Pasje wołomińskie

Szum kolo wołomińskiej służby zdrowia zaczął się w 1972 r. kiedy dyrektorem Zespołu Opieki Zdrowotnej został dr Miłosław Gaca, człowiek niezwyklej energii, nie umiejący działać połowicznie. W to co robi angażuje się bez reszty i podobnego oddania wymaga od współpracowników. Głośno, może niekiedy nazbyt, gani złą pracę, ale równie otwarcie chwali i nagradza dobrą. Z ideą zespolonej opieki lekarskiej zetknął się dużo wcześniej w Olsztynie, stał się jej entuzjastą. Gdy obejmował Wołomin wiedział, że placówki zdrowia znajdują się w ruinie, że śmiertelność noworodków przekracza średnią krajową i że lekarze ordynują według własnych harmonogramów „kiedy się któremu przyjdzie”. – Najgorsze, że uważali to za zupełnie normalne i nie poczuwali się do usprawiedliwienia przed oczekującymi pacjenta-mi. A szacunek dla chorego to podstawowa zasada dobrej służby zdrowia. Lekarz musi przyjść na tyle wcześnie do gabinetu, aby przed godziną wyznaczoną na przyjęcie pierwszego pacjenta mógł się do tego przygotować organizacyjnie i psychicznie – mówią zgodnym chórem szefowie wołomińskiego lecznictwa. Poza wymienionym już dr Gacą, dyrekcję tworzą dr Emil Otto zastępca do spraw opieki zdrowotnej, Adam Tlaga zastępca do spraw ekonomiczno-administracyjnych, Stefan Żołna do służb społecznych, i dr Piotr Łukasiewicz kierownik działu metodyczno-organizacyjnego. Czy można polubić przełożonych o takich wymaganiach? Jednak ogromna większość personelu zaakceptowała nową sytuację, pracują dużo i ofiarnie. Nikt nie przypuszczał, że Wołomin pozyska do pracy tyle osób ile tylko będzie potrzebował.

Przeważająca część lekarzy przybyła tutaj z Warszawy, opuszczając dobre posady blisko miejsca zamieszkania.Dojazd do szpitala w Wołominie jest uciążliwy, nie ma autobusu, od stacji kolejowej kawał drogi. Toteż stażyści zapytali przede wszystkim czy dojazd doliczy się im do godzin pracy. Personel ze stolicy nie myśli o osiedleniu się w Wolominie. Natomiast zabiegają tutaj o mieszkanie ludzie przybyli z dalszych regionów Polski. Na razie mieszkają w hotelu wydzierżawionym na pięć lat. Są to nowi obywatele wołomińscy, już patrioci choć jeszcze bez własnego dachu nad głową. Trzecią grupę tworzą mieszkańcy powiatu z dziada pradziada.

– Odkryliśmy tutaj wielu wartościowych ludzi, są znakomitymi pracownikami – entuzjazmuje się dyrektor Gaca. Nasze księgowe Maria i Ewa to elektronowe głowy! Pani Maria Kopczyńska jest bardziej powściągliwa w wyrażaniu opinii, trudno się dziwić, dr Gaca jest jej osiemnastym przełożonym w ciągu piętnastu lat pracy w wołomińskiej służbie zdrowia.

– Żaden szpital nie ma tak doborowej obsady pielęgniarskiej jak my – przechwala się dyrektor. Siostry Waleria Pyznar, Bogumiła Lewandowska i Bernarda Malik tworzą ład i porządek, wprowadzają atmosferę ciepła i spokoju. Podobnie liczą się w szpitalu siły techniczne: palacz, hydraulik, elektrotechnik, a także kuchnia, pralnia. Docenia ich znaczenie dyrektor, gdy robi wieczorny obchód nie ominie kotłowni. Współczując ciężkiej pracy palacza złorzeczy projektantowi, który wymyślił opalanie miałem.

– Jak tylko przyjdzie czas remontu szpitala, pierwszą zmienimy kotłownię.

– Szpital dopiero co został otwarty a już myślicie o jego remoncie?

– Ale projekt ma ponad piętnaście lat i wiele w nim nonsensów, gdyśmy tu nastali budynek miał tylko mury i można było to i owo w nim zmienić, nikt nie chciał na to przystać, zresztą przeróbki przesunęłyby koniec budowy na nie wiadomo ile lat a myśmy wiedzieli, że bez bazy jaką jest szpital nie damy rady, nie będziemy się liczyć. Toteż wybrzydzając przystąpiliśmy energicznie do budowania, natarczywie domagając się wszędzie pomocy. Cały zespól ciężko fizycznie pracował w ostatnim porządkowym etapie. Gdy przyłączono nas do stołecznego województwa warszawskiego, mieliśmy posag prawie gotowy: 450 nowiutkich łóżek szpitalnych. Mądra stolica wiedząc jak cenne jest każde łóżko pomagała nam szybko się zagospodarować.

– Jesteście jedynym powiatem, któremu Warszawa nie musi leczniczo pomagać, podobno wzięliście taki rozpęd, że hamować trzeba wasze inicjatywy.

