Kołujemy się po domu jak błędne. Nie rozbieramy się, śpimy przy otwartych okiennicach, jednym okiem czuwając. Żeby nie ogłupieć sadzę i kopię w ogrodzie, coś składam, układam w przewróconych do góry dnem rzeczach.

Popołudniu burza, ale to burza olbrzymia i grad. Słychać karabiny maszynowe. Łuny ciągle, a na Warszawie ogromne. Dosłownie pół nieba ognia. Z mojego pokoju widać drgające płomienie na niebie, istne morze ognia. Wreszcie zaczynają się jakieś wybuchy. Zapalają się błyski czerwone, jakby cała Warszawa w jednym momencie wylatywała w powietrze, czy wybuchała. Nie wiemy co to? Ale jest to takie straszne, że można oszaleć (późniejszy dopisek: To były sygnały). Żeby nie Basia, od rana poszłabym do Warszawy. Chodzę po ogrodzie, odmawiam różaniec i to mnie podtrzymuje. Ciągle mam w oczach krzyż z kościoła Zbawiciela, ten z prawej strony, na czerwonym suknie. Ciągle mi na pamięci. Psy początkowo szczekały, targały się na obcych, teraz już ogłupiały, tylko wyją i wyją – to nasze, to inne. Wyją może i z głodu, bo dużo uciekinierów, a i te łuny.

18 września 1939

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.