Rys historyczny Szkoły Podstawowej nr 1 w Wołominie (I)

Szkoła Podstawowa nr l w Wołominie powstała w roku szkolnym 1918/1919, przekształcona z 3-oddzialowej szkoły z jednym nauczycielem (p. Pardo), na 7-klasową szkołę publiczną z kilkoma nauczycielami. Pierwszym kierownikiem tej szkoły przy ulicy Warszawskiej był p. Michniewski, a następnie Szymon Radziewicz. W 1924 roku szkoła została podzielona na żeńską i męską, i przeniesiona do gmachu przy ulicy Wileńskiej, gdzie jest do dnia dzisiejszego.

W okresie okupacji hitlerowskiej przy męskiej szkole prowadzono tajne, zarejestrowane komplety gimnazjalne.

W okresie międzywojennym Wołomin nie posiadał ani jednej szkoły średniej. Wywiad z Krystyną Kwapiszewską, byłą kierowniczką tajnych kompletów gimnazjalnych:

Młodzież po ukończeniu szkoły powszechnej kontynuowała swą naukę w średnich szkołach zawodowych lub w gimnazjum w Warszawie. Zresztą procent tej młodzieży był znikomy. W 1932 roku, gdy sama po ukończeniu 6 klas szkoły powszechnej zaczęłam uczęszczać do prywatnego gimnazjum żeńskiego na Pradze miałam zaledwie 3 koleżanki ze szkoły macierzystej w Wołominie.

Do szkoły zawodowej młodzież szła po 7 klasach, ale nawet często i zdolni uczniowie rezygnowali z dalszej nauki i zwykle znajdowali pracę w wolomińskiej hucie. W okresie okupacji mało kto odważył się na kontynuację nauki w Warszawie, tym bardziej, że gimnazja zostały zamknięte w ogóle. Zostało tylko tajne nauczanie, które chociaż szeroką siecią objęło Warszawę, to jednak było niedostępne dla młodzieży z poza stolicy. Każdy dzień nauki połączony był z ogromnym ryzykiem.

W 1939 roku, gdy tylko rozpoczęła się tragedia okupacji zgłosiły się do mnie, siedemnastoletniej absolwentki gimnazjum, dwie dziewczynki, które w czerwcu ukończyły szkołę powszechną, z prośbą bym je uczyła. Wszyscy byliśmy wówczas święcie przekonani, że okupacja jest tylko krótką przejściową fazą wojenną, a wiosna przyniesie wyzwolenie. Z tego też powodu i młodzież i rodzice sądzili, że naukę trzeba koniecznie kontynuować, by nie stracić roku i złożyć egzamin do II klasy, już w wolnej Polsce 1940 roku. Nadszedł i rok 1940, a twarda rzeczywistość nakazała dalej walczyć i uczyć się w ukryciu. Rozpoczął się na szeroką skalę proces wysiedlania Polaków z Pomorza i Wielkopolski na teren Generalnej Guberni. Duża fala wysiedlonych znalazła się w Wołominie. Dzieci tych nieszczęśliwych rodzin, nie mających ani dachu nad głową, ani środków do życia znalazły się w jeszcze gorszych warunkach, niż dzieci stałych mieszkańców Wołomina. Ale pęd do wiedzy był ogromny. Na komplety zgłosiło się troje rodzeństwa Urbanków z Poznania: Anielka, Leonard i Romek, dwóch Cioslowskich z Pomorza: Witold i Przemysław. Za nimi przyszli inni. Dziećmi tymi należało się zająć specjalnie. Były wybitnie zdolne, pracowite, ambitne, ale bardzo biedne. Konieczność utrzymania rodziny przy życiu nie pozwalała na całkowitą bezinteresowność z mojej strony, tym bardziej, że kilkoro uczestników pochodziło ze wsi, np. Janek Ludwiniak, Stach Kielak a ich sytuacja materialna jak na tamte czasy była niezła. Ambitna trójka Urbanków sama starała się utrzymać na powierzchni: robili swetry na drutach, skarpetki i rękawiczki, produkowali pastę do podłóg i butów, w razie potrzeby pracowali w ogródkach prywatnych, za naukę jednak płacili, chociażby sumę symboliczną.

