Powieść mego życia

Wakacje w roku 1879, 1880, 1882 spędziłem na wsi, w Wołominie, na prawym brzegu Wisły, o 16 wiorst od Warszawy, tuż przy pierwszej stacji kolei warsz.-petersburskiej. Wołomin był to majątek starych Ehestadtów, dzierżawiony przez ich zięcia a mojego wuja, Gustawa Granzowa, stale przez nas „wujaszkiem Guciem” nazywanego. Czym Mickuny dla Słowackiego, a Szafarnia dla Chopina, tym dla mnie był Wołomin; a jeżeli wieś polska jako najczystszy, najbardziej lechicki wytwór obyczaju polskiego, jako rdzennie polskie środowisko i otoczenie, dające możność ciągłego i bezpośredniego stykania się z ludem, nie może pozostać bez silnego wpływu na serdeczne przywiązanie się do ziemi rodzinnej, do ojczyzny, to w moim życiu odegrał tę rolę Wołomin.

Z Wołomina mam najwięcej wspomnień wiejskich; to była ta wieś, która we mnie urobiła wyobrażenie o wsi polskiej, o jej poezji, o polskim i mazowieckim krajobrazie, o ludzie polskim, o życiu na wsi, zarówno we dworze, jak w czworaku, wśród zabudowań dworskich, jak w zagrodzie włościańskiej, w karczmie i na plebanii, na targu lub na odpuście, w lecie podczas żniw lub w zimie podczas sanny. O wszystkim tym nabrałem rzetelnego pojęcia dopiero w Wołominie. Na lata bowiem, gdy wakacje zacząłem spędzać w Wołominie, przypada właśnie moja najwcześniejsza młodość, ta rzeźbiarka, według szczęśliwego wyrażenia Krasińskiego, co wykuwa żywot cały, co na całym życiu wyciska swe niezatarte piętno. Jakkolwiek do Wołomina jeździłem i przed rokiem 1879, mianowicie na święto Trzech Króli, na które wujostwo stale: zapraszali całą rodzinę, to jednak od tego roku dopiero datują się moje prawdziwe wspomnienia wołomińskie, nawet wspomnienia zabaw i szlichtad na Trzy Króle. Był to dzień, w którym wujaszek Gucio obchodził swe urodziny, a że w ogóle przepadał za wesołą zabawą, więc i ten dzień obchodził uroczyście.

Cóż to była za pyszna i bujna zabawa! Przyjeżdżało się około II-tej przed południem. Oboje wujostwo razem ze swymi dziećmi, Micią i Olesiem, już nas oczekiwali na stacji, po czym całą gromadą, w kilkadziesiąt osób, szło się do dworu, odległego o jakieś tysiąc kroków od stacji. We dworze zaraz rozpoczynał się obiad, który trwał dosyć długo. Po obiedzie, w kilkanaście sań, jechało się w stronę lasu i na zamarznięte łąki, gdzie młodzież używała ślizgawki, a starsi rozgrzewali się „wołomińskim petercymentem”, czyli rodzajem ponczu, którego wujaszek Gucio nauczył się robić w Szwecji. Z zapadającym zmrokiem wracało się do dworu, gdzie już w uprzątniętym salonie czekali muzykanci, Żydki z Radzymina. Rozpoczynały się ochocze tańce, podczas których w sąsiednich pokojach grano w karty lub posilano się przy obfitym bufecie. A że ostatni pociąg, mający odchodzić 10-tej wieczór, najczęściej z powodu zasp śnieżnych spóźniał się o parę godzin, więc pamiętam, że raz tańczono prawie do 2-ej w nocy.

Letnie miesiące r. 1879 spędziliśmy w Wołominie, w gościnie u wujostwa, we dworze, gdzie rodzice mieli osobny pokój przy salonie, a ja miałem łóżko w pokoju mego kuzyna Olesia, nazywanego Olkiem. Że jednak ojciec był zwolennikiem przysłowia: kochajmy się jak bracia, rachujmy się jak Żydzi (które powtarzał przy każdej okazji), więc była to gościna połowiczna; po prostu mieszkaliśmy u wujostwa jak en pension, za pewnym wynagrodzeniem (zdaje się po rublu od osoby), a prócz tego ojciec przyjeżdżając co sobotę na całą niedzielę, zawsze z sobą przywoził mnóstwo prowiantów, mięsa, ciasta, cukrów, wina etc. Razem z nami mieszkała tego lata u wujostwa we dworze także i babka Granzow.

