Popioły i zgliszcza

W 20. rocznicę powstania Solidarności

W redakcji gościliśmy: Marka Kowalskiego, b. przewodniczącego Oddziału NSZZ Solidarność; Teresę Rogulską, b. wiceprzewodniczącą Komitetu Założycielskiego w Zakładach Stolarki Budowlanej „Stolbud”; Wiktora Miszczenkę, b. wiceprzewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w „Gazomontażu”, Jerzego F. Kielaka, b. wiceprzewodniczącego Tymczasowego Zarządu NSZZ Przedsiębiorstwa Poszukiwań Nafty i Gazu w Wołominie.

Ze strony redakcji w rozmowie uczestniczyli: Agata Bochenek i Marek Chrzanowski.

A pamiętacie?

Wieści: – Kogo tu dzisiaj brakuje? Kto powinien być razem z nami, przy tym stole?

Teresa Rogulska: – Brakuje Janka Szubierajskiego.

Jerzy Kielak: – Grażyny Mamot, ale powiedziała, że nie chce uczestniczyć w takiej rozmowie, Waldka Zbrzeźniaka, Andrzeja Ostrowskiego…

Marek Kowalski: – A pamiętacie Tadeusza Świtacza, pracował w „Pimabie”? Bardzo emocjonalnie związani z Solidarnością byli Grześ i Danusia Lipscy. I Krzysztof Wróblewski z Huty.

Teresa Rogulska: – Elżbieta Smolis ze Stolarki i Stanisław Nowak…

Marek Kowalski: – Nie pamiętam, kto był z „Zantenu”? Oczywiście Jurek Moszczyński z ojcem.

Wiktor Miszczenko: – A pamiętasz takiego pana, pracował wtedy w Ząbkach, w Agromie?

Marek Kowalski: – Kazimierz Polnau, pracował w „Cobrze”, mieszka teraz w Niemczech.

Wiktor Miszczenko: – Przecież brakuje Czesława Pawlaka.

Teresa Rogulska: – W Prezydium Solidarności w Stolarce działali Jan Kołodziejczyk i Jerzy Łokietek.

Marek Kowalski: – Bardzo silne było środowisko nauczycielskie z Kazimierzem Chudzianem i Janem Czyżmańskim na czele. W szpitalu działali doktor Mężykowski i Jan Orłowski.

Jerzy Kielak: – Tak, świętej pamięci Jasio Orłowski, chirurg, i Barbara Purchała, pielęgniarka z pogotowia.

Wielkie zdumienie, że już i wielka ulga, że nareszcie

Wieści: – Sierpień 80 w Wołominie. Jaka była atmosfera tamtych dni? Jak szybko docierały wiadomości z kraju, z Gdańska?

Marek Kowalski: – Było zwyczajnie. Słuchaliśmy radia Wolna Europa, Głosu Ameryki, relacji z Gdańska.

Wiktor Miszczenko: – Każdy zakład miał swoją specyfikę. Na przykład, „Gazomontaż” miał swoje oddziały w całej Polsce i kiedy wybuchło to, co wybuchło, wiedzieliśmy o tym natychmiast. Ale sierpień minął spokojnie, dopiero we wrześniu zaczęły powstawać w Wołominie struktury Solidarności. Mam znaczek z października 1980, wydany z okazji pierwszego zjazdu komisji zakładowych w Gdańsku.

Wieści: – W jakich okolicznościach dowiedzieliście się Państwo, o istnieniu Solidarności? Kiedy pierwszy raz usłyszeliście to słowo? I dlaczego zaangażowaliście się w tę walkę?

Jerzy Kielak: – O Solidarności w sensie nazwy dowiedziałem się w czasie podpisywania porozumień gdańskich. Natomiast najlepszą definicję tego słowa znalazłem u św. Pawła: „Jedni drugich ciężary noście, a tak wypełniajcie Prawo Boże”. Dlaczego ta definicja jest tak istotna? Bo w pełni odzwierciedla ideę, jaka przyświecała powstaniu Solidarności. Na drugą część pytania odpowiem tak – a dlaczego miałem się nie zaangażować? Nie potrafię stać z boku, tym bardziej wtedy, gdy dzieje się coś tak wielkiego. Zresztą, to nie stało się nagle, któregoś sierpnia. Tamten system całymi latami pracował na radykalne zmiany, po prostu ludzie mieli dość. Wszyscy zacierali ręce i czekali końca.

