Raniutko wyszłam do ogrodu. Pod parkanem siedziała rodzina: staruszka, matka z dzieckiem przy piersi i troje dzieci. Każde miało toboły, koszyki, jedno niosło i pędziło 2 gęsi, drugie miało taki wielki tobół, że sięgał prawie ziemi. Szły spod Radzymina 9 wiorst. Uciekły wczoraj, bo się przelękły płonącego samolotu. Dzieci zziębnięte, zmęczone. Dałam im herbaty i po sucharku. Kupiłam gęsi, które miały zupełnie pokrwawione nogi. Namówiłam do powrotu. Wahały się, ale w tym czasie nadeszła kobieta, która uciekała do Radzymina. To przeważyło. Powędrowały razem.

Poszłam do kościoła. Już widać i tam, że ludzie uciekają. Obce twarze, ubiory nie kościelne świąteczne, ale wędrowne. Na drogach coraz więcej ludzi, koni, bydła. Wyobrażam sobie, co się dzieje na szosie, jeśli tu, na tym piachu taki ruch.

Po południu nalot na Warszawę. Olbrzymi pożar. Podobno Targówek, szpital Przemienienia Pańskiego. W nocy łuna z pożaru, że oczu strach odwrócić. Psy wyją, a za parkanem jadą i idą. Niosą pościel w serwetach, walizy, toboły. Posłałam list do Ziuty, ale posłaniec wrócił. Ona na Pradze. Nie wiem, co tam u niej.

8 września 1939

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.