Z wakacji tych, jak i z następnych, które spędzałem w Wołominie, na całe życie pozostały mi najmilsze wspomnienia, wszystko zaś, co łączy się z letnimi wywczasami, tak żywo jeszcze po dziś dzień stoi mi w pamięci, że i w tej chwili nawet, gdy kreślę te kartki, potrzebuję tylko zmrużyć oczy, by widzieć obszerny, parterowy dwór wołomiński, typowy dwór wiejski polski, kryty gontem, z zielonymi okiennicami w oknach, z wielką, drewnianą werandą na podmurowaniu, do której prowadziły szerokie, oszklone drzwi z salonu, a z której po paru schodkach schodziło się do ogrodu. […]

W roku 1879 tylko w niedzielę było sporo osób z Warszawy, a przez cały tydzień żyło się spokojnie, zupełnie po wiejsku. Wuj, wstający o 5-ej, był zajęty żniwami, ciocia Guciowa (nawiasem mówiąc bardzo przystojna i nie wolna od pewnej dozy kokieterii) miała sporo roboty przy gospodarstwie, zwłaszcza przy drobiu i mleku, babcia, przez cały dzień siedząc na werandzie, robiła pończochy na drutach, moja matka znów razem z Micią robiły szydełkiem, a ja całe dni spędzałem z Olesiem. Najwięcej bawiliśmy się w ogrodzie i na podwórzu. Robiliśmy łódki z kory sosnowej, które puszczaliśmy na sadzawkę, aby do nich z brzegu strzelać z małych armatek z rurek gazowych, które ja przywiozłem z Warszawy. Podczas żniw zwoziliśmy snopki z pola do stodół, a po sianokosach pomagaliśmy przy układaniu stogów; przy omłocie przesiadywaliśmy w stodole, pomagając w znoszeniu snopków do młockami: słowem, w całej pełni używaliśmy życia wiejskiego, prawie zapominając o lekcjach, którym jednak wypadało poświęcić przynajmniej godzinkę dziennie, zwykle w samo południe, gdy upał był najdokuczliwszym. Po obiedzie szło się do lasu, przede wszystkim na grzyby, które zaraz tego samego wieczoru jadło się przy kolacji, smażone lub duszone. Specjalnie dla babci szukało się rydzów, których była wielką amatorką. Obiady i kolacje jadało się na werandzie, a każda kolacja zaczynała się od zsiadłego mleka z kartoflami. Po obiedzie zawsze musiałem wujaszkowi czytać na głos „Wiek”, którego był stałym prenumeratorem. Szczególniej „Przegląd Polityczny” musiał być przeczytany w całości, bo wuj bardzo się interesował polityką.

W niedzielę raz po raz jeździło się do kościoła w Kobyłce, a gdy przyjechali goście z Warszawy, a w ich liczbie i myśliwi, asytowaliśmy przy łowach (choć zwierzostan w Wołominie na ogół był nietęgi). Polowania te, z psami, a czasem i z naganką, pod przewodem wujaszka Gucia, w których uczestniczył i mój ojciec, miały ogromny urok dla mnie, pomimo że na nie wybierałem się tylko z łukiem trzcinowym albo z „włócznią” w postaci długiej, leszczynowej tyki. Podobnie uzbrojony był i Olek Granzow. A jednak pomimo tak prymitywnej broni nie wracaliśmy bez trofeów. Pamiętam, że moją pierwszą kuropatwę zabiłem z łuku, którego ofiarą padło też i parę dzikich kaczek na Białych Błotach. Bo choć łukowi daleko do dubeltówki, to przecież obaj, i Oleś, i ja, strzelaliśmy bardzo celnie, strzały zaś, „pierzaste” na wzór Parysowych z Iliady, zakończone żelaznymi kolcami, robiliśmy tak lotne, że trafialiśmy nimi do celu na kilkadziesiąt kroków.