Marek Kowalski: – W moim przypadku zaangażowanie w Solidarność było oczywiste. Dzięki bratu byłem związany z opozycją od 1978 roku, w tamtych latach składaliśmy na ulicy Płockiej w Warszawie „Głos”. Nic nie wiem o tym, żeby ktoś przed nami sprowadzał do Wołomina prasę opozycyjną. „Głos” rozchodził się dobrze. Czy baliśmy się? Nie, nie baliśmy się składać, a i później ludzie brali gazetę do ręki, czytali bez strachu. W osiemdziesiątym roku zdałem ciężki egzamin sędziowski, byłem zajęty swoimi sprawami, ale to, że nadejdzie coś wielkiego, traktowałem naturalnie. I wreszcie nadszedł sierpień, i było wielkie zdumienie, że to już, i wielka ulga, że nareszcie.

Myśmy wtedy wiązali z powstaniem niezależnego związku zawodowego wielkie nadzieje. Oczekiwania, zarówno nasze, działaczy, jak i społeczeństwa były ogromne.

Teresa Rogulska: – Mój związek z Solidarnością rozpoczął się w sierpniu 1980 roku. Gdy się wszystko zaczęło, byłam z rodziną nad morzem. Trójmiasto było już praktycznie odcięte, zaczął się główny strajk, wracaliśmy pierwszym pociągiem uruchomionym z Gdyni. A w „Stolarce” okazało się, że nikt nic nie wie o strajku.

Marek Kowalski: – Pani droga była drogą typową. Dziewięćdziesiąt procent późniejszych działaczy przed sierpniem nie miało żadnych związków z opozycją.

Wiktor Miszczenko: – Tamten czas kojarzy mi się z olimpiadą w Moskwie i wydarzeniami na Lubelszczyźnie. W Świdniku przyspawano do torów pociąg, którym, jak wieść gminna niosła, pod płaszczykiem handlu z ZSRR wywożono produkty na olimpiadę.

Jerzy Kielak: – Wszędzie wrzało, ludzie czekali na wybuch.

Partyjny dyrektor wierzył w to, co robiliśmy

Wieści: – Jak kształtowała się wołomińska Solidarność?

Marek Kowalski: – Mieliśmy zerowe doświadczenie w takiej działalności. Skąd mogliśmy wiedzieć, jak się rejestruje związek zawodowy? Utrzymywaliśmy kontakt ze Szpitalną, gdzie wówczas powstawał zalążek Regionu Mazowsze. Stamtąd otrzymywaliśmy informacje o sytuacji w kraju, a wtedy wszyscy byliśmy spragnieni wiadomości. Wołomińska Solidarność kształtowała się spontanicznie, oddział zaczął działać późną jesienią 1980 roku. Przewodniczącym zostałem w styczniu następnego roku. Nieco wcześniej zawiązywały się komisje zakładowe, a jako jedna z pierwszych, powstała komisja w sądzie, gdzie wówczas pracowałem.

Wiktor Miszczenko: – W „Gazomontażu” Solidarność powstawała przy dużym poparciu ówczesnego dyrektora. Choć partyjny, bardzo pomagał przy organizacji struktur związku. Zresztą, po wprowadzeniu stanu wojennego stracił pracę.

Jerzy Kielak: – My, w „Nafcie” byliśmy pierwsi! Wszyscy brali z nas przykład. Nam też pomagał dyrektor K. Wołał mnie, mówił, nie zróbcie tego błędu, uważajcie na tamto. Był członkiem partii, co nie przeszkadzało mu być przyzwoitym człowiekiem. On wierzył w to, co robiliśmy.

W Wołominie strajków nie było

Wieści: – Strajki w Wołominie? Gorący sierpień, Państwo z białoczerwonymi opaskami na ramieniu…

Wiktor Miszczenko: – W Wołominie były pogotowia strajkowe, strajków nie było.

Marek Kowalski: – Nie było strajków wywołanych potrzebami lokalnymi.

Wiktor Miszczenko: – Pogotowie strajkowe wyglądało tak, jak na tym zdjęciu. Komisja zakładowa przejmowała zakład pracy, który stawał się obiektem zamkniętym.

Partia miała kłopot z drugim sekretarzem

Wieści: – W jakim zakresie do Wołomina docierała wielka polityka?

Marek Kowalski: – Autentyczną politykę kreowały Regiony. My zajmowaliśmy się robotą związkową.

