Z inicjatywy kilku osób: Eustachego Kosa, Juliana Kruka – pracowników Urzędu Gminnego, Teodora Skurasa – pracownika Elektrowni huty i Karola Szczypiorskiego – udziałowca tej Huty, z dniem 1 stycznia 1933 roku założono Oddział Ligi Morskiej i Kolonialnej (LMiK). Oddział liczył około 30 członków, na prezesa został wybrany magister Michał Wysokowski, na sekretarza Teodor Skuras.

LMiK przez swój organ – miesięcznik „Morze”, który otrzymywali wszyscy członkowie, propagowała nasze morskie sprawy i kolonialne dążenia. Członkowie Oddziału w białych marynarskich czapkach brały udział w uroczystościach państwowych 3 Maja, 11 Listopada i Świecie Morza 29 czerwca, którą to uroczystość obchodzono u nas na Borkach, łącząc ją z ogniskiem, puszczaniem wianków, pływaniem kajakami. Aprowizacja też działała. Pan Karol Karasiewicz ze swego bufetu na kółkach serwował wódkę, salceson i kiszkę oraz „włoskie” lody. Mało brakowało, aby kiedyś w czasie takiego obchodu Święta Morza, zdarzył się tragiczny wypadek. W pensjonacie pana Edmunda Lehra w Borkach mieszkał (chyba jako rezydent), Rosjanin, białogwardzista, sztabskapitan Włodzimierz Waszczenko-Zacharczenko, nie stroniący od kieliszka, podobnie, jak i pan Lehr. W czasie puszczania wianków, sztabskapitan, tak jak stał, w ubraniu skoczył do wody i zaczął tonąć. Wyciągnęła go załoga kajaka i niedoszłego topielca, mokrego, ale już otrzeźwiałego odprowadziła do pensjonatu. Naogół jednak uroczystości takie odbywały się w pogodnym nastroju i bez zakłóceń. Chętni mogli w tym dniu brać udział w obchodzie Święta Morza w Gdyni; na wyjazd przysługiwały zniżki kolejowe.

Komuś, kto nie znał dawnych Borek i patrzy teraz na to, co z nich pozostało, trudno uwierzyć, że można się w takiej kałuży utopić. A jednak nie zawsze tak było i Borki pochłonęły kilka ofiar. Przed pierwszą wojną, kiedy stała tu pompownia („wodokaczka”), pompująca wodę rowem aż do wieży ciśnień na stacji w Tłuszczu, pod mostem kolejowym była kamienna tama, spiętrzająca wodę, której kaskada nie pozwalała na zamulanie dużego wtedy stawu. Po wojnie przeniesiono pompownię bliżej Tłuszcza, niedaleko dawnej kuźni, wykopano staw i połączono go rowem z rzeczką. Po starej „wodokaczce” pozostały ślady w postaci fundamentów i dużego zbiornika na wodę, chyba już całkowicie rozebranego. Ale tama i bardzo głęboki staw pozostały. W stawie były też źródełka czystej i bardzo zimnej wody, powodujące skurcz nawet u dobrych pływaków. Zdarzały się też wypadki utonięcia. Sto czterdzieści lat temu utonęły dwie siostry, Eufemia i Józefa Pągowskie, córki właściciela folwarku; na pamiątkę ich utonięcia ustawiono pomik-kapliczkę z odpowiednim napisem. Może jeszcze istnieje, ale w bardzo kiepskim stanie, chociaż w 1929 roku właściciel folwarku Borki, wspólnie z zawiadowcą odcinka drogowego, rozebrali tamę, a kamienie zostały sprzedane gminie do brukowania ulic, staw był jeszcze przez kilkanaście lat duży i głęboki, kąpali się więc w nim dorośli, dzieci i młodzież chodziła nad strugę, w stronę wsi Dzięcioły; były jeszcze wtedy dobre miejsca do kąpieli. Już po ostatniej wojnie, chyba w 1959 roku, utopił się nauczyciel gimnastyki z Katowic, który przyjechał na wycieczkę do Warszawy i wstąpił do znajomych do Tłuszcza. Nie było można odnaleźć zwłok, chciano sprowadzić nurków. Chyba ostatnia ofiarą był w 1970 roku młody, szesnastoletni chłopiec, jedyny syn Stanisława Getki z ulicy Kolejowej. Przed wojną był projekt, aby wykopać na Borkach basen kąpielowy, bezpieczniejszy od stawu. Basen kopali zwolnieni od służby wojskowej (kat. C), zamiast opłacania podatku wojskowego; basenu nie dokończono, a wiosenne powodzie rozmyły zaczętą pracę. Obecnie, rzeczka Jasionka (albo Cienka), po uregulowaniu nie nadaje się w ogóle do kąpieli, będąc właściwie rowem. Nie ma też wiosennych powodzi, kiedy woda sięgała aż do wsi Dzięcioły, a w czasie mrozów bała znakomitą ślizgawką.

