O męskiej wołomińskiej koszykówce w latach 1953-1974

Poniższy tekst dedykuję wszystkim moim kolegom z boiska, z którymi przeżyłem niezapomniane chwile w trakcie kilkunastu lat gry w koszykówkę w Huraganie Wołomin. Bardzo przepraszam wszystkich za popełnione nieścisłości i bardzo osobisty przekaz opisanych zdarzeń, ale wspomnień sprzed ponad pół wieku inaczej przekazać nie potrafiłem.

Pisząc nie miałem żadnych ambicji historycznych. Skoncentrowałem się na opisie kilku subiektywnie zapamiętanych epizodów związanych z początkami koszykówki w Wołominie. Byłem ich świadkiem lub brałem w nich udział, więc nagrały się trwale w mojej pamięci. Starałem się wyeksponować kilka najważniejszych postaci, uczestników tych wydarzeń. Bo właśnie „chłopaki z tamtych lat” są najważniejsi.

Początki – stare liceum

Zaczęło się w wołomińskim liceum, które w latach pięćdziesiątych mieściło się na skrzyżowaniu ulic Paplińskiego (dzisiaj Wileńskiej) i Długiej (dzisiaj Legionów). Na podwórku w miejscu, gdzie dzisiaj znajduje się elegancki wyłożony kostką parking, znajdowało się boisko do koszykówki. Nawierzchnia przypominała klepisko, bo była to czarna, niezbyt dobrze ubita ziemia. Nadszedł chyba 1955 rok. Właśnie tam, jako ośmioletni szkrab, zobaczyłem pierwszy raz w życiu prawdziwy mecz koszykówki. Reprezentacja liceum grała z drużyną szkolną z jakiegoś pobliskiego miasta. Unoszące się z nawierzchni tumany kurzu jakoś nikomu nie przeszkadzały, a kibiców było bez liku. Reprezentowanie barw szkoły było przedmiotem wielkiej dumy i wywoływało zrozumiałą rywalizację. Klepisko – boisko stanowiło chyba pierwszy obiekt do koszykówki w Wołominie, w tamtych czasach. W ten sposób stał się wołomińską kolebką tej trochę elitarnej, pachnącej zgniłym Zachodem, gry. Pamiętajmy, że opisuję zdarzenia z okresu „kwitnącej” komuny.

Swoją obecność na tym meczu zawdzięczam starszemu ode mnie kuzynowi – Jurkowi Gralakowi, który mnie tam przyprowadził. Jurek, ówczesny licealista, był pasjonatem koszykówki. Można powiedzieć, że to on właśnie mnie zainspirował, stał się moim guru, a później wieloletnim kolegą z drużyny.

Nowe liceum

Wybudowano nowy gmach Liceum nr 59 im. Wacława Nałkowskiego przy ulicy Sasina. Była tam sala gimnastyczna, w której dwukrotnie oglądałem mecze koszykówki między drużynami maturzystów i absoWacława Nałkowskiegorzyprowadził mnie tam Jurek, uczestnik tych wydarzeń, raz jako maturzysta, a po upływie roku jako absolwent. Pomysł na imprezę bardzo fajny, budujący tradycję szkoły i więź z absolwentami (w moich licealnych czasach już tego nie było). Najważniejsze stawało się to, że w koszykówkę w liceum po prostu się grało!

Gdy oglądałem mecze w liceum przy Sasina mogłem mieć 10 lat i pierwszy raz w życiu widziałem halę sportową. Przeżywałem szok, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Dzisiaj chce mi się z tego śmiać, bo naprawdę sala była malutka. Drużyny grały w składach czteroosobowych, linie autowe na ścianach, a kibice stali z boku na ławeczkach. Ta, w moich oczach wtedy wspaniała, hala sportowa jest obecnie wykorzystywana jako miejsce zebrań, spotkań, „akademii” i innych wydarzeń o charakterze kulturalnym.

Ryszard Buczma – Dziadek

Mniej więcej w tych samych czasach kibicowałem po raz pierwszy na meczu klasy B, w ramach oficjalnych rozgrywek organizowanych przez Polski Związek Koszykówki. Drużyna Huraganu Wołomin rozgrywała mecz na odkrytym korcie, znajdującym się na terenie dzisiejszego klubu. Gwiazdą naszej drużyny był Ryszard Buczma, który już wtedy miał boiskowy pseudonim Dziadek, z racji wieku i doświadczenia. Nota bene Rysiek (ur. w 1933 roku) położył największe zasługi i był motorem napędowym działań, które doprowadziły do założenia sekcji męskiej koszykówki Huraganu Wołomin w 1953 r. Zawsze pogodny, uśmiechnięty i pozytywnie do życia nastawiony facet. Do dzisiaj urodzony społecznik. Cieszy się niezłym zdrowiem, które pozwala mu jeszcze sędziować mecze koszykówki.