Wiktor Miszczenko: – Ale czasami ta polityka docierała także do Wołomina. Późną jesienią 1980 roku lokalne władze doprowadziły do spotkania, na które oprócz miejscowych notabli i pierwszego sekretarza zaproszono pana S., świeżo wybranego posła, prezesa Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej. Całe spotkanie, na którym było masę esbecji, przebiegało pod hasłem, że władza spotyka się z obywatelami. Akurat byłem po lekturze artykułu w „Prawie i życiu”, obnażającym kulisy wyłaniania posłów. Wprost napisali, że towarzysz Gierek decydował, kto ma zasiąść w sejmowych ławach. To dało mi możliwość zapytania, kto to jest pan S., kto na niego głosował i kto go, tak naprawdę, wybrał?

Nieco później, w styczniu, w trakcie kadencji został zmieniony przewodniczący rady miasta. Nowym został pułkownik B. Pierwszy sekretarz Miejsko-Gminnego Komitetu PZPR też został wtedy wymiksowany. Na jego miejsce przyszedł Mieczysław G.

Marek Kowalski: – Z naszego punktu widzenia były to zmiany korzystne. To byli ludzie do dialogu.

Wiktor Miszczenko: – W tym czasie partia miała kłopoty z wybraniem drugiego sekretarza. Nie było, wyobraźcie sobie, w tym czasie, w styczniu 1981, nie było chętnego na to stanowisko. Wreszcie zgłosił się niejaki S. i powiedział – to ja zostanę!

Wieści: – Wspomniał Pan o dialogu, o czym związkowcy rozmawiali z władzą?

Marek Kowalski: – O wszystkim. Od lokalu związkowego poczynając, na sprawach miejskich kończąc.

Wiktor Miszczenko: – Byliśmy już po wybuchu entuzjazmu, istniały struktury oddziału, potrzebowaliśmy lokalu. W drodze wielotygodniowych negocjacji udało się pozyskać lokal przy ulicy Sienkiewicza. Potem potrzebny był teleks, powielacz, tych rzeczy nie można było zainstalować bez zgody władz.

Jerzy Kielak: – Nawet ryzy papieru nie można było kupić bez pozwolenia.

Byłem zwolennikiem strajku, ktoś mnie za to opieprzył

Wieści: – Jak wyglądała batalia o dom partii? Solidarność przejęła najważniejszy budynek w mieście bez kropli krwi. Toż to ewenement w skali kraju!

Wiktor Miszczenko: – Zacznijmy od tego, że w środku miasta stał bardzo okazały budynek, stoi zresztą to dziś, obecnie jest siedzibą starosty. Wtedy w Wołominie były trzy takie reprezentacyjne obiekty, urząd miasta, komenda policji i ten wspomniany dom partii. W 1981 roku urzędowały tam cztery osoby! Było oczywiste, że ludzie, przy tak wielkim głodzie wszystkiego, jaki wtedy panował, zechcą zagospodarować i ten budynek. Pierwsze spotkanie dotyczące domu partii zorganizowane zostało na wiosnę.

Teresa Rogulska: – Był to jeden z pierwszych postulatów Solidarności, żeby otworzyć w tym budynku przedszkole. To ja zgłosiłam ten pomysł i później słyszałam komentarze w rodzaju: wiadomo, kobieta, ma małe dzieci, to chce jej się przedszkola.

Wiktor Miszczenko: – Tym postulatem wywołała pani lawinę. W 1981 roku miejsc w przedszkolach było zdecydowanie za mało.

Jerzy Kielak: – Wiecie, co to jest postulat? Coś, co da się zrealizować „po stu latach”.

Marek Kowalski: – Nasze wystąpienie o przekazanie budynku wywołało szok po tamtej stronie. Niemniej zaczęły się spotkania, rozmowy. Ale o tym, że byliśmy wówczas infiltrowani, nagrywani, dowiedzieliśmy się po latach.

Jerzy Kielak: – Byliśmy naiwni, wystarczyło, że ktoś powiedział, że jest z nami i miał nasze pełne zaufanie. Ale czy można było wtedy postępować inaczej?

Marek Kowalski: – Na pierwszym spotkaniu był naczelnik K., przewodniczący B., partię reprezentował pan J. Przedstawiono nam całą lawinę przeciwności. Przyznawano, że mamy rację, ale bez zgody towarzyszy z Warszawy nic nie da się zrobić. Spotkań było mnóstwo, nic z nich nie wynikało, tymczasem ludzie mówili: jest czerwiec, a dom partii jak był, tak jest. Nic się nie da zrobić po dobroci, tu trzeba szable w dłoń brać i pogotowie strajkowe zwoływać. Ale my w oddziale wołomińskim założyliśmy sobie, że strajk będzie ostatecznością.