Ale wracając do LMiK – legitymacje jej uprawniały do uczestnictwa w 10-dniowych letnich obozach LMiK nad morzem, na Helu, czy w Mieroszynie. Koszt wynosił 32 zł, powrót koleją bezpłatnie. Jako członek LMiK byłem dwukrotnie na takich obozach: w lipcu 1935 roku na Helu i w lipcu 1939 roku w Mieroszynie. Mieszkało się w namiotach lub 8-osobowych domkach kampingowych. Rano i wieczorem obowiązywał apel z odśpiewaniem „Hymnu Bałtyku”, po rannej gimnastyce było śniadanie i czas wolny, aż do obiadu w przewiewnej sali – werandzie; drugie śniadanie i podwieczorek dowożona na plażę. Wyżywienie było smaczne i wystarczające. Były organizowane wycieczki: motorówką po Zatoce, kutrem do Gdańska, Soppot i Gdyni; urządzano pożegnalne ogniska – żal było wyjeżdżać… A oto trochę Wspomnień z tych obozów.

W 1935 roku było nas sześciu: Karol Szczypiorski, Feliks Tarczyński, Antoni Grzelak, Stefan Zaborowski, Jan Gawliński i ja. Aby uatrakcyjnić podróż w tamtą stronę wybraliśmy się statkiem z Warszawy na Hel. Podróż trwała prawie dwa dni, w czasie dłuższych postojów zwiedzaliśmy miasta nad Wisłą – Płock, Włocławek, Toruń. W Tczewie przesiadało się na „morski” statek, w którym dopływało się na miejsce przeznaczenia – Hel. Obóz był nad morzem, około 200 metrów dzieliło nas od pięknej i czystej plaży, której piasek piszczał pod stopami. Mieszkaliśmy w domku, oprócz nas sześciu był jeszcze jakiś podoficer straży pogranicznej, pan Józef, jedno łóżko było wolne. W obozie było wtedy kilka studentek – Polek z Łotwy, pamiętam imiona tylko trzech: Lenka, Hela i Stefa, które „uczyły” nas po łotewsku; zapomniałem, jak było „kocham”, ale pamiętam, że sklep czy dom towarowy, gdzie można było wszystko kupić (wielobranżowy) miał długą nazwę: „sirgupreczetirgotawa”. Na obozie byli ludzie ze wszystkich stron Polski, młodzi i starsi. Świetna była grupa (chyba studentów?) ze Lwowa – ładnie śpiewali i do złudzenia naśladowali aktorów radiowych audycji „Na wesołej lwowskiej fali”. Mieli na plaży swój dołek koło nas, mieliśmy więc świetną zabawę. Była też, trzymająca się razem, grupa Żydów, wyjątkowo hałaśliwa i starająca się zwracać na siebie uwagę. W czasie wycieczki kutrem do Gdańska jeden z tej grupy (nazywaliśmy go „Mońkiem”), włażąc na maszt (da fotografii) wypadł w Gdańsku za burtę do brudnej wody. Wyciągnięto go mokrego, ale nikt go nie żałował, mówiono, że „dobrze mu tak”. W drodze powrotnej był już spokojny. Ponieważ było dużo wolnego czasu, zwiedzaliśmy też na własną rękę cały półwysep, pojechaliśmy do Gdyni, zwiedzaliśmy latarnię morską na Rozewiu (pokój Żeromskiego), słuchając pięknych legend, opowiadanych przez kapitana-latarnika. Wracaliśmy pociągiem, z żalem opuszczając obóz i „nasze” Łotyszko-Polki…

1939 roku było nas również sześciu, skład osobowy był prawie taki sam, tylko zamiast Janka Gawlińskiego, był Julian Kruk. Podróż pociągiem w obie strony. Tym razem obóz był w Mieroszynie. Jako siódmego w naszym domku mieliśmy studenta, Janusza Medyńskiego ze Stalowej Woli. Zakwaterowanie, wyżywienie, program zajęć – podobnie jak cztery lata temu na Helu, tylko już bez wycieczki do Gdańska i Sopotu, a tylko do Gdyni. Ale czas był niespokojny, w każdej chwili można się było spodziewać odwołania z urlopu. W sali jadalnej miał odczyt kapitan ż.w. Dębski; nastrój był wojenny: morza nie oddamy! Było również ognisko pożegnalne, urządzane przez sympatycznych uczestników, członków Koła Młodzieży „Wici”, ale już nie pamiętam skąd. Pamiętam natomiast, co prawda, tylko jedną zwrotkę ich piosenki:

„Nie daj Boże, jak nieszczęście się w człowieka wtrąca,
jestem goły, nie widziałem grosza od miesiąca.
Tamta pani naprzeciwko, dobre serce ma,
może ona mi pożyczy złoty, albo dwa?
Na pół godziny, na pół godziny,
na pół godziny, ani więcej, ani mniej,
za pół godziny, za pół godziny,
za pół godziny będzie mi lżej…”

Innych zwrotek już nie pamiętam, było ich kilka, bardzo dowcipnych; mówiły coś o bólach żołądka („za pół godziny będzie lżej!”). Toteż piosenka miała ogromne powodzenie, była kilka razy powtarzana, dostała brawa. Wśród ogólnej wesołości zapomniało się trochę wcześniejszego odczytu kapitana Dębskiego o zagrażającym nam niebezpieczeństwie… Wracaliśmy pociągiem przez udekorowany hitlerowskimi flagami Gdańsk. Wysiadać nie było wolno, tylko przez szyby pociągu wygrażaliśmy sobie wzajemnie… Za sześć tygodni była wojna…

Na zakończenie kilka refleksji na temat tych obozów LMiK. Zastanawiałem się, dlaczego te obozy odwiedzało tak mało naszych członków i dlaczego, pomimo zachęcania i namawiania były, przynajmniej na naszym terenie, tak mało popularne? Nie były zbyt tanie, to prawda: 32 zł za 10 dni, to była 1/4 średniego miesięcznego wynagrodzenia, a jeszcze kolej w jedną stronę! Chociaż nie było takiego pijaństwa, jak teraz, ale też niektórzy potrafili stracić więcej przez 10 dni, niż 32 złote. Mody na wczasy jeszcze wtedy nie było, mieszkańcy na ogół niechętnie wyjeżdżali na kilka dni w czasie urlopów, które spędzali w domu. Nawet na „Święto Morza”, „Święto Gór”, czy dożynki w Spale, pomimo udogodnień i zniżek kolejowych, wyjeżdżali tylko bardziej uświadomieni. Liczniejsze już były wycieczki w 1935 roku do Krakowa, na sypanie kopca Marszałka Piłsudskiego, urządzane przez Stronnictwo Ludowe. Było, zresztą ciężko, to też prawda.

Dlaczego teraz, w Polsce Ludowej, pomimo takiej mody na wczasy i różne wycieczki, do których nie trzeba zachęcać, nie pomyślano o organizowaniu podobnych obozów, na wzór tych przedwojennych letnich obozów LMiK? Były przecież stosunkowo niedrogie, popularyzowały morze („Morze, nasze morze…”), dawały odpoczynek. Wprawdzie są obecnie różne formy wypoczynku: wczasy wypoczynkowe, sanatoryjne, lecznicze, obozy harcerskie. Ale obozy harcerskie (nie było takich wygód, jak obecnie!) i młodzieżowe były i przed wojną. Mnie się wydaje, że obozy harcerskie, ani wczasy wypoczynkowe (teraz, chyba niedostępne dla zwykłego śmiertelnika lub emeryta!), mając inny charakter, nie zastąpią dawnych obozów LMiK, tez ogólnodostępnych, co prawda dla członków, ale wczasy też są dla związkowców! Z obozów LMiK mogli korzystać wszyscy – młodzi, starzy, pracujący i bezrobotni, aby tylko byli jej członkami. Miały one, te obozy, niezapomniany urok! Czy obecnie, albo w przyszłości, kiedy „będzie lżej”, jak w tej piosence, nie warto byłoby stworzyć czegoś podobnego? Trzeba tylko – chcieć i mieć trochę wyobraźni!

Poniżej podaję wykaz (niedokładny) niektórych członków Ligi Morskiej i Kolonialnej Tłuszczowskiego Oddziału, w latach 1933-1939:

  1. Jan Gawliński
  2. Adam Giedroyć
  3. Antoni Grzelak
  4. Julia Janiszowska
  5. Czesław Kamiński
  6. Antoni Kazimierowicz
  7. Bolesław Kieler
  8. Kazimierz Kos
  9. Eustachy Kos
  10. Bolesław Krawczyk
  11. Stefan Krawczyk
  12. Stanisław Kolman
  13. Tadeusz Kohlman
  14. Julian Kruk
  15. Edward Lubański
  16. Jan Obrębski
  17. Teodor Skuras
  18. Henryk Szczypiorski
  19. Karol Szczypiorski
  20. Feliks Tarczyński
  21. Maria Tarczyńska
  22. Michał Wysokowski
  23. Stefan Zaborowski
  24. Władysław Zaborowski

Opracowano na podstawie własnych wspomnień
Tłuszcz, dnia 23 lutego 1985 r.
Władysław Zaborowski

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.