Warszawa upięknia się, jej chodniki i bruki, chociaż bardzo kosztowne z powodu ciągłych przeróbek, są lepsze niż w wielu miastach zagranicznych, jej nowe domy, chociaż przeważnie bez żadnego stylu i bez urządzeń postępowych, imponują swą objętością, a kwietniki publiczne świadczą pochlebnie o wiedzy i smaku naszych ogrodników, rozścielających żywe kobierce dokoła pomników, wodotrysków, w ogrodach i na każdem miejscu wolnem pod zasiew trawy. Porównywając nasze skwery z obcemi, nawet z praskiemi, nie mamy powodu wstydzić się, chociaż ogrodnictwo czeskie otrzymałoby nagrodę najwyższą na konkursie wszechświatowym; ustąpić tylko musimy ogrodom i ogródkom holenderskim, zwłaszcza roterdamskim, ciągnącym się prawie bez końca ponad kanałami, utrzymywanemi czyściej, niż miednice w hotelach i szklanki w kawiarniach warszawskich. Długa kwiecista tęcza rozwesela wzrok przechodnia, towarzyszy mu przez całe miasto i po za miasto, zachęca nadbrzeżnych mieszkańców do ozdabiania kwiatami swych mieszkań w bogatych willach i ubogich domostwach.

Kiedym się wpatrywał w obrazek holenderski, nagle z bocznej ulicy wyjechał karawan jednokonny i po kilku chwilach zatrzymał się przed domkiem obwieszonym zielenią, w którym przeczuwałem samo szczęście. Zdziwiłem się tej niespodziance, jakby jakiejś rzeczy nadzwyczajnej; nie wierzyłem, aby mogły istnieć w życiu takie gwałtowne zgrzyty; nie chciałem się przekonywać, że i tu robak lęgnie się w bujnym kwiecie, że za tą zasłoną kwiecistą, która pachnie jak poranek majowy — spoczywa człowiek zimny, skostniały, obojętny na wszystko, co żywych zachwyca.

Tak mi utkwiły w pamięci te obrazki z nad Mozy, że i teraz do nich powracam, chociaż miałem zamiar mówić tylko o Warszawie, chwalić jej wewnętrzne upięknienia i ganić zaniedbanie najbliższych okolic. Okolice dotykające rogatek warszawskich są tak ubogie i tak opuszczone, że prawdziwy kłopot sprawia nam cudzoziemiec, który prosi, aby pokazać mu osobliwości Warszawy, po za obrębem miejskim. Mamy na pogotowiu dla wszystkich rezydencyę wspaniałą, Wilanów — nie więcej; lecz i do Wilanowa prowadzi droga tak zaniedbana, zaśmiecona, taka sieroca, że trzeba cudzoziemca ciągle zajmować rozmową, aby nie miał czasu rozpatrzyć się w rzeczywistości.

Wstyd bo wstyd, ale nie mamy powodu rąk załamywać i wątpić, że to zaniedbanie jest tylko chwilowe, że i Warszawę otoczą przedmieścia, ciągnące się daleko w pola i lasy, które w dni świąteczne zapełniają się tłumami miejskiemi.

Imponuje nam ruch miast większych od Warszawy, szumiący ciągle jak fale morskie, wybuchający czasami jak huragan, ale imponuje jeszcze więcej cisza niedzielna, kiedy całe miasto wylega na pola i w gaje, aby zapomnieć o całym tygodniu pracy i kłopotów a przygotować ręce i ducha do tygodnia następnego, podobnego słowo w słowo do poprzednich. Sklepy wszystkie zamknięte, ulice puste, w oknach zapuszczone zasłony, kasy teatralne zasnute pajęczyną, tylko tłum odświeżony, wystrojony, rozradowany śpieszy do omnibusów konnych, tramwajów elektrycznych, aby zdobyć miejsce, z którego można widzieć świat cały, na prawo i lewo. Żadna sprężyna w zegarku, czy w innej machinie, nie robi tyle obrotów na godzinę, nie skręca się i odkręca tak szybko, jak głowa takiego niedzielnego spacerowicza, który chciałby wszystko widzieć odrazu, niczego nie pominąć i z każdym sąsiadem kilka słów, kilka objaśnień, zapytań i dowcipów zamienić.