W niedzielę po południu, gdy gości zjechało się sporo, na podwieczorek jeżdżono do lasu, a jazda odbywała się kilkoma wozami drabiniastymi, na siedzeniach ze słomy, wysłanych dywanikami lub kocami. Młodzież jechała konno, w braku siodeł na oklep. Między innymi i ja dosiadałem jakiegoś rosynanta, przy czym raz, jadąc na poduszce przymocowanej popręgiem, tak sobie odparzyłem pewną część ciała, że mi matka musiała w paru miejscach przylepiać plasterki angielskie. W lesie spożywano podwieczorek, przy czym dla mężczyzn nie obchodziło się bez wołomińskiego petercymentu. Siedziano na ziemi, na trawie lub na rozpostartych pledach; panowie, często bez surdutów, urządzali różne zabawy, weselono się, śmiano, jednym słowem bawiono się doskonale: sypały się dowcipy i żarciki, a czasem nie brakło i komplementów. A wszystko to na tle ślicznego lasu, na pół liściastego, na pół iglastego, z mnóstwem malowniczych brzóz i jesionów, i modrzewi, z pięknymi polankami, ba, nawet z mrowiskami. Wśród tych niedzielnych gości, rekrutujących się wyłącznie z bliskich krewnych, głównie z rodziny Ehestadtów, prym trzymali starzy państwo Ehestadt: on był starym Niemcem, fachowym piernikarzem, słowa nie mówiącym po polsku, a na wsi w Wołominie szczególniej palącym się do ogrodnictwa; ona zaś, czysto mówiąca po polsku, choć przekroczyła pięćdziesiątkę, jeszcze nie przestała być wrażliwą na urok mężczyzn, tak że babcia Granzow wyrażała się o niej złośliwlie: Sie mochte noch etwas wissen.

Syn ich, najstarszy w rodzeństwie, bardzo przystojny, wielki utracjusz i birbant przed kilkunastu laty świeżo powrócił z Ameryki, dokąd musiał uciekać przed wierzycielami, a gdzie pędził żywot awanturniczy jako ochotnik w wojsku meksykańskim. Opowiadania jego o różnych wyprawach na Indian może trąciły blagą, w każdym razie nic nie traciły na porównaniu z powieściami Jules Verne’a, które wtedy z Olesiem czytywaliśmy z zapałem. Pamiętam, jak nam opowiadał o słynnej powieści Smolleta o awanturniczych losach Margrabiny, którą z niewypowiedzianym zajęciem czytał wieczorami w obozie na stepie, przy obozowym ognisku, w pościgu za Indianami. Którejś nocy tak był zaczytany w tej powieści, że zapomniał o spaniu. Do rana byłby skończył czytanie, ale niestety, zatrąbiono na alarm, okazało się bowiem, że Indianie w przeważającej ilości urządzili nocny atak na obóz. Wypadło dosiąść koni i odstrzeliwując się zmykać. W powstałym popłochu nie mógł myśleć o zabraniu interesującego romansu. Tym sposobem nie dowiedział się nigdy, jak się skończyła romantyczno-erotyczna historia Margrabiny.