W latach 1942, 1943 i 1944 małe prywatne mieszkanko na pierwszym piętrze drewnianego domku przy ulicy Lipińskiej 46 przekształciło się w prawdziwą szkolę. Nauka trwała od godziny 7 rano do 8-9 wieczorem. Najstarsza grupa, klasa trzecia, przychodziła najwcześniej i uczyła się najdłużej. Zgodnie z instrukcją „Tajnej Organizacji Nauczycielskiej” obok mnie, kierowniczki kompletów pracowali: Stanisława Balonowa, która wykładała biologię i geografię, Maria Łobocka uczyła języka rosyjskiego i pierwszą klasę niemieckiego oraz ksiądz Bronisław Piusiński, który uczył religii i łaciny uczniów trzeciej klasy. Niedziela nie była bynajmniej dniem wolnym od zajęć. W dniach wiosennych czy ciepłych jesiennych młodzież zbierała się wśród gęstych krzewów i drzew w ogrodzie i tu wspólnie czytano książki przewidziane w lekturze. Jakże młodzież poważnie podchodziła do nauki! Nie było żadnego lekceważenia przedmiotu, nie szukało się spłycenia tematu czy zagadnienia, z uporem wkuwano zwroty łacińskie i całe partie „Pana Tadeusza”, które wtedy były naprawdę świętością narodową i zakazanym owocem. Szlachetna rywalizacja o wyniki nauczania uwydatniała i rozwijała w tej młodzieży najpiękniejsze jej cechy i ideały: koleżeńskość, solidarność, patriotyzm. Komplety moje, nazywam je „moje”, bo mima tragicznych lat stanowiły dla mnie istotny cel życia, wskazały najlepszą drogę, jaką mogłam w tym czasie kroczyć zgodnie z sumieniem i możliwościami, przetrwały próbę czasu. Nawet wówczas, gdy Wołomin znalazł się na linii frontu, a potężne działa kolejowe systematycznie obrzucały miasto gradem pocisków, schyleni uczniowie z ukrytymi zeszytami na piersiach przybiegali na ulicę Lipińską i pytali, jak należy przetłumaczyć w pewnym miejscu Cezara czy rozwiązać zadanie algebraiczne. Najodważniejszymi okazali się Urbankowie, którzy i mnie podtrzymywali na duchu swym dialektycznym rozumowaniem o celności pocisku artyleryjskiego i jego wybuchu. To były wspaniałe dzieci!

Nasze komplety oparte były w zasadzie o Szkolę Podstawową nr l w Wołominie. Stąd przydzielono nam tablicę, kilka podstawowych map, nieco książek do lektury.

Egzaminy promocyjne odbywały się jednak w oparciu o gimnazjum im. Władysława IV i Z. Łabuszowicz Majewskiej w Warszawie i uzyskiwali promocję do klasy starsze.

W latach późniejszych, gdy niebezpieczne było całe niemal klasy wieźć do Warszawy, sytuacja uległa odwróceniu. Nauczyciele przyjechali do Wołomina. Droga nie była łatwa. Pamiętam, że przedostali się drogą okrężną przez Strugę, a resztę podróży odbyli pieszo. Trzy dni trwały egzaminy pisemne i ustne. W czasie okupacji kilkakrotnie odbywały się kontrole mej pracy z uczniami. Przybywał wówczas przedstawiciel tajnego Kuratorium i siedząc w pokoju sąsiednim słyszał tok lekcji, odpowiedzi uczniów, oceniał pracę zarówno moją jak i moich uczniów. Młodzież o tego typu sytuacjach nie wiedziała.

Młodzież, chociaż wiele godzin poświęcała nauce musiała również w wielu wypadkach pracować. Niektórzy przywozili ze wsi żywność, handlowali, inni zatrudniani byli dorywczo w różnych zakładach naprawczych, przy remoncie mieszkań, a szczególnie ich odnawianiu itp. Wszystkich jednak nade wszystko ciekawiła bieżąca sytuacja polityczna. Niemal co dzień, obok kartek z zeszytu, z odrobioną lekcją, przynosili małe ulotki z tajnej prasy, ostatnie wiadomości zasłyszane w ukrytym radio. Z dziwną niefrasobliwością, charakterystyczną dla młodego wieku, przechodzili obok patroli niemieckich, przenosili tajną prasę, a często i broń. Aczkolwiek nie brali, według mej obserwacji, czynnego udziału w żadnej akcji zbrojnej, to jednak pośrednio w wielu byli zaangażowani. Ze znaczną pomocą przyszedł w drugim okresie okupacji burmistrz Wołomina, Piotr Dróżdż. Dwoje jego dzieci uczęszczało na lekcje. Wiedząc, że nie posiadam żadnego dowodu pracy, który by w razie aresztowania czy łapanki mógł nieco chronić wyrobił mi fałszywą kennkartę. On również ułatwiał nabycie tak cennego wówczas węgla czy nafty. Starsza córka, Barbara, była wybitnie zdolna, odznaczała się wyjątkową pamięcią. Gdy w 1944 roku przeniosła się z rodzicami do Warszawy i składała egzamin do trzeciej klasy – nauczyciele przesunęli ją do klasy czwartej, gdyż poziomem wiedzy przewyższała wszystkich zdających. Była to i dla mnie największa nagroda, tym bardziej, że i pozostali uczniowie, po zakończonych działaniach wojennych kontynuowali naukę w nowo otwartych gimnazjach i uzyskiwali bardzo dobre oceny.