Bohdan Glaza – trener

Mniej więcej w 1961 roku, gdy miałem 14 lat i byłem uczniem 1 klasy liceum, za namową kuzyna Jurka, zgłosiłem się do szkółki koszykarskiej Huraganu. Zabrałem z domu własny strój sportowy i przyszedłem z drżeniem serca na pierwszy trening. I tam przeżyłem olśnienie na widok nowoczesnej, pięknej i wielkiej hali sportowej, właśnie niedawno oddanej do użytku.

Drugim wielkim przeżyciem było pojawienie się prawdziwego trenera. Zgodnie z tym, co mówili starsi koledzy z drużyny, był to pierwszy trener z prawdziwego zdarzenia, który pracował w Huraganie ładnych parę lat (jego poprzednicy pojawiali się na krótko i efekty ich działań były niezauważalne). Był nim Bohdan Glaza (ur. w 1935 roku). Straszne indywiduum. Wielkolud i chudzielec o bardzo charakterystycznej twarzy, jakby mima. Szalenie wybuchowy i ekspresyjny w zachowaniu. Miał wiele przypadłości, ale bardzo charyzmatyczny. Mieszkał w Warszawie na Szmulkach i stąd brało się jego, takie trochę łobuzerskie słownictwo. Ale w gruncie rzeczy facet o wysokiej kulturze i inteligencji. Miał umiejętność nawiązywania z nami sympatycznych kontaktów. Oczywiście byłem kompletnie „surowy” koszykarsko, więc trener uczył mnie od zera: jak łapie się piłkę, co to jest dwutakt, ile kroków można zrobić z piłką bez kozła itp. Ale chyba nieźle mi szło, bo trener nie wpadał w furię, a nawet pojawiła się między nami wyraźna nić sympatii.

Igrzyska Ziemi Mazowieckiej w Płocku 1963 r. Reprezentacja Wołomina, która zdobyła brązowy medal. Od lewej: Rysiek Zahn, Adam Baj (Palma), Zdzicho Drzazga (Zadra), Zbyszek Brzeziński (Słoniowe Ucho), Jacek Brzuszczyński (Naleśnik), Jan Nadaj (Stopa) i Jurek Gralak – kapitan.

Trener Glaza studiował wytrwale na Wydziale Komunikacji Politechniki Warszawskiej. Był to tzw. wieczny student. Gdy sam zacząłem studia na Politechnice zadałem kiedyś trenerowi konfidencjonalne pytanie: jak panu poszła sesja egzaminacyjna? Padła odpowiedź: cholera, znowu zapomniałem. Cały Glaza!

Kiedyś graliśmy mecz w kategorii juniorów. Udawało mi się bezczelnie ogrywać niedoświadczonych przeciwników. Podczas przerwy na żądanie trener Glaza zwrócił się do mnie: Janek, ty grasz z nimi w bambuko! I to była największa pochwała, jaką udało mi się w życiu usłyszeć.

Ryszard Zahn

Starszy ode mnie o rok kolega z boiska. Rysiek, przez całą karierę sportową wyróżniający się gracz Huraganu, prezentował zawsze nieprzeciętną ambicję. Typ człowieka wybitnie prostolinijnego. Bardzo ceniony i lubiany przez kolegów. Wspaniale rozwinął się jako trener, uzupełniając sukcesywnie braki w wykształceniu. Początkowo ćwiczył koszykarzy Huraganu, a potem zajął się z pasją szkoleniem dziewcząt. Nauczyciel wuefu w gimnazjum sportowym. Odkrywca i wychowawca sióstr Dydek. Stworzył podwaliny potęgi żeńskiej młodzieżowej koszykówki w Wołominie. I działa w tym do dzisiaj niczym „Anioł Stróż”.

Dwa „szkielety” (kiedyś ludziom się nie przelewało): Zbyszek Brzeziński (nr 10) – Słoniowe Ucho, muzyk absolwent konserwatorium i Rysiek Zahn (nr 6).