Oprócz sióstr cioci Guciowej, nie grzeszących urodą (z których ostatnia, najmłodsza i najbrzydsza, wyszła wtedy za Vogta, mechanika, Niemca, nie mówiącego słowa po polsku), poznałem tu rodziny Glacklerów, Hilknerów i Thielów, przy czym mała Mania Thiel (z czasem pani Hegner) podobała mi się szczególniej. Co pewna, że jej kokieteria już wtedy robiła wrażenie na mnie, a także i na kuzyna mego, Olesia. Toteż obaj kochaliśmy się w niej, tak że ona stała się niewyczerpanym tematem naszych rozmów wieczorami i we dnie, a zwłaszcza wieczorami, gdyśmy już leżeli w łóżku… Między niedzielnymi gośćmi bywającymi u wujostwa nie brakło i urzędników kolejowych, począwszy od naczelnika stacji, p. Liedtkego, który nie tylko w czerwonej czapce chodził po peronie, gdy pociąg stał na stacji, ale nadto doskonale grał na harmonii, a skończywszy, na jego pomocniku, p. Ryżowie, i dwóch telegrafistach, młodych Palińskich. Żyło się z mml w przyjaźni, co pod wieloma względami nie było bez korzyści, np. gdy się chciało mieć lepsze miejsca w pociągu lub chodziło o to, żeby pociąg odszedł parę minut później. Byli to zresztą ludzie mili i poczciwi: Liedtke, jako Kurlandczyk, odznaczał się wyższą kulturą i ogładą, a zakochany w pani Wereithin (ta piękna pani Wereithin, bardzo przystojna wdowa, z pewnością miała wszelkie dane po temu, by zostać panią Liedtke. Niestety, zmarła na galopujące suchoty. A bynajmniej nie wyglądała na suchotnicę, będąc bardzo pulchnej tuszy.), która wrtedy w Wołominie mieszkała na letnim mieszkaniu, rozwijał wiele wdzięku. Ryżow, choć Moskal, był poczciwym fujarą, a choć ożeniony z Rosjanką, u której miał świetne miejsce… pod pantoflem, w domu rozmawiał z dziećmi po polsku; dwaj Palińscy zaś, Polacy i katolicy, z których zwłaszcza jeden cieszył się szczególnymi łaskami u dość apetycznej pani Ryżowowej, bardzo byli sympatyczni. Stąd chwile, które się spędzało na stacji (bo prawie co dzień chodziło się o 6-tej po południu na przyjazd pospiesznych pociągów), upływały bardzo przyjemnie; dla mnie zaś, który specjalnie interesowałem się lokomotywami towarowymi o niskich, czarnych kołach, i kurierskimi o wysokich, czerwonych, była to przyjemność podwójna, zwłaszcza gdy zaprotegowany przez któregoś z Palińskich mogłem wejść na lokomotywę, rozmawiać z maszynistą i palaczem, oglądać całe urządzenie pod budką maszynisty.

W roku 1880 nie mieszkaliśmy we dworze u wujostwa, lecz jako „letnicy” razem z Temlerami i Pfeifframi zajmowaliśmy jeden z domów w pobliżu stacji, ktore wuj wynajmował na letnie mieszkania. Były to pamiętne dla mnie wakacje, albowiem za promocję z drugiej do III klasy dostałem od ojca karabinek flowerowy (przywieziony z Parryźa przez Penkalę w pledzie razem z laskami i parasolami). Odtąd zaczęła się moja namiętność myśliwska, mająca trwać dosyć długo. A że strzelałem celnie, więc nie było dnia, żebym nie zabił paru wróbli, śmieciuch, skowronków, pliszek, a nawet jaskółek. W lesie zabijało się mysikróliki, sójki, dudki. Wróble i śmieciuchy piekło się jak kwiczoły, dla babci Granzow (mieszkającej, jak i w roku zeszłym, we dworze); inne ptaszki zjadała służba. W ogóle polowania tego lata grały w mym życiu główną rolę, gdyż co niedzielę przyjeżdżał Lutek Temler, Władzio Pfeiffer mąż Julci, Stasio Pfeiffer, zakochany w Mici Temler, Mieczysław Pfeiffer, młody Rozmanith, kochający się w starszej Pfeiffrównie (z którą się z czasem ożenił), nie mówiąc już o moim ojcu, o wujaszku Guciu i młodym Ehstadtcie, który jako „wujaszek Albert” a były wojskowy amerykański rzeczywiście strzelał doskonale. Jakoż były to polowania na dość dużą skalę, zwłaszcza na dzikie kaczki na Białych Błotach. Ale i na polach po skończonych żniwach dość się mordowało kuropatw i zajęcy. Ja z flowerem i moi rówieśnicy, dwaj Olesie, Granzow i Temler, stale braliśmy udział w tych łowach, ale ponieważ z floweru trudno zabić zająca, więc nasze role ograniczały się głównie do noszenia zabitej zwierzyny, do uganiania się za rannymi kuropatwami, uciekającymi na piechotę.

