby Polacy byli wtedy przez kogokolwiek źle traktowani.

Dom pod Mickiewiczem

Janina Martelińska miała 24 lata, kiedy ukończyła Akademię. We Lwowie mogła pracować w banku, wróciła jednak do ojca, który wtedy mieszkał już w Wołominie, a pracował w Generalnej Dyrekcji PKP w Warszawie. Zaczęła pracę w sekretariacie w Ogrodach Jordanowskich przy ul. Bagatela. Wołomin nie wywarł na pannie Janinie najlepszego wrażenia.

– Polacy pracowali głównie w Warszawie, a Wołomin był niczym więcej, jak hotelem dla stolicy. To było żydowskie miasto. Na przykład na głównej ulicy Długiej nie było polskich sklepów za wyjątkiem pana Żmudzkiego. Wiele lat później wszyscy Żmudzcy uczyli się u mnie.

Najpierw pani Janina mieszkała przy ulicy Polskiej 5, w drewnianym domu z ogródkiem, a jej pokój kończył się werandą. Później u teściów, w domu „pod Mickiewiczem”, przy ulicy Piłsudskiego (obecnie jest tam siedziba ZNP). – Jaki tam był piękny ogród! Teraz wszystko zniszczone. Na szczycie domu była wnęka i tam stało popiersie Mickiewicza. A przy domu była weranda, na której tańczyliśmy, gdy mąż grał na pianinie.

Męża Andrzeja Martelińskiego (inżyniera lądowo-wodnego) pani Janina poznała w wołomińskiej kawiarni, tej koło parku. Właściciel kawiarni przygrywał na patefonie, a młodzi tańczyli. – Do mnie wszyscy chłopcy podchodzili, bo byłam nowa. Przyszły mąż zatańczył ze mną kilka razy, potem zaczął bywać u nas w domu.

Ślub wzięli w 1938 r. i zamieszkali najpierw przy ul. Piłsudskiego, a potem przy Błońskiej. Tam zastała ich wojna.

Puste karnisze

Andrzej Marteliński nie chciał pracować u Niemców, zajął się zatem wyrabianiem zabawek. Żona te zabawki woziła do Warszawy, a przy okazji brała ze sobą i inny towar. W sklepie teściów był punkt rozdzielania ulotek. Pani Janina dość szybko została łączniczką, woziła prasę z ul. Widok w Warszawie na wołomińską parcelację.

– Pewnego dnia przybiegł Janek Wójtowicz i powiedział, że nasi zabili Ogórka. I żebym miała się na baczności. Niemcy sprawdzali wszystkie domy po kolei, u nas szukali nawet pod tapczanem. A ja wtedy miałam prasę schowaną w karniszach. Karnisze były metalowe, w środku puste, to znaczy starannie wypełnione zwiniętą w ruloniki prasą. Nie do odkrycia.

Ale to nie jedyny sposób zarobkowania w latach okupacji. Przez dwa lata działała szkoła handlowa przy ul. Długiej. Żona dyrektora była Niemką i w ten sposób udało się uzyskać pozwolenie na jej otwarcie. Pani Janina uczyła w tej szkole arytmetyki.

Pieszo do Wołomina

A później, gdy wojna dobiegała już końca, rodzina Martelińskich przeżyła gehennę wysiedlenia.

– Szliśmy w kierunku Nadmy, spaliśmy w nocy między snopkami, a zimno już było. Niemcy osobno pędzili mężczyzn, osobno kobiety. Pamiętam, jak znalazłam się z dzieckiem pod wielkim drzewem i wtedy nadleciały sowieckie samoloty. Położyłam córkę na poduszce, przytuliłam się do niej i tak przetrwałyśmy. W tę podróż w nieznane zdążyłam wziąć wózek dziecka. Nic więcej.

Tułaczka zawiodła rodzinę do cukrowni aż pod Łowiczem.

– Tam już było dobrze, mąż dostał deputaty, było wyżywienie. A wcześniej, koło Henrykowa, pierwszy raz w życiu poszłam na pole i ukradłam kartofle. Woreczek na plecy, do tego kapusta i trochę pomidorów. Ugotowałam później zupę, zaprawiłam mąką żytnią i wszyscy jedli ze smakiem. Zamieszkaliśmy na wsi pod Łowiczem, uczyłam grupkę dzieci czytania i pisania. Płacić to mi za to nie płacili, ale czasem trafiła się kura, mleko albo masło. Cały czas chciałam wrócić do Wołomina, do swoich. Tym bardziej, że wiedziałam, że dom przy Błońskiej ocalał.