Był taki mecz…

To musiało się wydarzyć chyba w sezonie 1971/1972. Pamiętam, jak jechaliśmy pociągiem do Warszawy na „Wileński”, aby rozegrać mecz koszykarskiej III ligi pod wodzą świeżo upieczonego i „nieopierzonego” trenera Ryśka Zahna, który jeszcze niedawno biegał z nami po boisku. Nastroje mieliśmy raczej minorowe, bo naszym przeciwnikiem miała być drużyna AZS AWF 2, czyli bezpośrednie rezerwy czołowej drużyny ekstraklasy. W tym czasie Czarodzieje z Bielan dysponowali bardzo silną drużyną z reprezentantami Polski Nartowskim i Sitkowskim (brązowymi medalistami mistrzostw Europy we Wrocławiu), wielkoludem Blauthem, Perką i Ronikierem na czele. Grali piękną, techniczną i kombinacyjną koszykówkę za sprawą świetnego trenera Zygmunta Olesiewicza, który w środowisku nosił pseudonim Gruby. Drużyna ta przez wiele lat aspirowała do tytułu mistrza Polski, będąc postrachem dla najlepszych, szczególnie w swojej hali. Z tego, co pamiętam, skład drużyny Huraganu Wołomin wyglądał następująco: kapitan Jurek Gralak (z racji zaawansowanego wieku – bez przezwiska), Waldek Rutkowski – Walos, Zbyszek Brzeziński – Słoniowe Ucho, Jacek Brzuszczyński – Naleśnik, Piotrek Wiśniewski – Pancerny, Zdzisiek Drzazga – Zadra, Kazio Rutkowski – Bolek, Wojtek Kijewski – Kiju, Mieczysław Skołożyński – Szczęka, Bogdan Byczenko – Siwy i ja czyli Jan
Nadaj – Stopa. Udawaliśmy się do jaskini lwa, na wielką jak lotnisko halę AWF-u, gdzie zawsze grało się nam fatalnie i w związku z tym zawsze przegrywaliśmy sromotnie. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej, skoro na miejscu okazało się, że w składzie przeciwników znajdowało się kilku zawodników grywających w roli zmienników na parkietach ekstraklasy? O tym, że nie będzie lekko świadczyła obecność głównego trenera przeciwników – Olesiewicza, który nie cierpiał partaniny. Znany był z niewyparzonego języka i bardzo ekscentrycznych reakcji. A chłopaki z jego drużyny rywalizowali przecież między sobą o miejsce w pierwszej drużynie.

Od lewej: Rysiek Zahn, Zdzicho Drzazga, Andrzej Pawlak (jeden z najlepszych zawodników w historii Huraganu) oraz zaprzyjaźniony Włodek Kisiel (na rowerze).

Zaczęło się normalnie. Przeciwnicy, jako lepiej przygotowani fizycznie, próbowali nas zamęczyć pressingiem na całym boisku, a w obronie ustawili agresywną strefę (trzech z przodu i dwóch z tyłu). Ale już po chwili…na boisku zaczęło dziać się coś magicznego. Pomimo olbrzymiej przewagi w warunkach fizycznych, przygotowaniu kondycyjnym i umiejętnościach technicznych gra naszym przeciwnikom się nie układała. Co chwila piłka nieuchronnie skierowana do naszego kosza, nie wiadomo jakim cudem, ostatecznie się z niego wykręcała. Odgłosy z ławki trenerskiej przeciwników z wolna przeradzały się w kakofonię przekleństw.

Z kolei nasz trener, dla podniesienia autorytetu zwany Magistrem, opracował błyskawicznie szatańską strategię na rozbijanie strefy przeciwników. Polecił mi grać na pozycji drugiego środkowego, tyłem do kosza, na linii rzutów osobistych. Cała przewrotność tego planu polegała na tym, że mając 176 cm wzrostu byłem, jak zwykle, najmniejszy na boisku, ale właśnie o to chodziło. Jako bardzo zwrotny zawodnik miałem za sobą najwyższego, ponad dwumetrowego obrońcę. Scenariusz naszego ataku powtarzał się monotonnie. Po paru podaniach na obwodzie, Pancerny wykonywał charakterystyczny ruch głową i z podwyższającym moją czujność okrzykiem „STOPA”, podawał mi piłkę kozłem. Inne podanie nie wchodziło w rachubę, bo stojący za mną ambitny wielkolud, którego obecność cały czas czułem na plecach, starał się mi tę piłkę wybić. Trzeba przyznać, że Pancerny wykazywał się tu fantastyczną inteligencją, ponawiając przy każdej nadarzającej się okoliczności to zagranie. Pochylałem się łapiąc piłkę i nie rozglądając się, aby sprawdzić co się dzieje, błyskawicznie mijałem obrońcę z lewej albo prawej strony. Stawał się w tym momencie bezradny. Był zbyt blisko mnie, żeby konstruktywnie zareagować. Starałem się akcję zakończyć rzutem z dołu, wykonanym nie w tempo, w pół kroku. Kończyło się albo faulem, albo koszem z faulem. Czułem się wspaniale, stałem się osią naszej gry w ataku. Dodatkową satysfakcję i motywację stanowiły komentarze Olesiewicza. W momencie, gdy przejmowałem podanie, słychać było donośne „odpuść małego!”, potem „ty baranie!”. Następne celne uwagi Wielkiego Trenera, dotyczące optymalizacji gry w obronie, w zasadzie nie nadawały się już do cytowania. Przytoczę tylko taką: „Kapuściński, wiesz, że nigdy tego nie zrobiłem, ale ty będziesz pierwszym, którego kopnę w d…!”.

