Interesujący fragment wspomnień Antoniego Marianowicza dotyczący pierwszych dni pracy w wołomińskiej hucie szkła podczas okupacji i dziwnego napadu, którego stał się celem.

(…) Hutę szkła uważałem za dobre miejsce pracy, bo dopiero organizowano tam nowy zarząd z ramienia Ostindustrie, choć produkcja cały czas trwała. Była to sytuacja wygodna i bezpieczniejsza niż wejście w starą strukturę, gdzie zwracałbym na siebie uwagę. I chyba z powodu chaosu organizacyjnego zostałem, ledwo po kilku dniach pracy, obarczony misją przywiezienia pieniędzy z banku bez żadnej asysty. Wypłata miała wynosić 300 tysięcy złotych. Pojechałem wcześnie rano. W Banku Emisyjnym na Pradze dyrektor powiedział mi, że na koncie huty nie ma pieniędzy — jest nędzna resztka, 30 tysięcy. Więcej nie chcieli wypłacić. Wziąłem te pieniądze i poszedłem na Dworzec Wileński, gdzie na peronie spotkałem maszynistkę z huty, pannę Bilecką, która też wracała do Wołomina.

W świetle kolejnych wydarzeń wybór Marianowicza wydaje się bardzo przemyślany – był nowym pracownikiem huty, nie miał żadnych powiązań ani znajomości w Wołominie…

Antoni Marianowicz urodził się 23 grudnia 1923 r. w Warszawie jako Kazimierz Jerzy Berman, w zasymilowanej rodzinie żydowskiej wyznania ewangelicko-reformowanego. Ukończył Gimnazjum im. M. Reja w Warszawie, dużą maturę zdał na tajnych kompletach w 1941 r. w warszawskim getcie, gdzie rozpoczął też studia prawnicze na kursach adwokata Mieczysława Ettingera. W lipcu 1942 r. wraz z matką wydostał się z getta i używając dokumentów na nazwisko Mieczysław Chmielewski, a potem Antoni Marianowicz pracował dłuższy czas w hucie szkła w Wołominie. Swoje wojenne losy opisał w wydanej w Spółdzielni Wydawniczej “Czytelnik” książce Życie surowo wzbronione.
Pieniądze przewoziłem w teczce, bez żadnej obstawy. Gdzieś między Kobyłką a Wołominem drzwi przedziału otworzyły się z dwóch stron jednocześnie i ukazali się w nich zamaskowani napastnicy z pistoletami. Rozległ się głośny krzyk: „Ręce do góry!” Któryś z napastników wsadził mi pod żebra spluwę i powiedział: „O, właśnie ta teczuszka”. Zabrali teczkę, w której wbrew oczekiwaniom nie było trzysta, tylko 30 tysięcy, i uciekli. Kiedy pociąg stanął na dworcu, zawołałem Bahnschutza i zgłosiłem napad, prosząc o spisanie personaliów wszystkich pasażerów. Dziękowałem Bogu, że miałem świadka w osobie koleżanki z huty, a dodatkowych kilka osób uwiarygodniło sprawę. Gdyby nikt tego napadu nie widział, po prostu podrzuciłbym z własnych funduszy 30 tysięcy i byłby spokój. Ale w takiej sytuacji nie miałem wyjścia — mogłem tylko, przeklinając swój pech, poinformować Muesa o tym, co zaszło. Kiedy wrócił z Warszawy, zgłosiłem mu wypadek. Nie będę ukrywał, że okropnie się bałem. „No cóż – powiedział. — Żyjemy w bandyckich czasach. Wszystko się może zdarzyć, i tak dobrze, że było tylko 30 tysięcy. Zdenerwował się pan, co?” — i na pocieszenie dał mi karton papierosów Juno, których reklamowe hasło brzmiało: Aus gutem Grund sind Juno rund.

Jeśli autor wspomnień miał wtedy jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że został „wystawiony” i ktoś poinformował podziemie o „łatwych pieniądzach”, to wieczorne wydarzenia z pewnością je rozwiały:

Tego samego wieczoru (…) rozległo się gwałtowne łomotanie do drzwi. Wezwano mnie natychmiast na dół, gdzie w restauracji czekał komendant polskiej granatowej policji, kapitan Moszyński. (…) Dla mnie „partnerem” była polska granatowa policja. Ubrałem się więc i z bijącym sercem – bo rodzima władza nie miała bynajmniej dobrej sławy – zszedłem do zadymionej, hałaśliwej knajpy. W kącie, przy stole, siedział elegancki mężczyzna. Starszy, z siwym wąsem, typ idealnego polonusa o doskonałych manierach. Pamiętam, że zrobił na mnie bardzo miłe wrażenie. Poprosił o relację z całego wydarzenia. Niczego nie notował, milczał, spytał tylko, czy coś zjem. Zamówiłem coś do jedzenia, na stole pojawił się też kieliszek wódki. Kapitan Moszyński zapytał, czy aby nie zauważyłem, że z banku do dworca szli za mną jacyś ludzie. Powiedziałem, że nie, bo nawet nie przyszło mi na myśl, żeby się obejrzeć.

