Rano przyleciała Augustyniakowa, żeby jej męża schować do piwnicy, żeby go nie zabrali do kopania okopów. Tłumaczę, że to nonsens, że właśnie jeśliby znaleźli go w piwnicy, to pewno wydałoby się podejrzanym. Jeśli się boi, niech się kładzie do łóżka. To i tak wiecznie chore na płuca, to nic mu nie będzie. 

Wracają ze Sławka, z tobołami ci sami, tą samą drogą. Rano koło 6-ej jechało czterech na koniach. Wszedł jeden po wodę. Tego zrozumiałam, wskazałam studnię, nabrał, zaniósł koniom. Potem drugi, bardzo wysoki i młody jak dzieciak, blondyn, długogłowy, taki typowy „rasowy” – chciał czegoś, nie mogłam zrozumieć. Wreszcie obrazowo pokazał: „- Hier essen  (na usta), nud dort (na tył) szrajen” Okazało się, że potrzebna mu ubikacja, a ja oczywiście nie mogłam zrozumieć polskiego mocnego określenia, zmienionego na niemiecki czasownik. Potem myli się pod studnią, prosili o mydło i ręcznik. Wreszcie co jeść. – Nie mam nic. – Nic?

Przyniosłam 2 sucharki i garść suszonego owocu. Poszli na werandę i żeby im dać herbaty. Dałam dwie szklanki dla dwu, a tamci byli przy koniach. Jeden z nich utkwił mi w pamięci, bo był tak szalenie smutny, jakby szedł na stracenie, typ południowca, i czwarty, który patrzył na oficera, tego blondyna, z uśmiechem na ustach, a dziwną trwogą w oczach. Rozmawialiśmy. Pytałam się, czemu rzucają bomby na chaty, na uciekinierów, na cywilne pociągi. Bo Polacy w Prusach Wschodnich tak robili: „oni tak, to my też tak” Pytałam się, czy to widzieli. My nie, ale tak jest na pewno. Pytałam dalej, czy Francja się bije. Francja? Nie! Nie ma zamiaru! Anglia zrobiła jeden nalot omyłkowo na Danię, ale to dla nas lepiej – zaśmiali się, wyjęli chleb i konserwę tłustą. Dałam im klucz do otwierania. Nasmarował ten blondyn te dwa kawałki grubo, temu pomocnikowi jeden, i tamtym dał dwa – suche. Potem znów nasmarował trzeci, w tym momencie przyfrunął wróbel, który zwykle przylatywał w czasie śniadania. Zdziwili się, że łaskawy. Powiedziałam, że on głodny. „Pomocnik” zrobił gałkę, położył, ale wróbel nie zjadł, odleciał. Blondyn rozkroił chleb na pół i jeszcze na pół, i mnie poczęstował. Odmówiłam motywując tym, że post. Przez ten czas zza parkanu zaczęli napływać przechodnie. Zatrzymywano wszystkich mężczyzn, nawet takich po 15 lat, których pies odpędzał od gruszek z parkanu. Wchodzili z rękami podniesionymi w górę u skręcali w bok pod kapliczkę. Pomocnik pokazywał im rewolwer, granat, że może strzelić. Patrzyli niepewnie, ale spokojnie, jeden rozmawiał z nimi po niemiecku. Blondyn pytał się mnie, czemu oni nie w wojsku. – Może za młodzi, albo za słabi. – Nie, na pewno uciekli – uśmiechnął się domyślnie. Poszedł do nich, coś niby notował, pytał. Wreszcie przyszedł, pożegnał się. Zupełnie mimo woli powiedziałam „Do widzenia” – O, nie! – zaprotestowali. – Idziemy do Warszawy. Urwali bergamotek i poszli.

15 września 1939

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.