Warszawa w niedziele i święta, podczas lata wyludnia się, ale nie do tego stopnia jak miasta zagraniczne, bo nie ma się gdzie wyludniać i brak komunikacyi ułatwionej, taniej. Z Warszawy ubywa w dni świąteczne zaledwie kilkanaście tysięcy osób a w miastach zagranicznych, z taką samą jak Warszawa ludnością, pozostaje tyleż na bruku, krocie zaś odpływają koleją, końmi, wodą lub pieszo, het, po za miejskie kominy i asfalty. Te wędrówki narodu niedzielne, takie ochocze, rozgrzewają nawet cudzoziemca, przynajmniej ja starałem się w nich uczestniczyć, a jeślim zostawał w mieście, nie nudziłem się jego ciszą: mówiła mi ona o szczęściu tych, którzy w tej chwili są panami ziemi i nieba, zapomniawszy o swej niewolniczej pracy. Zadrościłem wówczas miastom obcym, wspomniawszy sobie Warszawę i jej okolice.

Zygmunt Chełmicki
Ks. kanonik Zygmunt Chełmicki, dyrektor Schronienia dla nauczycielek.

Zazdrość już minęła — zażegnał ją jeden z najgorliwszych działaczy naszych na polu filantropijnem: ksiądz kanonik Zygmunt Chełmicki.

— Jedź i zobacz, co ludzie poczciwi zrobili dla wysłużonych nauczycielek, a przestaniesz zazdrościć cudzoziemcom, którzy wprawdzie potrafią się lepiej i tańszym kosztem niż my bawić, ale nielepiej od nas odczuwają niedolę bliźniego, nielepiej umieją jej zaradzić, chociaż są od nas o miliony razy bogatsi. Zobacz, jak u nas z ziarnek budują się góry, z piasku bicz się kręci i to bicz tak silny, że przed nim w kąt ucieka niepodobieństwo. Przekonaj się, co może zdziałać dobrego serce ludzi wdzięcznych, chociaż biednych, jeśli im pomogą ludzie równie szlachetni ale możniejsi…

Przezacny kapłan-obywatel zachęcał mię do odwiedzenia nowego Schronienia dla nauczycielek w Zielonce, ale mówiąc o ludziach szlachetnych, zamilczał o swej odwadze chrześcijańskiej. Bo czyż to nie odwaga nadzwyczajna powiedzieć sobie: mam wszystkiego pięćset rubli kapitału a w głowie projekt założenia przytułku dla wysłużonych nauczycielek; pieniędzy tak dobrze jak nic, ale zamiarów tyle, że starczyłoby ich dla całego pokolenia?

— Co mam z tem zrobić? – zapytał się ks. Chełmicki, przed dwudziestu laty, nauczycielki, Agnieszki Helwichówny, która wszystkie swoje oszczędności, ciułane grosz po groszu przez całe życie, oddala kapłanowi, prosząc, aby służyły na ufundowanie jakiego takiego schronienia, jakiej takiej opieki nauczycielkom, pozbawionym zarobku przez starość, kalectwo lub wyczerpanie sił przedwczesne. Sędziwa ofiarodawczyni najlepiej odczuwała brak opieki, sieroctwo nieużytkowe, bała się być ciężarem dla społeczeństwa ale nie umiała radzić, jakim cudem z 500 rb. stworzyć instytucyę, choćby byle jaką, dla wychowawczyń bezdomnych, pozbawionych wszelkich funduszów. Oczywiście w duszy sędziwej pracownicy szeptało dobre przeczucie, że wdzięczność w narodzie, który żyje i dąży do światła, nie wygasła, że wdzięczność dokaże cudu, o jakim nie wątpi wiara w łaskę Bożą. Kapłan nie zwątpił i zabrał się do dziełu z takim zapałem, że wkrótce mógł kilku nauczycielkom dać schronienie, bardzo skromne wprawdzie, ale zabezpieczające im spokój i wygody powszednie. Schronienie szybko się zwiększało, liczba miejsc przytułkowych wzrosła do kilkunastu, aż wreszcie, w roku bieżącym, ks. kanonik Z. Chełmicki mógł zaprosić na otwarcie „pałacu” w Zielonce.

„Nie moja to zasługa, nie — tłumaczył się założyciel i dyrektor Schronienia przed tymi, którzy mu winszowali i dziękowali. „Bez pomocy nie mógłbym kroku postąpić naprzód”. — Pomoc hojną dała pani Emilia Blochowa, przewodnicząca w radzie opiekuńczej Schronienia, najhojniejsza ofiarodowczyni, złożyła bowiem 11,000 rb. Kapitał ten fundamentalny szybko się zwiększył przez ofiary p. Wiemanowej, z zapisu ś. p. Czabana, p. Sikorskiej, p. Reslerowej i przez inne drobniejsze ale liczne kwoty, których ogół pozwolił na danie przytułku 60-ciu nauczycielkom. Sześćdziesiąt osób to już poważna instytucya, to nie chwilowy przystanek, oddany pod dozór ślepego losu, ale port zbawienia, strzeżony przez założyciela-dyrektora i przewodniczącą, otoczony spółczuciem społeczeństwa, które wie, ile dobrego dać mogą naszym dzieciom wychowawczynie nietylko mądre, ale i bogobojne, umiejące łączyć cześć dla tradycyi z postępem.

