Byłam w Warszawie, miałam jechać do Basi gimnazjum, ale nic z tego nie wyszło, bo nieczynne. Stoją tam podobno uciekinierzy z Niemiec, ci co uciekli przed poborem.

Po Warszawie widać już, że wojna. Porobione rowy na placach, klomb przed kościołem Zbawiciela też pocięty rowami, ale tak, że kwiaty nie zniszczone. Ludzie chodzą z maskami gazowymi, z czerwonymi opaskami na ręku. Ruch ogromny, jadą wozy wojskowe, auta. W sklepach też urwanie głowy, ale moc żywności jeszcze wszędzie. Tylko piekarnie zamknięte, już wykupiono. I wędliniarnie.

U Hanusi miło i cicho. Rano nie dostała pieczywa. Szczęściem Ziuta przyniosła jej kilo ciasteczek kruchych – wojenny zapas. Ja też kupiłam kilo sucharków do domu – chorują na kiszki i to dość poważnie, bo wychodzą z krwią, a tu nie wiadomo jak będzie z chlebem.

Byłyśmy z Ziutą na wystawie radiowej. Chciała kupić radio, ale nigdzie nie można dostać baterii, a u nas nie mamy elektryczności. Tymczasem brak wiadomości bardzo by ją męczył. U Hanusi przeczekałyśmy nalot bombowy, Hanka przyjmuje to komicznie, ale bez apelacji kazała wleźć pod stół, żeby się skryć choć od kulek. Siedziałyśmy więc pod stołem i pogryzałyśmy ciasteczka.

Pożar na wprost Hani okien. Pożar na Pradze. Dopytywałyśmy się co to? – Podobno Skoda się pali, to znów mówią, że hangary, to że zleciał samolot i wybuchnął. Mijamy tramwajem ulice, jadąc wzdłuż Marszałkowskiej wszędzie widać u wylotów przecznic dym. Tak, to chyba Skoda, bo aż do dworca dymy. Na rogu Hożej ktoś wzniecił panikę: atak gazowy – nakładają maski, lecą do bram, ale opanowanie równie szybkie jak popłoch. Nie, to nie atak. Na Pradze za mostem stoją tramwaje. Idziemy pieszo. Spieszę się na pociąg do domu, na Wileński dworzec. Przed szpitalem Przemienienia Pańskiego stoją karetki. Przywieźli rannych z nalotów. Od dworca odchodzą wszyscy, nie wiadomo, czy odejdą pociągi, bo tor popsuty, a dworzec wschodni zbombardowany, spalony, zabito pasażerów, kelnerki. Idę więc do Ziuty na Bródnowską. Naradzamy się, czy mam nocować, czy mamy obie jutro jechać. Proszę szwagra Albina, by jednak doszedł do stacji, by się spytał, może tor zreperują. I tak też jest. Wraca z wieścią, że pociągi pójdą za około pół godziny. Idziemy więc co prędzej. Ziuta obiecuje przyjechać. Na stacji czekam i ze mną moc ludzi.

Wreszcie ma iść pociąg. Ciemności egipskie, z obawy nalotu. Jakoś trafiam do wagonu, siadam i czekamy. W ciemności rozmowy. Dowiaduję się, że to jednak Skodę spalono. Żal, po prostu rozpacz mnie bierze i niepokój o brata Władka. Jadą jacyś żołnierze, byli robotnicy – do pułku. Jeden, mimo zakazu sprzedaży alkoholu, bardzo zawiany. Odgraża się, że pięciu Niemców zabije. Musowo pięciu! – powtarza. Na co równie zawiany towarzysz logicznie prostuje: – A jak ci szósty przed oczy wylezie? Józik jest zawstydzony, gęsto się tłumaczy i już nie stawia ograniczenia możliwościom.

Przyjechałam bardzo późno. Jasio już spał.

4 września 1939

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.