– Oj, chyba mógł się pan obejrzeć.

– Ale się nie obejrzałem.

– Niech pan uważnie posłucha: Warszawa to ogromne miasto, tam takie przestępstwa giną jak kamień w wodzie. A Wołomin to małe miasteczko, gdzie wszyscy wszystkich znają. Nie jest pożądane, ażeby plany napadów wychodziły stąd. Pan mógł przeczuć, że śledzą pana ludzie z Warszawy. I gdyby się pan obejrzał, pewno by ich pan zobaczył.

– No, jeśli o to chodzi, panie kapitanie, to jestem gotów się obejrzeć. Teraz sobie przypominam, że się oglądałem i byłem zaniepokojony, bo ktoś mnie chyba śledził.

– Tak, tak, to istotne dla śledztwa – powiada kapitan. – Najważniejsze, że cała sprawa wzięła się z Warszawy, a nie z Wołomina. – I na tym stanęło. Nazajutrz musiałem podpisać stosownej treści protokół. A kiedy lepiej poznałem Moszyńskiego, powiedział mi, że tamta pierwsza rozmowa była bardzo ważna. Nie wiedział, z kim ma do czynienia, więc sondował ostrożnie, czym pachnę i czy można na mnie liczyć. Po spotkaniu w knajpie zdjęto ze mnie stałą inwigilację, i to nie policyjną, lecz akowską. Bo, jak się potem dowiedziałem, kapitan Moszyński pełnił jakieś odpowiedzialne funkcje w AK i został później rozstrzelany przez Niemców.

To jeszcze nie koniec sprawy – napadem na konwojenta zainteresowali się również okupanci. W końcu straty poniosła niemiecka huta…

Gdy poczułem się już w Wołominie naprawdę bezpiecznie i zamieszkałem z moją późniejszą pierwszą żoną, dostałem po trzech miesiącach wezwanie do Kripo (Kriminalpolizei) w Alejach Ujazdowskich, niedaleko alei Szucha. Nie wiedziałem z początku, czy uciekać, czy bezczelnie udawać ważniaka. Na szczęście nerwy mnie nie zawiodły i postanowiłem zaufać swemu wyglądowi i papierom. Nikt nie mógł mi przecież udowodnić kontaktu z napastnikami. Pożegnałem się z moją dziewczyną i, nic nie mówiąc matce, pojechałem do Warszawy. Przed wyjazdem zaopatrzyłem się w paczkę nielegalnie wówczas sprzedawanych angielskich papierosów. Czułem, że te papierosy poprawią mój wizerunek. Chciałem robić wrażenie faceta, którego stać psychicznie na palenie papierosów z kontrabandy, więc chyba się niczego nie boi. Papierosom przypisywałem rolę fetysza, jak aktor, który posługuje się w roli, żeby była kompletna, żeby mu „leżała”, na przykład laską czy chustką do nosa. Ten chwyt mnie „ustawił” w roli.

Szczegół malowniczy, choć raczej bez większego znaczenia. Antonii Marianowicz dodał sobie animuszu, złożył niczego nie wnoszące do sprawy zeznania i… wrócił do Wołomina:

Najpierw metodycznie sprawdzano na portierni wezwanie i papiery. Potem dość długo czekałem, aż poproszą mnie do gabinetu. Tam od razu bezczelnie poczęstowałem papierosami oficera stosunkowo niskiej rangi. Wziął z wahaniem papierosa, którego mu przypaliłem, i kazał sobie szczegółowo opowiedzieć cały przebieg napadu. Ta rozmowa mnie uspokoiła. Potem zaprowadzono mnie do piwnicy, gdzie w otoczeniu uzbrojonych Niemców miałem być poddany konfrontacji. Przedefilowało przede mną kilkunastu koszmarnie wyglądających więźniów. Miałem rozpoznać napastników, co było zresztą niemożliwe, bo w czasie napadu nosili na twarzach maski. Na wszelki wypadek starałem się patrząc — nie widzieć. Dwaj oficerowie nie spuszczali ze mnie wzroku. Na szczęście niczego nie musiałem udawać, bo nikogo nie rozpoznałem. Niemcy wywnioskowali to widać z mojej miny, bo w końcu dali mi spokój. Na odchodnym podpisałem oświadczenie, zapaliłem papierosa i wyszedłem jak z łaźni, nie wierząc własnemu szczęściu.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.