Jerzy Kielak: – Byłem wtedy zwolennikiem strajku, ktoś mnie za to opieprzył, to się obraziłem. Fakt, przeszło mi bardzo szybko.

Wiktor Miszczenko: – Wreszcie miejsko-gminna egzekutywa podjęła decyzję, że całego budynku nam nie odda, ale dół – jak najbardziej. To był pierwszy symptom, że jesteśmy na dobrej drodze. Ale potem Warszawa przywróciła naszych towarzyszy do porządku i wszelkie działania w tej sprawie zostały zablokowane. Na nasze szczęście w „Expressie” z 16 lipca 1981 roku ukazał się wywiad z wiceprezydentem Warszawy, w którym zostało napisane, że władza jest dobra i otwarta prospołecznie do tego stopnia, że w budynku partii w Wołominie zostanie otwarty oddział przedszkolny. Wtedy nasza rodzima władza zaczęła udawać, że niby chce przekazać, tylko nie było komu podjąć decyzji. Za to pojawiły się argumenty w rodzaju, oczywiście, oddamy wam dom partii, ale nie jesteśmy przekonani, czy aby na pewno mogą tu przebywać dzieci, czy są odpowiednie parametry itp. W odpowiedzi Kazimierz Polnau w ciągu tygodnia wykonał projekt adaptacji budynku na potrzeby przedszkola. Kiedy przedstawiliśmy dokumenty, sekretarz G. zobowiązał się przekazać część budynku na przełomie września i października. W odpowiedzi zebrałem grupę remontowo-budowlaną z Huraganu i w ciągu dwóch godzin wszystkie ścianki działowe zostały zdemontowane. Partia została postawiona przed faktem dokonanym.

Nie przywiązywaliśmy wagi do symboliki

Teresa Rogulska: – Czy pamiętacie, za co został zdjęty naczelnik K.? Ponoć był zbyt miękkim naczelnikiem, oddał teren gminny pod cmentarz. Poza tym ktoś popatrzył z góry i zauważył, że drogi dojazdowe do kościoła w Duczkach układają się w kształt krzyża. Można nie wierzyć, można się teraz śmiać, ale przed laty za tym kryły się ludzkie tragedie.

Wieści: – Codzienna działalność wołomińskiej Solidarności. Czym się zajmował przewodniczący Oddziału?

Marek Kowalski: – Wszystkim. Od papierosów po sprawy mieszkaniowe, polityczne. Jesienią organizowaliśmy ziemniaki, marchew, cebulę.

Teresa Rogulska: – W Stolarce rozdzielano żywe kury.

Jerzy Kielak: – W osiemdziesiątym roku deputat Barbórkowy to była: ćwiartka wódki, paczka Sportów, bułka, trochę kiełbasy. Wtedy wódki nie było w ćwiartkach, tylko w połówkach i trzeba było dobrać sobie kumpla, żeby z nim ten deputat podzielić.

Marek Kowalski: – Ludzie szukali u nas pociechy i sposobu na sprawiedliwość społeczną. Uważali, że my jesteśmy od wszystkiego. Z komitetu partii przeszli do nas ze swoimi problemami. Każdy z członków prezydium miał dyżur, ja byłem w lokalu przy Sienkiewicza codziennie. Ile z tamtych problemów rozwiązaliśmy? Nie wiem.

Pani powiedziała, przynieście ze sobą zdjęcia. My nie przywiązywaliśmy wagi do symboliki. Może myśleliśmy o sztandarze, o fotografiach, ale wtedy ważniejsza była cebula, większe znaczenie miały szkolenia. Ja na przykład, raz w tygodniu byłem na szkoleniu w Regionie Mazowsze.

Trzeba było ostrożniej, trzeba było szybciej

Wieści: – Atmosfera ostatnich tygodni, potem dni przed stanem wojennym. Ciągle euforia, czy już przeczucie końca?

Jerzy Kielak: – Na początku grudnia 1981 roku Solidarność wydała bardzo ładne karty świąteczne. Ktoś powiedział do mnie: weź więcej tych kart, bo to nasz ostatni druk.