Atmosfera rodzinna panująca w domu była bardzo miła. Julcia Pfeiffer, uczennica Dobrskiego, śpiewała mnóstwo pieśni polskich, francuskich i włoskich, matka moja, która jej akompaniowała zwykle, dużo grywała na fortepianie; czasem śpiewano chórem nawet pieśni patriotyczne (bo choć na stacji nie brakło żandarma, to jednak było to poczciwe człeczysko, nie budzące żadnej obawy). Tej patriotycznej atmosfery było aż nadto chwilami, bo cała młoda generacja Temlerów i Pfeiffrów z Julcią Pfeiffer na czele myślała bardzo gorąco, po prostu szowinistycznie, a że bona Niemka od Temlerów, pani Wenzke, osoba niepospolitych zalet i inteligencji niezwykłej, prowadząca całe gospodarstwo, była patriotką niemiecką, i do tego wielbicielką Bismarcka, więc często przychodziło do roznamiętniających dysput politycznych, które dopiero moja matka musiała mitygować. Wieczorami, po kolacji na werandzie, czytywaliśmy na głos, przy czym ja zwykle bywałem lektorem. W ten sposób przeczytaliśmy Robinsona Krusoe w tłumaczeniu z oryginału Defoego, w dwóch dużych tomach z ilustracjami, tudzież Spekulanta i Tadeusza Bezimiennego, przy której to sposobności dowiedziałem się od ojca, że Korzeniowski, choć opisana w Tadeuszu Bezimiennym historia romansowa była osnuta na fakcie rzeczywistym, bardzo wiele miał przykrości z powodu tej powieści, że nią bardzo się naraził opinii, bo mu nie chciano przebaczyć, że opisał grzeszny romans Polki z Moskalem i że swemu bohaterowi dał służyć w wojsku rosyjskim. Drugim autorem, którym tego lata interesowałem się najbardziej, był Homer w przekładzie Dmochowskiego, w egzemplarzu Józia Temlera. Rozczytując się w Iliadzie i Odysei, z których wiele ustępów nawet umiałem na pamięć, najbardziej o ich mitycznym twórcy, a zwłaszcza o bohaterach trojańskich lubiłem rozmawiać z Józiem Temlerem, zwłaszcza że różniliśmy się pod względem naszych sympatii: podczas gdy ja entuzjazmowałem się dla Achillesa, on cenił wyżej Hektora, który dlań był o wiele sympatyczniejszym nie tylko jako przykładny mąż Andromaki, ale jako dzielny obrońca Troi, jako patriota trojański, który ostatecznie życie poświęcił dla ojczyzny, podczas gdy Achilles bił się tylko dla sławy, dla ambicji. W ogóle Józio tym się różnił w swych sądach ode mnie, że gdy ja rzeczy brałem uczuciowo, entuzjastycznie, on, jako starszy i dojrzalszy umysłowo, a przy tym usposobienia spokojniejszego, trzeźwiejszego, na różne sprawy zapatrywał się krytycznie. Tak samo odnosił się i do bohaterów Iliady. Pamiętam np., że ostro krytykował Helenę, która najspokojniej oddawała się amorom z Parysem wtedy, gdy Grecy, a więc jej rodacy, bili się o jej sprawę, gdy między nimi był i jej prawy małżonek. Niemniej surowo sądził Achillesa, że pokłóciwszy się z Agamemnonem, i to o kobietę, o brankę, cofnął się wraz ze swymi wojskami od udziału w walkach o zdobycie Troi, co, mówiąc po prostu, omal nie równało się zdradzie. Było to z punktu widzenia greckiego postępowanie antypatriotyczne, z czego zresztą sam Homer nie zdawał sobie sprawy. O ileż wyższym pod tym względem, o ileż szlachetniejszym jako człowiek, jako mąż, jako obywatel, świadomy swej misji, był Hektor! Zdaniem Józia Temlera, daleko piękniejszym charakterem aniżeli Achilles był jego przyjaciel Patrokles, który w ogóle, po Hektorze, jest najładniejszą postacią w Iliadzie. Podobne dyskusje oczywiście miały swój kształcący wpływ na mnie. Przy tej sposobności dowiedziałem się wtedy, że istnieje dalszy ciąg Iliady w postaci Achilleis Goethego i dalszy ciąg Odysei w postaci Przygód Telemaka Fenelona. Koniecznie chciałem czytać te dzieła, ale jakoś nie przyszło do tego nigdy, ani teraz, ani później.

Naturalnie, że gdzie było tyle dzieci razem, tyle chłopców i dziewcząt, tam musiały się wytworzyć i różne erotyczne stosuneczki pomiędzy nimi. Moje serce palpitowało głównie do Naci Pfeiffer, w której również podkochiwał się i Józio Temler. Ale jednocześnie i Andzia Temler robiła na mnie silne wrażenie, a gdym przy podwieczorku w lesie mógł złożyć głowę na jej kolanach, zdawało mi się, że jestem w siódmym niebie. Już to w ogóle serce miałem bardzo kochliwe i wrażliwe.