– Tylko te, które wymagają podbudowy finansowej, sto milionów złotych za ubiegły rok wydaliśmy co do grosza. Nasze ogromne starania o podwyższenie o jedną złotówkę stawki za usługi zostały uwieńczone zwycięstwem. Pozwoli nam to stanąć mocniej na nogach. Gdy odstaje się od średniej przyjętej powszechnie w środowisku, u jednych wzbudza to podziw, inni radzi by wysuwających się do góry trochę przydeptać. Pomysłami i ruchliwością wołomiński ZOZ ściąga sobie tyleż sympatyków co wrogów. Przez trzy lata pracy trudnej organizacyjnie nie dawały mu spokoju kontrole od całkiem drobnych „jednotematycznych” do generalnych. Przetrwał ich już 29, teraz ma 30-tą, finansową, zapowiada się na 7 tygodni. Nie dano nawet czasu na sprawdzenie się, nie poczekano na efekty nowego programu. Dopiero od tego roku powinno się liczyć tutaj pracę i z niej rozliczać dyrekcję. Poprzednie lata był to czas budowy i trzykrotnej reorganizacji związanej ze zmianą struktury pracy służby zdrowia oraz zmianą kształtu powiatu. Mimo to wzrosła ilość usług medycznych dla ludności z 400 tysięcy w 1970 roku do 1 miliona w 1975 roku. Poprawiła się także jakość tych usług i atmosfera wokół chorego. Wolomin uznano oficjalnie za jeden z lepiej pracujących zespołów opieki zdrowotnej w kraju. Program leczniczy wołomiński ZOZ nakreślił po dokładnym zbadaniu potrzeb ludności, dopasował organizację do regionu jaki przyszło mu obsłużyć. Przede wszystkim powołano do życia pediatrię. Opieka nad dziećmi prawie na tym terenie nie istniała, stąd duża śmiertelność niemowląt, zaniedbania w rozwoju dzieci. Wzmocniono służbę pediatryczną w przychodniach; w pogotowiu stale pełni dyżur dwóch lekarzy specjalistów chorób dzieci, a w szpitalu aż trzy oddziały poświęcono dzieciom: oddział noworodków kierowany przez dr Elżbietę Krasowską, oddział chorób dziecięcych pod kierunkiem dr nauk medycznych Czesławy Ratajczak-Majewskiej i oddział chirurgii dziecięcej, którym kieruje dr Janina Bogdańska. Za wybujale uznawano ambicje pediatryczne w Wolominie, już dziś widać jak bardzo potrzebne było zorganizowanie opieki nad dziećmi. Wszyscy lekarze mają pełne ręce pracy, powiat to bowiem dzietny, a wiadomo, że wyż noworodków przed nami. Teraz stolica zerka z zazdrością na wołomińską pediatrię i myśli się o współpracy, zwłaszcza że szpital przy Niekłańskiej w remoncie.

Wołomiński zespól leczniczy staje się interesującym partnerem, w szybkim tempie gubi prowincjonalność. Podjęto współpracę ze szpitalem MON w sprawie badań izotopowych, są także kontakty z Instytutem Medycyny Społecznej w Łodzi. Dobrą renomę zyskały już oddziały ginekologiczno-położniczy kierowany przez dr Bonifacego Sosnowskiego i oddział chirurgiczny pod kierunkiem dr Janusza Mroczka. Po uporaniu się z podstawową opieką lekarską myśli się już o specjalistycznej jakiej potrzeba narasta. W starym szpitalu w Wołominie ma powstać neurologia, przygotowuje się kadrę do opieki nad starym człowiekiem. W dawnym szpitalu w Radzyminie urządzi się oddział wewnętrzny o profilu geriatrycznym. Będzie także cytologia, wkrótce ściągnie ze Śląska żona znakomitego szefa diagnostyki laboratoryjnej dr Józefa Małczyńskiego. która jest specjalistką w tej dziedzinie. Całą służbę zdrowia zespala oddział doraźnej pomocy lekarskiej. Ma on siedzibę w szpitalu i pracuje w ścisłym powiązaniu z wszystkimi oddziałami, nikt od dyżurów w pogotowiu nie wykręci się. Stale czuwa pięć zespołów wyjazdowych, bywa i ponad sto wyjazdów w ciągu doby. Zważywszy duże odległości, lekarzom czasu nie starcza na wypicie szklanki herbaty. Wezwania bywają najróżnorodniejsze, jak zróżnicowane jest społeczeństwo wołomińskiego powiatu. Zdarzają się pacjenci, którzy po raz pierwszy mają do czynienia z lekarzem, nie umieją się zachować, nie są przygotowani. do badania i niechętnie się mu poddają.

Podczas rozmowy z dyrektorem Gacą kilkanaście osób przewinęło się przez jego gabinet, wszyscy mówili do siebie po imieniu. – Tykanie się w placówkach zdrowia należy raczej do rzadkości – zauważyłam, niektórzy łączą taki sposób bycia z kliką.

– Łatwiej się dogadujemy w ten sposób – mówi dyrektor – a i pracy więcej można wymagać od Józia niż od kolegi doktora ustawionego z dystansem. My tworzymy zespoły czasem nawet rodzinne, toteż problemy zawodowe przenoszą się do naszych domów. Bo my mamy ambicje.

Barbara Ubysz
Stolica 1976 nr 7 15.02 s. 7

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.