Wiktor Miszczenko: – Atmosfera była jak najbardziej normalna, nikt się nie przejmował przyszłością. Byłem wtedy na zjeździe Delegatów Regionu Mazowsze w Politechnice Warszawskiej i w auli usłyszałem: no, doczekaliśmy się, mamy wprowadzony stan wyjątkowy. A już wcześniej było wiadomo, że na 16 albo 17 grudnia ma być zwołany strajk, taki, który wstrząśnie całym krajem. A w Warszawie zostanie przeprowadzona potężna manifestacja.

Jerzy Kielak: – Teraz oceniam, że byliśmy kretyńskimi optymistami. Wierzyliśmy, że nic nam nie zrobią, a w razie czego, przyjadą z Zachodu bracia na białych koniach…

Marek Kowalski: – Nie! O białych koniach nic nie było. Ufaliśmy, że władza nic nie zrobi, bo czuliśmy swoją potęgę. Dziesięć milionów ludzi, to jest coś!

Późna jesień 1981 roku to była gorąca jesień. Cały czas coś się działo, były potężne strajki. Przecież pośrednim pretekstem do wprowadzenia stanu wojennego był strajk w Wyższej Szkole Pożarnictwa. Milicja weszła do tej szkoły w nocy, z piątku na sobotę, a dzień później ogłoszono stan wojenny. A kiedy go już wprowadzono, ludzie Solidarności podzielili się na dwie grupy. Takich, co mówili – trzeba było ostrożniej, i takich co uważali – trzeba było szybciej.

Z jednej strony to był szok

Wieści: – Trzynasty grudnia w Wołominie, trzynasty grudnia w Państwa wspomnieniach.

Marek Kowalski: – W sobotę wybraliśmy się z żoną na bardzo późny seans do kina, na (nomen omen) „Czas Apokalipsy” Coppoli. W niedzielę wstałem później, niż zwykle, właściwie obudziła mnie żona. W chwilę później zobaczyłem pierwsze wystąpienie Jaruzelskiego. Zrozumiałem, że skończył się czas spontaniczności, zaangażowania i wewnętrznej ludzkiej uczciwości. Minął bezpowrotnie. Jak mówią Czesi „to se ne vrati”. To był autentyczny szok, z którym trzeba było uporać się jak najszybciej, bowiem to właśnie ode mnie oczekiwano podjęcia decyzji, co robić dalej.

Około godziny dziesiątej byliśmy w siedzibie Solidarności i Syrenką Czesława Pawlaka wywieźliśmy powielacz i maszynę do pisania. Jakby w przeczuciu, że coś się wydarzy, w piątek, a może w czwartek Grzegorz Lipski opróżnił w banku konto Solidarności. W nocy drukowaliśmy na powielaczu ulotki, już w poniedziałek były rozprowadzane z „Zantenie” i „Stolarce”. W Hucie – nie, bo nie było komu. Zwróciłem się co prawda do jednego działacza Solidarności o pomoc, ale odmówił, tłumaczył, że nie może, boi się, ma małe dzieci. Tego mu nigdy nie wybaczę. Każdy z nas miał wtedy małe dzieci.

Wieści: – A Pan nigdy się nie bał?

Marek Kowalski: – Oczywiście, że się bałem.

Wiktor Miszczenko: – A ja się nie bałem.

Wieści: – Co takiego było w tych ulotkach? Jakieś wywrotowe hasła, wezwanie do walki?

Marek Kowalski: – Ależ skąd, teksty w rodzaju: „Nie damy się” i „Solidarność żyje”.

Wiktor Miszczenko: – Ku pokrzepieniu serc.

Marek Kowalski: – Przez kilka dni nie nocowałem w domu, bałem się aresztowania. Spotykaliśmy się z ludźmi z Huty, ze Stolarki, zastanawialiśmy się, co dalej robić. Nie podjęliśmy decyzji o strajku, ważniejsze było bezpieczeństwo związkowców, chęć zachowania struktur organizacji. Przecież pierwsze, co się ukazało, to obwieszczenie o karach za wystąpienia przeciwko postanowieniom stanu wojennego. Wszystko było zbrodnią!

Wiktor Miszczenko: – Minimum trzy lata, aż po karę śmierci.

Jerzy Kielak: – Pamiętam skoty na ulicach Wołomina. Ale myśleliśmy, że stan wojenny będzie trwał tydzień, dwa, potem będzie Boże Narodzenie i wszystko się skończy.

