Jedyna, która pamięta początki istnienia Szkoły Podstawowej nr 4 w Wołominie. Przyjaciel kilku pokoleń uczniów – Stanisława Balon.

– Wiedza jest ważna, ale trzeba być nauczycielem i jednocześnie przyjacielem dziecka. Dziecko musi czuć, że nauczyciel je lubi – mówi Stanisława Balon, emerytowana wołomińska nauczycielka.

Stanisława Balon, urodzona w Puławach, przyjechała do Wołomina w 1934 roku, prosto z Grajewa, gdzie jej ojciec był dyrektorem gimnazjum. Młoda Stanisława była wówczas po maturze i kontynuowała naukę w dwuletnim Pedagogium Konarskiego. Wołomin zrobił niespecjalne wrażenie na młodej dziewczynie. Zapamiętała małe miasteczko, drewniane jednorodzinne domki, dwie szkoły polskie i jedną żydowską.

Najpierw skierowano pannę Stanisławę na bezpłatną praktykę do szkoły nr 1, niezadługo potem rozpoczęła pracę w szkole podstawowej nr 4, gdzie uczyła języka polskiego i historii.

– Przed wojną szacunek dla nauczyciela był dużo większy – wspomina. – Jedynym minusem zawodu były słabe zarobki. Bez pomocy mamy pewnie bym się nie utrzymała za 150 złotych pensji. Ale uposażenie nauczycieli zawsze było niskie.

Stanisława Balon miała 21 lat, gdy zaczęła pracować. I w szkole spotkała swojego męża, tez nauczyciela.

Przed wojną do wyposażenia uczniów należał mundurek, tarcza i czapka. Natomiast panie nauczycielki nosiły skromne fartuszki z białymi kołnierzykami. Tamtejsze nakazy pani Stanisława kwituje krótko: – Jak któraś panna miała wyjść za mąż, to nawet skromnie ubrana znalazła sobie kandydata.

Z domu nic nie zostało

1 września 1939 roku rano Stanisława Balon wychodziła do szkoły, gdy w radio usłyszała komunikat o nalocie. Tyle, że nauczyciele zdążyli wziąć jeszcze pobory, lekcji już nie było. W czasie okupacji oboje z mężem uczyli na tajnych kompletach, najpierw we własnym domu przy ul. Traugutta, a potem, po śmierci męża (trzydziestoletnia Stanisława pozostała w dwójką małych dzieci), w domu pani Krystyny Kwapiszewskiej.

– Wszystkim była wtedy straszna bieda. Rodzice uczniów często zapraszali nas na obiad i to była cała zapłata za naukę.

W czasie okupacji w szkole stacjonowało niemieckie wojsko i pewnie dlatego budynek tak mało ucierpiał w czasie wojennej zawieruchy. Funkcjonowała jedynie w ograniczonym zakresie, szkoła przy ul. Legionów. Szkołę żydowską Niemcy zlikwidowali dość szybko, właściwie to razem z uczniami.

– Wtedy, gdy likwidowali wołomińskie getto, na ulicy Mickiewicza spotkałam małą dziewczynkę. Krzyczała: „Zabijcie mnie, zabijcie, wszystkich zabili, to i ja nie chcę żyć”. Były osoby, które przechowywały Żydów w czasie wojny, miałam uczniów, którzy się ukrywali. Niektórym udało się przetrwać, ale większość zginęła.

W 1944 roku pani Stanisława wraz z córką wyjechały na wyzwolone już Podlasie. Po dwóch latach wróciły na ulicę Traugutta.

– Z domu nic nie zostało – opowiada – uratowała się tylko szafa. Dostałam przydział w prywatnym domu przy ul. Mickiewicza. Na nauczycieli czekały już dwie szkoły, „dwójka” przy stacji i „czwórka”. Każdy uczeń przynosił, co zdołał ocalić, podręczniki, przybory szkolne, mieszkańcy ofiarowywali całe księgozbiory.

Jestem tatą i mamą

Stanisława Balon nadal uczyła historii i języka polskiego.

– Na początku każdego roku szkolnego mówiłam uczniom: „jestem tutaj w szkole tatą i mamą jednocześnie i musicie respektować moje zdanie”. Pamiętam, przyszedł pewien ojciec i mówi: „A moja Bożenka to chce tylko do pani klasy chodzić”. Dyrektor tłumaczy, że nie ma miejsca, wreszcie dla spokoju mówi: „Jak pan dodatkową ławkę zrobi, to córkę przeniesiemy”. Minęły trzy dni i ojciec Bożenki wniósł na plecach brakującą ławkę.

Stanisława Balon uczyła historyka Leszka Podhorodeckiego, który w wiele lat później powiedział nauczycielce: „Wychowała pani dużo porządnych ludzi”. Pani Stanisława wspomina, że pan Podhorodecki uczył się bardzo dobrze i zawsze bała się, żeby on, doskonały historyk, nie zadał jakiegoś bardzo trudnego pytania.

– Kiedyś na ulicy podszedł do mnie starszy, siwy mężczyzna i powiedział, że chce poprawić stopień z historii, bo już wie, kiedy była bitwa pod Grunwaldem. – A dzienniczek pan ma? – zapytałam.

Matka Joanna od Aniołów

Stanisława Balon jest na emeryturze od 1972 roku. Dotychczas jest zapraszana na wszystkie szkolne uroczystości, ostatnio na Dzień Patrona. W 1980 r. pani Stanisława otrzymała Medal Komisji Edukacji Narodowej, a pięć lat później Złotą Odznakę Związku Nauczycielstwa Polskiego za tajne nauczanie.

Pani Stanisława mieszka z córką Danutą Patejuk, która kontynuowała rodzinną tradycję w „czwórce” i zięciem Henrykiem. Niewysoka, siwowłosa, pogodna, zachowała dobrą pamięć i na tyle dobry wzrok, że wypożycza książki w dwóch bibliotekach.

– Nie zmieniłabym nigdy swojego zawodu. Dopiero niedawno były uczeń powiedział, że nazywali mnie kiedyś Wesołą Baloncią, bo zawsze miałam dobry humor. Gdybym wiedziała wcześniej o przezwisku, wcale bym się nie obraziła. Uczniowie nazwali mnie też kiedyś Matką Joanną od Aniołów. A mnie dobry humor też dopisywał, nikt u mnie w klasie nie miał imienia i nazwiska, bo i po
co? Na przykład Wiśniewska to była Wisienka, czy nie ładniej? Każdy miał swój pseudonim, zależny od charakteru, nazwiska, zachowania. Zdenerwować mogło mnie tylko ordynarne zachowanie, kłótnie, rękoczyny. Ale wtedy też najpierw zastanawiałam się, jaki błąd popełniłam, że coś takiego się wydarzyło? I wie pani, co stale spostrzegałam u dzieci? Od razu wiedziałam, które dziecko ma szczęśliwe dzieciństwo.

Stanisława Balon przyznaje, że jest zadowolona z życia i pracy.

– W moim wieku to można życzyć sobie tylko zdrowia, zdrowia i spokoju. I miłych wspomnień uczniów o mnie.

Wieści Podwarszawskie
1997

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.