Wreszcie pewnego dnia postanowili wracać. Ustawili się przy drodze, a gdy nadjeżdżał rosyjski samochód, wyjmowali butelkę wódki. Tak płacili za przejazd do Warszawy. Przenocowali w rozbitym domu na Saskiej Kępie, a następnego dnia pieszo wyruszyli do Wołomina.

To ma pani wszystko

– Niemal natychmiast zaczęła zgłaszać się do mnie młodzież, z tamtej dwuletniej szkoły, z tajnego nauczania. Poszłam do burmistrza, Zatorski się chyba nazywał i powiedziałam, że społeczeństwo wołomińskie chce organizować szkołę. Da pan lokal? Dam. A pieniądze? Bo ja nie mam, a młodzież też płacić nie będzie. Dam.

Pojechałam do kuratorium. – Wołomin chce mieć szkołę handlową – mówię. – Ma pani lokal? – Obiecany. – Pieniądze? – Obiecane. – Wykształcenie? – Akademia Handlu Zagranicznego. – To ma pani wszystko – usłyszałam i automatycznie zostałam mianowana dyrektorem szkoły.

20 marca 1945 r. powstało Miejskie Koedukacyjne Gimnazjum Kupieckie i Liceum Handlowe, które w 1946 r. przekształciło się w trzyletnie Liceum Handlowe, a w 1948 r. w Liceum Administracyjno-Handlowe. W pierwszym roku istnienia szkoła miała 70 uczniów, w piątym już 226. Trzykrotnie zmieniano lokal szkoły, by ostatecznie osiąść przy ul. Miłej 22. Warunki – początkowo straszne. Klasy bez ławek, stołów, bez szyb w oknach. Przez pierwsze dni uczniowie przynosili ze sobą stołki i krzesła.

Nikt nie czeka na pracę

Ale z każdym rokiem było coraz lepiej i w 1949, już po upaństwowieniu szkoły, pani dyrektor mówiła:

Na wydatki rzeczowe dostajemy przeciętnie 50 tysięcy złotych i dlatego w roku bieżącym mogliśmy zakupić część pomocy naukowych, jak: 16 tablic przyrodniczych, 4 tablice anatomiczne, 2 modele, 2 piłki i siatkę, zestaw metali, zestaw rudy, tablicę jedwabnika itp.

W sprawozdaniu z 1949r. czytamy:

Jeżeli chodzi o pracę młodzieży należy wspomnieć o praktykach, jakie dała młodzież kl. III w okresie świątecznym, następnie sadzenie drzewek na Wołominku w ilości 2 tys. Zebranie w czynie 1 Majowym 2500 kg złomu i przekazanie pieniędzy na odbudowę stolicy, zebranie wśród młodzieży w tygodniu oświaty 127 książek, które będą przeznaczone dla spółdzielni produkcyjnej. Udział młodzieży w zawodach sportowych szkół zawodowych w Wołominie, w których 7 pierwszych miejsc zdobyła nasza młodzież.

Natomiast w pięciolecie istnienia szkoły dyrektor Janina Martelińska mówiła: ”

Nasza młodzież to dziś pracownicy administracyjni lub pracują w handlu uspołecznionym. Nikt z młodzieży po skończeniu szkoły nie czeka na pracę, wszyscy natychmiast są zatrudnieni. Z prawdziwą przyjemnością usłyszeliśmy, że nasze absolwentki w dniu 8 marca otrzymały nagrody, bowiem widzimy, że wysiłki nasze, aby wychować dobrych pracowników, nie poszły na marne.

Żałuję, nie żałuję

Szkołę Handlową, w której uczyła również arytmetyki gospodarczej i księgowości, pani Martelińska prowadziła do 1952 r. A potem przeprowadziła się do Warszawy i pracowała, najpierw w Centrali Handlu Zagranicznego „Minex”, a następnie w Szkole Księgarskiej.

– W szkole pracowałam do emerytury, późnej, bo nie chcieli puścić. Wreszcie sześćdziesiąt lat skończyłam i mówię, koniec, przecież to ja zawsze ostatnia ze szkoły wychodziłam.

A przecież, gdy zdawała do Akademii Handlowej, wcale nie myślała o zawodzie nauczycielki. – Marzyłam o tym, że wyjadę zagranicę jako przedstawiciel handlowy. Żałuję, że tak mało zwiedziłam, za mało.

Ale gdyby Janina Martelińska miała od nowa wybierać zawód, z pewnością byłaby nauczycielką. Choćby z takiego oto powodu…

– Miałam taką uczennicę, która po skończeniu szkoły powiedziała, że będzie miała tyle samo dzieci, co pani dyrektorka. Syna i dwie córki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.