Wiktor Miszczenko: – Mnie pierwsze dni stanu wojennego kojarzą się z następującymi zdarzeniami. Miesiąc przed stanem wojennym umówiłem się z ludźmi z „Barki Kołobrzeskiej”, że przygotują mi trzy beczki śledzi, już na święta. Mam przygotowany wyjazd na 14 grudnia. Idę tego dnia do pracy, a tu „Gazomontaż” zmilitaryzowany, wartownicy z bronią. Przyjeżdża po mnie żukiem kierowca z Ząbek, „Rumcajs” i pyta, co robimy. Jedziemy. Ale żeby jechać, trzeba mieć paliwo. Organizuję zatem sześć kanistrów paliwa, biorę trzy litry bimbru i jedziemy. Mijamy pusty kraj, po drodze samochód nawala, holują nas do jakiejś mieściny. Ludzie, usłyszawszy o co chodzi i po co jedziemy, błyskawicznie i bezpłatnie naprawiają samochód. Mimo przeciwności, śledzie do Wołomina przywieźliśmy. Stan wojenny też miał swoje „dziury” i wcale nie był tak świetnie zorganizowany. A dwa dni przed Wigilią, z lewymi „kwitami” pojechałem na zielonkowski poligon, na stawy hodowlane i kupiłem kilkaset kilogramów karpia. Rozsprzedaliśmy go poprzez zakładową stołówkę. Pamiętam, że towaru było tyle, że nawet „bezpieczniacy” obstawiający „Gazomontaż” robili zakupy, wylewnie dziękując.

Czy państwo wiecie, co to lojalka?

Marek Kowalski: – Wojsko nie przyszło po mnie ani trzynastego, ani następnego dnia. Dopiero jakiś czas później władza przysłała po mnie samochód z sugestią, że powinienem jechać do oddziału i zrobić inwentaryzację. Pracowałem wtedy w sądzie i jedna z sędzin poszła ze mną, obawiając się aresztowania, internowania. Jeżeli oczekujecie dramatów, czy krwi, to w Wołominie tego nie było. Internowania zaczęły się znacznie później. We wrześniu 1982 roku zostali internowani w Białołęce Stanisław Nowak, Jan Wołoszczuk, Tadeusz Cudny. Ten ostatni za rozklejanie ulotek. Solidarność w stanie wojennym tak naprawdę tylko w „Stolarce” działała prężnie.

Teresa Rogulska: – Ja i Elżbieta Smolis byłyśmy internowane w listopadzie 1982 roku. Zaczęli nas „tykać” już wiosną, wzywali na ulicę Okrzei w Warszawie. Najpierw Elżbietę, czekaliśmy: wróci, nie wróci. Za kilka dni wzywano mnie. Przesłuchanie. Aresztowanie na 48 godzin. A przecież nic szczególnego wtedy nie robiłam. Rozprowadzanie gazetek, jakieś pisanie. Normalna działalność. Chyba tylko zbyt dużo wiedziałam. W listopadzie znowu aresztują na 48 godzin. Wypuszczają. Znowu zamykają. Wreszcie przyszli do mnie do domu, wieczorem. W domu akurat moja mama chora na serce i dwoje dzieci, akurat też chorych. Dali lojalkę do podpisania. Kategorycznie odmawiam – nie. Zwracają się do męża, niech pan wytłumaczy żonie, nakłoni do podpisania. Mąż daje do zrozumienia, że jestem dorosła i sama podejmuję decyzje.

Marek Kowalski: – Czy państwo wiecie, co to lojalka? To było oświadczenie, że będzie się przestrzegało przepisów stanu wojennego. Z lojalką zetknęła się większość działaczy Solidarności.

Wieści: – Podpisywali?

Marek Kowalski: – Nie znam nikogo, kto podpisał.

Za próbę obalenia ustroju

Teresa Rogulska: – Dali dziesięć minut na spakowanie. Zawieźli na komendę milicji, tam spytali: „Była pani w Darłówku?”. Nie, odpowiedziałam. „To pani będzie”. Wręczyli decyzję o internowaniu z uzasadnieniem „za próbę obalenia ustroju”. Chyba ubecy mnie przecenili! Po 48 godzinach przewieziono mnie do Pałacu Mostowskich, tam zbierano „turnus” do Darłówka. Wieźli nas od czwartej rano do pierwszej w nocy. Jak tam było? W sumie nie tak źle. Pamiętam miejscowego proboszcza, który każdemu internowanemu dawał Pismo Święte. Mam je do dziś, z wpisami między innymi Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego.

Wypuścili mnie na początku grudnia. Mąż przyjechał na widzenie, na miejscu dowiedział się, że wychodzę. Wróciłam do domu, wróciłam do pracy. Bo pracę w „Stolarce” straciłam już za czasów nowej Solidarności.

