Henryk Drzewiński jest warszawiakiem urodzonym w Wołominie w styczniu 1925 r. Późniejsze losy dzielił między stolicę i Wołomin, z przewagą drugiego miasta. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych i pracował jako nauczyciel plastyki w liceum. W połowie lat 60. do Henryka Drzewińskiego zwrócił się ówczesny naczelnik Bogdan Kowalski z propozycją opracowania herbu miasta. Artysta wyraził zgodę i rozpoczął, trwającą półtora roku pracę.

– Na początku było jedynie wiadomo, że będzie tarcza i orzeł – wspomina Henryk Drzewiński. – Kłopoty zaczęły się przy ustalaniu symboli. Stolarka, Nafta, Huta Szkła, wszystkie chciały mieć w herbie swoje emblematy. Dyrektor Stolarki, poseł na sejm, Broniś, nie wyobrażał sobie herbu bez piły. Ostatecznie, skończyło się ugodą, pół piły, pół zębatego koła i płomień z Zakładu Poszukiwań Nafty i Gazu. Powstały setki rysunków, z których wybrano ten przedstawiający najwięcej symboli miasta.

Nie było za to kłopotu z polami herbu, pole zielone oznaczało miejscowe rolnictwo i ludowców, czerwone to rzecz jasna robotnicza brać.

Za swoją pracę Henryk Drzewiński nie otrzymał żadnych pieniędzy. Co czuł, gdy widział potem w najważniejszych miejscach Wołomina „swój” herb?

– To, co może czuć człowiek – odpowiada.

Najbardziej bliskie sercu

Niezadługo potem władze Wołomina stwierdziły, że do godła potrzebny jest sztandar. A skoro wszystkich podobał się herb autorstwa Drzewińskiego, jemu powierzono wykonanie sztandaru. Za ten sztandar „trochę pieniędzy dali.”

Później Henryk Drzewiński zaprojektował jeszcze grób Nieznanego Żołnierza ze słynnym orłem na miejscowym cmentarzu, pomnik w Jerzyskach, sztandar dla Towarzystwa Przyjaciół Wołomina i pomnik z okazji 40-lecia liceum przy ul. Sasina.

– Pamiętam dziesiątki rozmów na temat orła na cmentarzu i pomnik w Jerzyskach, gdzie co tydzień jeździliśmy, wszystko własnymi rękami robiliśmy. Całkowicie bezinteresownie, bo nie było komu płacić. Właśnie z pomnika w Jerzyskach i z herbu najbardziej jestem dumny, najbardziej są bliskie sercu.

A potem Henryk Drzewiński został zapomniany i opuszczony przez wszystkich.

Walczący orzeł

Henryk Drzewiński, syn kawalerzysty, hallerczyka, żołnierza I wojny św., brał czynny udział w ruchu oporu, należał do AK, uczestniczył w akcji Burza pod Tłuszczem. Chodził do szkoły handlowej, gdy został aresztowany i wywieziony na Syberię. Tam spędził rok i osiem miesięcy.

– Wrócił w bardzo złym stanie – wspomina siostra. – Myślałam, że piwnica jest otwarta i stamtąd ten głos bezdźwięczny się wydobywa. A palce, przecież kości były na wierzchu, tak obmarznięte.

Później skończył ASP, był nauczycielem. Trzy lata temu ciężko zachorował, od tamtej pory Henrykiem Drzewińskim opiekuj ą się: siostra Krystyna i szwagier Edward Hajduczyk.

Z syberyjskiego obozu Borowicze Drzewiński przywiózł wyrzeźbioną z kości zwierzęcej figurkę Matki Boskiej. Figurkę widzieli nieliczni, ale każdy chyba wie, jak wygląda herb Wołomina.

Warto też zobaczyć, jak wygląda orzeł z wzniesionymi w górę skrzydłami na wołomińskim cmentarzu.

Wieści Podwarszawskie nr 19/1999

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.