Wczoraj, o godz. 3 z rana, duża wieś kościelna Klembów, w pow. radzymińskim, w gub. warszawskiej przy samym plancie kolei petersburskiej, nad rzeczką Rzędzą położona, stała się pastwą płomieni. Pożar wszczął się w stodole sołtysa miejscowego, Tomasza Barana, który z papierosem zapalonym wszedł rznąć dla koni sieczkę i przez nieuwagę zaprószył ogień. W jednej chwili straszny żywioł objął prawie całą wieś, pobudowaną z drzewa i pokrytą słomą.

Zaczęło się jednocześnie palić w różnych punktach, tak, że o ratunku nie mogło być mowy, tem bardziej wobec braku wody i wszelkich narzędzi ogniowych. Niektórzy mieszkańcy w jednej tylko bieliźnie ledwie zdołali ujść z życiem, nie mogąc nic ze swojego mienia uratować. W krótkim czasie spaliło się 50 domów mieszkalnych i 60 budynków gospodarskich, napełnionych po żniwach krestencją, tak, iż obecnie, nie mając co zasiać, narażeni są na śmierć głodową; niezależnie bowiem od zbiorów zboża i paszy, wielu bardzo mieszkańcom spłonęły zapasy gotowizny, dochodzące nieraz do kilku tysięcy rubli. Zaraz po pożarze grono osób dobrej woli ofiarowało trzy worki chleba i kilkanaście funtów słoniny, które pełnomocnik gminny rozdał pomiędzy najwięcej potrzebujących pomocy. Jest to jednak za mało wobec nadchodzącej zimy.

Wieś Klembów, największa w okolicy, posiada kościół parafjalny, urząd gminny, szkołę, gospodę chrześcijańską, karczmę z zajazdem, kilka sklepów spożywczych, piekarnię i t.p. Wszystko to teraz, z wyjątkiem kościoła, gminy i szkoły, leży w gruzach. Smutny ten fakt powinien skłonić mieszkańców prowincji do zakładania straży ochotniczych po wsiach.

Kurjer Warszawski
R.86, nr 245 (5 września 1906)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.