Parę razy otarł się o śmierć. Na jego życie dybali Niemcy, Rosjanie, NSZ i UB. O swoim ojcu, Edwardzie Suchnickim, burmistrzu Wołomina w latach 1944-45 mówi córka Jolanta Suchnicka-Cupryk, że był to po prostu porządny człowiek.

Ojciec Edwarda Suchnickiego był maszynistą kolejowym, a więc żadna tam szlachta, czy ziemianin, ale wykwalifikowany robotnik, choć trzeba przypomnieć: w tamtych czasach był to zawód dość prestiżowy i nieźle opłacany. Dziadek pani Jolanty, maszynista na kolei, swojego syna Edwarda urodzonego w 1896 r. starannie wykształcił (absolwent Wydziału Prawa na Uniwersytecie Warszawskim). Już jako dorosły mężczyzna Edward Suchnicki żonaty z Józefą, ojciec Marii, Bogdana i Jolanty został dyrektorem Szkoły Rolniczej w Kijanach pod Lublinem. Aby otrzymać to stanowisko ukończył specjalny kurs rolniczy w polskim Cieszynie. Po piętnastu latach pracy w 1938 r. otrzymał propozycję pracy w dyrekcji kolei w Warszawie. Propozycję przyjmuje i z całą rodziną przenosi się do Wołomina.

Początkowo mieszkają w kamienicy przy ul. Korsaka. Ojciec wówczas dobrze zarabia, toteż w domu całkiem nieźle się powodzi. Matka, Józefa Suchnicka nie pracuje zawodowo, jest za to działaczką Ligi Kobiet. Z grupą kobiet należących do tej organizacji w 1934 roku zostaje zaproszona na Śniadanie z marszałkiem Piłsudskim, do Belwederu. Według jej relacji już wtedy było wyraźnie widać, że Marszałek jest bardzo chory.

Pani Jolanta z tamtego okresu pamięta glinianki, gdzie gromada dzieci chodziła się kąpać. Pamięta również swoją szkołę, starą „dwójkę”, którą ukończyła w 1939 r. Starsze rodzeństwo było już wówczas przyzwoicie ustawione: siostra studiowała na Akademii Medycznej, brat uczył się w gimnazjum im. Reja. Natomiast Jolanta dostała się do gimnazjum im. Królowej Jadwigi. W dniu, kiedy miały rozpocząć się pierwsze lekcje wybuchła wojna.

– Pamięta się różne rzeczy z tamtego okresu. Mnie na przykład utkwiły w pamięci nowe piękne buty na kożuszku, które dostałam od ojca. Nigdy ich nie założyłam, a w 1939 wymieniliśmy te buty na kopę kapusty.

Dom gdzie mieszkali Suchniccy znajdował się na terenie, który Niemcy wyznaczyli na getto. Rodzina zostaje wyrzucona i przenosi się do domu pani Kwapiszewskiej przy ul. Sienkiewicza. Mieszkają po sąsiedzku z wdową po doktorze Sikorskim.

– Ojciec traci pracę i aby przeżyć, wszystko wyprzedajemy. Srebra, meble, ubrania.

W latach 1942-1943 Edward Suchnicki zostaje administratorem budynków na paru sąsiednich ulicach. Jednak i wtedy nie jest lekko, bo choć coś tam zarabia, są to jednak grosze. Okazuje się wówczas, że jego doskonała znajomość języka niemieckiego staje się silną kartą atutową. W 1944 r. zostaje wybrany na burmistrza Wołomina.

– Nie należał do żadnej partii, ani do żadnej organizacji – wspomina jego córka. — Po prostu cieszył się zaufaniem.

W lipcu 1944 Niemcy zarządzają ewakuację ludności Wołomina. Część młodych mężczyzn jest wysłanych na roboty do Rzeszy. Edward Suchnicki masowo wydaje zaświadczenia, które mają uchronić młodych ludzi od wywózki. Wreszcie i on sam z całą rodziną musi opuścić miasto. Znajdują schronienie w budynku szkoły mieszczącej się za torami. Jolanta Suchnicka-Cupryk pamięta z tamtego okresu aktywność ojca w wyciąganiu ludzi uwięzionych przez Niemców.

– Do tego celu najlepiej służył bimber i spirytus, które ojcu przynosili sklepikarze. Wówczas wszystko można było załatwić za wódkę. Poza tym ojciec rozdawał chleb, który otrzymywał za darmo od piekarzy. Otrzymywali go przedstawiciele różnych bojowych organizacji, jak AK, czy AL. Ojciec nie patrzył, jakie, kto reprezentuje ugrupowanie, tylko wszystkim rozdawał równo i sprawiedliwie.

We wrześniu do Wołomina wkroczyli Rosjanie i dowiedziawszy się, że Edward Suchnicki był burmistrzem postanowili go rozstrzelać zakładając, że musiał kolaborować z Niemcami. Od niechybnej śmierci uratowali go wołomińscy działacze Polskiej Partii Robotniczej. Edward Suchnicki ponownie zostaje burmistrzem. W 1945 zostaje przeniesiony do Garwolina, gdzie otrzymuje posadę starosty.

Jest rok 1946. Starosta Suchnicki wraca do domu z inspektorem szkolnym z uroczystości otwarcia szkoły. Przejeżdżają przez Gończyce. Tu NSZ zorganizował zasadzkę na jakiegoś sowieckiego generała.

Generał nie daje się złapać, za to w zasadzkę wpada Edward Suchnicki. NSZ dowiaduje się, że ma w swoich rękach starostę i przyjmuje założenie, że musi to być przedstawiciel nowej władzy i komunista w jednej osobie. Edward Suchnicki zostaje porwany i jest przez dwa tygodnie prowadzony w Góry Świętokrzyskie do siedziby „Orlika”, ukrywającego się tutaj dowódcy jednego z oddziałów NSZ.

– Ciągle powtarzali ojcu, że go zabiją. Przez te dwa tygodnie schudł 15 kilogramów. Wreszcie go wypuszczono.

Gdy powrócił, Edwardem Suchnickim zainteresowało się UB. Jak to? Był w rękach NSZ i żyje? Podejrzane, na pewno współpracuje z tą organizacją. Z ubeckich kazamatów Edwarda Suchnickiego uratował nie kto inny, ale sam Piotr Jaroszewicz, późniejszy premier.

– Jaroszewicz znał ojca sprzed wojny. Też był kierownikiem szkoty. Dał się nam poznać jako naprawdę porządny człowiek.

Wkrótce Edwarda Suchnickiego przenoszą do Płocka, gdzie przez rok jest starostą. Pod przymusem wstępuje do PPR. Następna jego funkcja, to starosta powiatu warszawskiego z siedzibą w Piasecznie. Na koniec ponownie zostaje nauczycielem i dyrektorem Szkoły Rolniczej w Miętnem. Zmarł w 1977 r.

– Ojciec chciał spisać swoje wspomnienia, bo życie miał bardzo ciekawe. Moje zaś życie było i dobre i złe, bywało i biednie i zamożnie. Muszę przyznać, że poznałam życie i z najgorszej, ale i z najlepszej jego strony. Sam zaś ojciec był oczytanym, wartościowym człowiekiem, obdarzonym dużym poczuciem humoru. Nie był cwaniakiem ani koniunkturalistą. To był po prostu porządny człowiek.

Wieści Podwarszawskie
1998

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.