Marek Kowalski: – Najdłużej był internowany Janek Szubierajski i to w zakładzie karnym, w Białołęce. Wyszedł wiosną 1983 roku i przyjechał prosto do mnie. Bo Janek Szubierajski bez „konspiry” po prostu nie mógł żyć.

U pana znajdziemy broń

Wieści: – Wspomniał Pan, że środowisko Solidarności było inwigilowane, o czym dowiedzieliście się znacznie później. W jakich okolicznościach?

Marek Kowalski: – Pierwszy raz byłem przesłuchiwany pod koniec stycznia 1982. Dość łagodnie, pytali, czy podpiszę lojalkę, czy nie. Podczas drugiego przesłuchania, już w obecności nie tylko miejscowych, ale i warszawskich esbeków, pytali mnie o struktury Solidarności, o Janka Szubierajskiego. Jeden z przesłuchujących, żeby zademonstrować swoją wiedzę, przytaczał mi niektóre nasze wypowiedzi z czasów przejmowania domu partii. Były to niemal dokładne wypowiedzi. Dziś już nie wiem, czy puszczał taśmy z nagraniami, czy mówił z pamięci. Nawet nie byłem zdziwiony.

Niezależnie od przesłuchań, w stanie wojennym było bardzo dużo rewizji, było też kilka procesów. Jedna po drugiej wpadły drukarnie w Markach. A już drobnych przeszukań było mnóstwo, taka forma nękania.

Teresa Rogulska: – Jak wróciłam z Darłówka, też miałam rewizję w domu.

Wiktor Miszczenko: – To są bardzo indywidualne wspomnienia. Po mnie UB przyszło w nocy, z 14 na 15 grudnia. Przed aresztowaniem uratowało mnie to, że wyjechałem. Pierwszy raz zwinęli mnie w zakładzie pracy, w styczniu 1982 roku. Muszę przyznać, że obchodzili się ze mną arcykulturalnie. Dzisiaj wiem, dlaczego. Otóż dyrektor „Gazomontażu” zagwarantował partyjnym słowem, że musiałem wyjechać na Wybrzeże w ważnych sprawach związkowych.

A potem, dwa razu w roku, aż do zniesienia stanu wojennego, miałem w domu rewizję. Przychodzili i mówili: Proszę pana, mamy informację, że u pana znajdziemy broń. Oczywiście, nic nie znajdowali, ale pracę musiałem zmienić.

Ludzi z Solidarności 80 już nie ma

Wieści: – Na przełomie osiemdziesiątego i osiemdziesiątego pierwszego roku wołomiński oddział liczył dwadzieścia tysięcy ludzi. Gdzie są ci ludzie, co się z nimi stało?

Marek Kowalski: – Tak, dwadzieścia tysięcy ludzi, od Ząbek po Tłuszcz. Wiele osób zrezygnowało z działalności w związku w stanie wojennym. Po prostu, minęła euforia, chęć walki, wszystko się wypaliło. Kolejne lata, 1984 – 1986 były zdecydowanie słabe, zabrakło zorganizowanej struktury, działalność opierała się na kręgu znajomych, przyjaciół. Składki były zbierane po kryjomu. Dopiero w 1987 roku nastąpiła pierwsza pobudka, inicjatywę przejęła nowa generacja: Waldek Różycki, Tomek Pękalski, mój brat Juliusz, Krzysiek Oksiuta. Im związek zawdzięcza reaktywowanie na tym terenie.

Wieści: – A Pan, przewodniczący Oddziału, kiedy złożył legitymację Solidarności?

Marek Kowalski: – Nigdy nie było nic takiego, jak formalny akt przynależności do Solidarności. Ja osobiście zakończyłem działalność związkową w 1990 roku. Ale jeszcze rok wcześniej stara kadra uczestniczyła w wyborach. Pamiętacie pierwsze wolne wybory? Braliśmy udział w komisjach wyborczych.

Teresa Rogulska: – Gdy w 1989 roku powstawała nowa Solidarność, pewna pani powiedziała do mnie: jak chcesz należeć, to musisz poprosić o przyjęcie. No cóż…

Jerzy Kielak: – Po Okrągłym Stole zrozumiałem, że wszystko, cała działalność związkowa idzie w kierunku: władza – pieniądze – zaszczyty. W takiej Solidarności nie widziałem dla siebie miejsca.