Od lewej: Zdzicho Drzazga, Andrzej Pawlak i Rysiek Zahn.

Trzeba przyznać, wszyscy moi koledzy z drużyny rozgrywali wspaniały mecz. Niezwykle ambitnie i jakby powyżej swoich możliwości. Co tu dużo ukrywać, byliśmy przecież drużyną podwórkową, trenującą dwa razy w tygodniu. Graliśmy w zasadzie dla przyjemności i prowadziliśmy niezbyt higieniczny tryb życia. Wszyscy dawali z siebie wszystko, pompowani korzystnie układającym się przebiegiem meczu. Walos buszował skutecznie pod koszem przeciwnika. Do spółki z Pancernym skutecznie zbierali piłki nieustannie odbijające się od naszego zaczarowanego kosza. Pancerny i Słoniowe Ucho rzucili po kilka razy celnie z półdystansu. Naleśnik dobił ich, dorzucając punkty z szaleńczych szybkich ataków. Graliśmy jak w transie, a przeciwnikom nic nie wychodziło. W dodatku zaczęły im się trząść ręce ze strachu. Widmo przegranej zupełnie ich paraliżowało. Ale i tak dowiezienie przez nas korzystnego rezultatu do końca meczu graniczyło z cudem. Jakoś się udało!

Poczet zawodników

Pierwsza grupa to Dziadki. Ci, którzy zaczynali w czasach wczesnego Buczmy od 1953 roku, inicjując powstanie koszykówki w Wołominie. Znałem ich lub o nich słyszałem. Ryszard Buczma, Jerzy Żmudzki, Tomasz Kamiński, Bogumił Husak, Jacek Kamiński, Wojciech Ciechomski, Wojciech Zadrożny, Andrzej Werner, Wiesław Gralak, Jerzy Czerwiński, Marian Kiliszek, Jerzy Piłkowski, Jerzy Zieliński, Stefan Wiktorski, Michał Kisiel, Kazimierz Ciszewicz, Adam Jarzębowski, Antoni Sikorski, Andrzej Witczak, Janusz Brzuszczyński, Zbigniew Malik, Jan Bogdan Brzozowski, Włodzimierz Repin, Marek Tauber, Tadeusz Bachorek, Albin Pyrzanowski (później wybitny siatkarz), Tadeusz Sobijanek, Andrzej Chromiec, Ryszard Rozenek, Ludwik Zieliński, Andrzej Bartoszewicz, Janusz Rzeczkowski, Stefan Połukard.

Listopad 2003 roku. Jubileusz 50-lecia koszykówki w Wołominie.

Listopad 2003 roku. Jubileusz 50-lecia koszykówki w Wołominie.Od lewej Dinozaury – gwiazdy lat pięćdziesiątych: Jerzy Żmudzki, Jerzy Czerwiński i Ryszard Buczma (Dziadek), a dalej: Andrzej Wierzbicki, Mietek Skołożyński (Szczęka) i Jan Nadaj (Stopa).

Druga grupa, czyli chłopaki z tamtych lat, z którymi spędziłem niezapomniane chwile na boisku. Jerzy Gralak, Zbigniew Brzeziński (Słoniowe Ucho), Ryszard Zahn, Piotr Wiśniewski (Pancerny), Zdzisław Drzazga (Zadra), Jacek Brzuszczyński (Naleśnik), Waldemar Rutkowski (Walos), Andrzej Pawlak, Andrzej Siedlecki (Pionier), Adam Baj (Palma), Bohdan Glaza, Kazimierz Rutkowski (Bolek), Wojciech Kijewski (Kiju), Zbigniew Iwaniec (Wygły), Tadeusz Jarkiewicz, Zbigniew Ałaszkiewicz (Ałaś), Mieczysław Skołożyński (Szczęka), Jacek Wierzbicki, Andrzej Wierzbicki, Cezary Buczny, Wiesław Buczny, Zbigniew Kulma, Bogdan Byczenko (Siwy), Robert Niebyłowski, Grzegorz Kozłowski, Grzegorz Bolesta (Bolo), Zdzisław Wojdygo, Wojciech Czaplicki (późniejszy prezes CKW), Krzysztof Moszyński, Stanisław Felski, Jerzy Pol.

Trzecia grupa – „juniorzy”. Wymieniam tylko tych, których świetnie znam i wiem, że grali już po moim odejściu. Z niektórymi grywałem jako oldboy. Byli to: Krzysztof Buczny, Włodzimierz Cichocki, Mieczysław Maciążek, Jerzy Mikulski (późniejszy burmistrz Wołomina), Krzysztof Mikulski (powoływany do reprezentacji Mazowsza), Paweł Suchocki, Andrzej Motyka, Paweł Skołożyński.

„Rocznik Wołomiński”
tom XIII, 2017

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.