Podobnie było podczas wakacji w r. 1882, k1tóre również spędziłem w Wołominie, ale znowu we dworze u wujostwa. Tylko że już babki Granzow nie było z nami, bo obłożnie chora musiała zostać w Warszawie, by już nie wyjść z tej choroby. Umarła w końcu sierpnia. Z tego powodu i matka moja, która wraz z innymi siostrami dużo przebywała przy łożu chorej, tylko co parę dni przyjeżdżała do Wołomina. Ojciec nie przyjeżdżał również, bo przez lipiec bawił w Karlsbadzie pod opieką doktora Hassewicza. I moje wakacje były krótsze tego roku, bo dostawszy promocję do V klasy, ale z dwiema pieregzaminowkami z łaciny i greckiego, tylko przez lipiec mogłem używać swobody wiejskiej; w sierpniu miałem wrócić do Warszawy, by kuć łacinę i grekę. Nie była to okoliczność miła, ale jakoś nie paraliżowała mi dobrego animuszu. Przede wszystkim dostałem dubeltówkę, którą od dawna miałem przyobiecaną po skończeniu IV klasy. Wprawdzie nie było to jeszcze pewnym zupełnie, ale ojciec, nie chcąc mi psuć wakacji i tak krótszych niż lat poprzednich, zdecydował się „zaforszurować” mi tę fuzję, co oczywiście miało decydujący wpływ na rodzaj mych wiejskich rozrywek. Była to mała fuzyjka 24 kalibru ze słynnej paryskiej fabryki broni Lepage’a. Ojciec kupił ją od Penkali, który ją w swoim czasie przywiózł z Paryża dla swego młodszego syna, Juliana. Naturalnie, że będąc w posiadaniu prawdziwej dubeltówki-lefoszówki (odtylcowy system Lancastra zaczynał dopiero wchodzić wtedy w użycie), najwięcej myślałem o polowaniach, a że Oleś Granzow już używał fuzji ojcowskiej, więc nie było dnia, żebyśmy paru godzin nie spędzili na polowaniu, szczególnie] na dzikie kaczki i kuropatwy. Nadto mieliśmy polecone tępić jastrzębie. Pamiętam, że mi tego lata udało się zestrzelić olbrzymią kanię. Polowaliśmy! i na bekasy, nie mówiąc już o wróblach, do których strzelało się w kupę, tak że za każdym strzałem zabijało się po kilka, czasem po kilkanaście sztuk.

Ale była to już epoka, gdzie literatura zaczynała mię nęcić coraz bardziej. Tak np. tego lata obok różnych książek dla młodzieży, jak np. świetny Dom parowy Verne’a, oprócz romansów pani Schwarz, które paniom czytałem na głos (w polskim tłumaczeniu), rozczytywałem się w Fauście Goethego w oryginale, przy czym mnóstwo scen z Małgorzatą oraz część pierwszego monologu umiałem na pamięć.

Osobą, która tego lata zarówno mnie, jak i memu kuzynowi bardzo silnie działała na wyobraźnię, była pani Schroter, młoda, czarnobrewa wdowa, bardzo przystojna, przebywająca z rodziną w Wołominie na letnim mieszkaniu, zajmując ten sam dom w pobliżu stacji, który my zajmowaliśmy zeszłorocznych wakacji. Pełna powabu i wdzięku, tak podobała się nam obu, że specjalnie dla niej, aby się jej napatrzyć do syta, chodziliśmy na stację, jakkolwiek nie znaliśmy jej osobiście. Co pewna, że jako kobieta trzydziestoletnia mniej więcej, jako wdówka na wydaniu, bynajmniej nie zarzekająca się powtórnego wyjścia za mąż, była bardzo na swoim miejscu, bardzo skromna i przyzwoita, bez cienia wyzywającej kokieterii. Ale była ognistą brunetką o południowym typie, miała cudne oczy, czarne jak węgle, które na młodych chłopców, jak my, mimo woli i bezwiednie działały wprost fascynująco. O tym, że tak często stawała się przedmiotem naszych rozmów, nie wiedziała z pewnością, ani jej to postało w głowie.

Ferdynand Hoesick
„Dom Rodzicielski”
fragment tomu I

1 Komentarz

  1. Pingback: Powieść mego życia | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.