Niedługo świeciły pustkami szaro zielonkawe płótna namiotów w Urlach. Ledwie się rozjechali uczestnicy Obozu Kadrowego, a już zaczęły się zjeżdżać grupy niebieskich koszul z terenu okręgu białostockiego. Dotknięte „obozową zarazą”, opanowane „bakcylem zadowolenia”, z pieśnią na ustach, a walizką lub plecakiem na ramieniu, ciągnęły wesołe grupy ze stacji nad leniwy, błękitnowody Liwiec, gdzie w ciemnozielonej otoczy sosen rozsiadło się buńczuczne państwo dziesięciu namiotów. Radośnie i ochoczo jechała młodzież do obozu i tą radosną pogodą i werwą wypełniła namioty. I nietylko weselem, nietylko rozgwarem pełni młodzieńczego życia, ale i pracą, solidną pracą wyszkoleniową rozpoczętą dnia 16 lipca, gdy Komendant Obozu ob. Rokosz Andrzej otworzył uroczyście obóz. W pogodny wieczór lipcowy, poraz pierwszy za brzmiała pieśń ompiacka, poraz pierwszy gromkie „Cześć Pracy” przeleciało ponad sennemi łęgami, poraz pierwszy na maszt obozowy wpłynął majestatycznie sztandar. I rozpoczęły się obozowe dwa tygodnie, pełne ompiackiej pracy nad sobą, dwa tygodnie pracowitego odpoczynku, zdala od zgiełku i gwaru miast, w bezpośredniem zetknięciu się z ożywczą naturą.

Obóz Okręgowy w Urlach jest obozem koedukacyjnym skupiającym około 100 uczestników i uczestniczek po chodzących w 90% z terenu okręgu białostockiego, resztę przysłało Wilno i Nowogródek. Większość uczestników przerabiała materjał pierwszego stopnia, jedynie dwa zespoły przygotowywały się do prób na II stopień organizacyjny. Praca wyszkoleniowa szła gładko i sprawnie. Ompiacy bardzo poważnie traktowali kwestję wyszkolenia, wnosząc na odprawy zespołów wiele entuzjazmu i dobrych chęci. To też nic dziwnego, że Kierownik Organizacji ob. Kawalec oświadczył wszystkim wobec i każdemu zosobna, iż pod względem wyszkolenia i nastroju Obóz w Urlach zajmuje miejsce przodujące wśród tegorocznych obozów O.M.P.

Jeżeli zahaczyliśmy o nastrój, to należy lojalnie przyznać (choć może z bólem serca), że stworzenie odpowiedniej do pracy atmosfery trzeba zapisać na rachunek uroczych ompiaczek. Nie jestem feministą a la Kawalec i na eksperymenty z obozami koedukacyjnemi patrzę nieco krzywem okiem, zmuszony jednak jestem stwierdzić, że grupa żeńska zdołała w całość pobytu na obozie wlać tyle słońca i radosnej werwy, tyle entuzjazmu, tak opromieniać wysiłki, pobudzać do szlachetnej rywalizacji, że w pełni zasłużyła na uznanie. To też w fakcie „udania się” obozu w Urlach najwięcej zasług ponoszą obywatelki, przez wytworzenie pogodnego, twórczego nastroju. Nastrój ten, podstawa wszelkiego wysiłku organizacyjnego na obozie — spotęgowany jeszcze został przez pobyt w ompiackim obozie grupy młodzieży polskiej z Rumunji (klub „Warta” z Kiszyniewa), którzy niezwykle serdecznie odnosili się do ompiaków. Młodzież z Rumunji przedstawiała na obozie element bardzo wartościowy, karny i zdyscyplinowany, pełen radosnego entuzjazmu i szczerych chęci zapoznania się z Polską, Polakami, Organizacją, pracą obozową i całą polską rzeczywistością. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko nastąpiło zbratanie się „niebieskich bluz” z „rumunami”, zbratanie się całkowite i szczere, czego dowodem były choć by te „rzęsiste” łzy ompiaczek w chwili pożegnania odjeżdżającej grupy „rumunów”.

A że ten nastrój został utrzymany do chwili zamknięcia obozu, to już za sługa przedewszystkiem Komendanta Obozu ob. Andrzeja Rokosza, według zdania grupy żeńskiej, (a zapewne i wszystkich, którzy mieli możność się bliżej z nim się zetknąć) najzacniejszego człowieka pod urlańskiem słońcem. Wytrawny wychowawca młodzieży potrafił nietylko kierować sprawnie funkcjonującem aparatem życia obozowego, ale i pozyskać serca wszystkich uczestników obozu, widzcych w nim nietylko srogiego komendanta, ciskającego gromy przy raporcie, lecz i mile uśmiechniętego opie kuna powierzonej mu na dwa tygodnie młodzieży. Pod względem uśmiechu, to jednak komendant był bity na głowę przez ob. Rotterównę, komendantkę grupy żeńskiej zwaną powszechnie „obozowem słoneczkiem”. Inna rzecz, że to „słoneczko” potrafiło czasami rano tak wrzasnąć “baczność”, że biedni, rozespani chłopcy o 300 metrów od obozu żeńskiego wypadali z łóżek. Było i tak. Ale minęło. Bo 30 lipca opuszczono już sztandar z masztu obozowego. Dwa tygodnie pracy obozowej minęły jak z bicza trząsł. Znów opustoszał teren ompiacki nad Liwcem, rozjechaliśmy się po wszystkikch stronach naszej Polski. Zostaną jednak na długi, długi czas w naszych sercach i umysłach wspomnienia tych chwil krótkich, ale jakże w treści bogatych, które przyszło nam wspólnie przeżyć w pracowitym odpoczynku obozowym.

pet

Obóz Młodych
czasopismo Organizacji Młodzieży Pracującej
R. 3, nr 32 (11 sierpnia 1935)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.