W dniu 17.V.1945 roku Komisja Weryfikacyjna przy Inspektoracie Szkolnym w Radzyminie działającym na zasadzie zarządzenia Kuratorium Okręgu Szkolnego Warszawskiego po rozpatrzeniu dokumentów z tajnych kompletów gimnazjalnych postanowiła wszystkim uczniom wydać zaświadczenia szkolne zapatrzone okrągłą pieczątką i podpisami Członków Komisji Weryfikacyjnej. Wówczas dopiero uważałam akcję tajnego nauczania za ukończoną. Dziś, gdy od tamtych lat upłynęło sporo czasu, a dzieci moich byłych uczniów trafiają znów w szkole w me ręce, patrzę na nie, jak na drogie wnuki. Jak potoczyło się życie byłych uczniów? Sześciu z nich to lekarze i farmaceuci, dwaj – wyżsi wojskowi, jeden muzyk, trzy uczennice to nauczycielki, kilku zostało inżynierami, jeden dyplomatą, dwoje dziennikarzami, kilku technikami. Wszyscy, prócz jednej osoby przeżyli okupację, wszyscy pracują tak uczciwie, jak uczciwie zdobywali, w huku bomb i dział wiedzę.

Po wojnie…

Po okresie okupacji Szkoła nr l w Wołominie kilkakrotnie uległa przeobrażeniom. Wprowadzono zrazu klasę VIII, a następnie przekształcono gimnazjum i szkolę podstawową w Szkołę Jedenastoletnią: „Jedenastkę”. Tak więc w jednym i tym samym gmachu dzieci poznawały zawiłe arkana tabliczki mnożenia, składano pierwsze sylaby ma… ma… i składano pierwsze… matury. Dyrektorem gimnazjum była mgr Sabina Dropowa, wicedyrektorem mgr Jan Kopcewicz, kierownikiem klas niższych Michał Mlonek.

W tym okresie zaczęto pokazywać młodzieży Polskę – urządzano coraz piękniejsze wycieczki w góry i nad morze. Członkowie Komitetu Rodzicielskiego, pracownicy PKP, sobie tylko wiadomym sposobem zdobywali „wagony – sypialne” i w ciągu 6 dni młodzież spała w pociągu nocą, a w dzień zwiedzała ukochany, odzyskany kraj w jego nowych granicach. W okresie letnich ferii urządzano wspaniałe kolonie w najpiękniejszych miejscowościach kraju. Do najmilej wspominanych należały wakacje spędzone w Swieradowie. Dwa turnusy umożliwiły prawie dwustu dzieciom poznać piękne, zachodnie ziemie Polski. W trakcie kolonii organizowano piękne wycieczki, przedstawienia i ogniska.

W 1951 roku Komitet Rodzicielski dwukrotnie zdołał na okres tygodnia „zdobyć” w Dyrekcji PKP specjalny wagon turystyczny z miejscami sypialnymi i umożliwiło to poznanie większej grupie dzieci Podkarpacia i Pomorza Zachodniego. Krótsze wycieczki organizowano dla klas niższych. Na szczególną uwagę, ze względu na piękno krajobrazu i zabytki polskości zasługiwała wycieczka na Mazury. Fundusze na te wycieczki gromadzono w różny sposób: urządzano imprezy dochodowe, zbierano złom i makulaturę, przeznaczano część stypendium uczniowskiego.

W roku 1957 klasy licealne opuściły budynek szkolny przy ulicy Paplińskiego i przeniosły się do nowo zbudowanego gimnazjum w Wołominie. Klasy podstawowe w ilości około trzydziestu stanowiły największą liczebnie Szkołę nr 1. Kierownikiem szkoły został Michał Mlonek, były wicedyrektor Szkoły Jedenastoletniej.

Dzieci Szkoły nr l żywo interesowały się krajoznawstwem i turystyką. Poszczególne klasy zakładały specjalne książeczki oszczędnościowe, urządzały dochodowe przedstawienia, a za zdobyte pieniądze nabywały sprzęt turystyczny, urządzały wycieczki i obozy wędrowne. W ciągu dwóch lat uzyskano z trzech przedstawień ponad dziewięć tysięcy złotych i umożliwiono dzieciom poznanie Krakowa, Ojcowa, Wieliczki, Spały, Żelazowej Woli, Łowicza, Płocka, Kazimierza, Puław itd.

Halina Nowicka
dyr. Szkoły Podstawowej nr 1 w Wołominie
Wieści Podwarszawskie, nr 9/2001

1 Komentarz

  1. Pingback: Rys historyczny Szkoły Podstawowej nr 1 w Wołominie (I) | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.