Wiktor Miszczenko: – W 1989 zostałem przewodniczącym Komisji Zakładowej „S” w SBM w Wołominie, a rok później przewodniczącym Oddziału w Wołominie. W 1991 zostałem wybrany do Zarządu Regionu Mazowsze. Początki były entuzjastyczne, jednak dość szybko nastroje zmieniły się, w zderzeniu z rzeczywistością. Zrezygnowałem w 1995 roku. Dlaczego? To była już inna Solidarność. Brakowało spontaniczności, wewnętrznej uczciwości, jaką miała tamta, pierwsza. Związek przestał być reprezentantem znaczącej części społeczeństwa. I ludzie to odczuwają.

Marek Kowalski: – Może to zbyt radykalne stwierdzenie, że w Wołominie nie ma Solidarności. Istnieje, choć w szczątkowej formie. Ale ludzi z Solidarności 80 już w niej nie ma. A ci nowi? Cóż, to bardziej politycy niż związkowcy.

Poza nazwą, nic nie zostało

Wieści: – Minęło dwadzieścia lat. Co zostało z tamtej euforii, z tamtych postulatów, z marzeń i idei?

Wiktor Miszczenko: – Popioły i zgliszcza. Jednym z pierwszych postulatów Solidarności było, żeby ten kraj znormalniał, żeby gospodarką zarządzali fachowcy, żeby nie było nepotyzmu. O to walczyliśmy na początku lat osiemdziesiątych.

Teresa Rogulska: – Nic, poza świadomością, że coś tam się dla miasta, dla kraju, dla ludzi robiło.

Marek Kowalski: – Z Solidarności, poza nazwą, nic nie zostało. Wiele osób chętnie, acz w sposób nieuprawniony, łączy swe życiorysy z Solidarnością. O braku jakichkolwiek związków Solidarności z lat osiemdziesiątych i tej nowej, niech świadczy choćby taki przykład odrażającej postawy: kiedy w ubiegłym roku zginął tragicznie Janek Szubierajski, legenda tutejszej Solidarności, ludzi z nowej „S” nie stać było nawet na okazjonalny wieniec.

Zawsze odpowiem, że było warto

Wieści: – To czy warto było? Walczyć dla idei, po to, żeby teraz zbierać ten popiół? Naprawdę – warto?

Teresa Rogulska: – Było warto. Wtedy wierzyliśmy w to, co robiliśmy. Szkoda tylko, że ci, którzy teraz w życiorysach powołują się na Solidarność, nie działali wtedy z nami.

Wiktor Miszczenko: – Na pewno było warto. Przecież nikt nie był w stanie przewidzieć skutków zrywu robotniczego. A jest jedno niekwestionowane osiągnięcie, demokratyczne wybory co cztery lata.

Jerzy Kielak: – Człowiek nie ma się czego wstydzić. Mogę śmiało powiedzieć, że nie mam nic do ukrycia. Nie muszę dorabiać ideologii do życiorysu. Mamy demokratyczne państwo, teraz nie ma co rozdrapywać przeszłości, tylko trzeba wziąć się do roboty.

Marek Kowalski: – Warto było. Jak najbardziej, warto. Nawet gdybym wiedział, jakie będą skutki, podjąłbym się tego samego. Ten kraj przed 1980 rokiem był szary, zły. Solidarność wywołała w ludziach tyle pozytywnych uczuć. Dlatego zawsze odpowiem, że było warto.

PS. Od redakcji: Oczywiście, że warto było spotkać się w takim gronie, choćby po to, żeby przywołać ludzi, którzy dwadzieścia lat temu zakładali w Wołominie Solidarność, żeby przypomnieć prawdę o tamtych sierpniowych i grudniowych dniach, żeby odkurzyć przysypane kurzem czasu, a jak się okazało, i popiołem, karty z historii Wołomina.

I tylko szkoda, że, przekazując wiernie wypowiedziane przez naszych gości słowa, nie mogliśmy oddać towarzyszących im emocji, wręcz gorącej atmosfery spotkania.
Wrzesień 2000

2 Komentarzy

  1. Pingback: portal Wołomin | Popioły i zgliszcza

  2. KLUCHA

    Dlaczego ani słowa o Hucie szkła, o przewodniczącym Solidarności W. Majewskim, a w szczególności o Gerardzie Różyckim, który był ojcem chrzestnym huckiej solidarności, bez niego ta organizacja w HUcie by nie powstała. przedwcześnie odszedł od nas. CZEŚC JEGO PAMIĘCI.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.