Schronienie nauczycielek w Zielonce nazwałem „pałacem”, miana tego, chociaż wygląda na pochlebstwo, nie cofam, bo rzeczywiście budynek, umieszczony na nasypie ponad równiną, wywiera wrażenie pałacu a nawet zameczku. Kiedym wysiadł z wagonu, po dziesięciominutowej drodze z Warszawy, na przystanku Zielonka, i w promieniach jesiennego słońca zobaczył dom nowy, z wieżyczką, nie byłem pewny, czy to prawda, czy pomyłka; idąc ku niemu, rozglądałem się po okolicy, czy nie zobaczę jakiej innej budowli, prawdopodobniejszej na fundacyę, której początkiem było rb. pięćset. Nie omyliłem się jednak i po kilkunastu minutach powitałem przełożoną zakładu, p. Zofię Piasecką, skłoniłem głowę przed całym zastępem staruszek.

Przybyłem tu z zamiarem przepatrzenia szczegółowego wszystkich kątów, skrytykowania, jeślibym zauważył coś niewłaściwego, obliczenia stóp powietrza na każdą pensyonarkę, miałem zamiar zajrzeć nawet do garnków, spróbować jedzenia i dopiero wydać swoje zdanie, oparte na rachunku ekonomicznym. „Ale cały mój pozytywizm rozwiał się, gdym spojrzał na rozpogodzone twarze gospodarza i gospodyni tego schronienia, gdym w oczach wybladłych, na twarzach powleczonych zmarszczkami, wyczytał podziękę i przyznanie się, że wszystkim tu jest tak dobrze, jak było niegdyś w domu rodzicielskim — zapomniałem wyrazów w ustach, nie umiałem wypowiedzieć swej wdzięczności ani ks. Chełmickiemu, ani p. Blochowej, serce wezbrało rozrzewnieniem a myśl niepokoiło pytanie: coby się z wami stało, biedne mistrzynie, gdyby nie ludzka opieka? Machinalnie zwiedziłem wszystkie pokoje oddzielne i spólne sale, kuchnię, pralnię, piwnicę nawet, a widząc wszędzie porządek wzorowy, ściany czyściutkie, moc światła, przyznalem: tak, im tu bardzo dobrze! Kiedym zaś z tarasu rozejrzał się po okolicy, co ma i las, i wodę, i łąki, i zagony uprawne, i chaty wiejskie, i wille pańskie, i sady — przyrzekłem sobie, że na wiosnę wrócę tu znowu, choć na kilka minut, aby staruszkom przywtórzyć, że świat ten Boży piękny! Jaki piękny!

Nawet podczas jesieni, kiedy drzewa stoją nagie, a liście leżą na ziemi martwe, sponiewierane, kiedy krzyk wrony, wydłubującej ziarnka z roli zasianej, płoszy śpiewaków, także skrzydlatych ale od wrony przyzwoitszych, Zielonka jest tak miłą siedzibą, że niechętnie opuszczałem ją przed zachodem słońca. Ale odwrót był nakazany terminem odejścia pociągu, więc pożegnawszy byłe wychowawczynie pozdrowieniem Chrystusa, opuściłem pałac. Na wiosnę tu wrócę!

Przez kilkanaście minut niepodobna było zawiązać dłuższej pogadanki, a ileż tematów, wspomnień ona nastręczyła! Ośmieliłem się tylko jednej z pensyonarek, znajomej mi z lat dawnych, podsunąć myśl spisywania swych wspomnień z zawodu nauczycielskiego. Żądanie moje nie zadziwiło szanownej staruszki, bo wie, że pisanie pamiętników jest teraz w modzie, ale dała mi z uśmiechem odprawę słowami:

— Opisywać naszą niedolę — byłoby to samo, co się skarżyć, a nie chcę być niewdzięczną naszym dobrodziejom dzisiejszym, którzy wszelkie krzywdy, wyrządzone nam przez ludzi i losy, stokrotnie wynagrodzili.

Wszystko, com w Zielonce widział, nie przypadkiem się stało: tu każdy szczegół tak obmyślano aby lokatorkom było nie tylko znośnie alei wygodnie. Pomyślano o białych firankach i doniczkach z kwiatami w pokoikach; pomyślano o kapliczce tymczasowej; pomyślano nawet o fotelach i podnóżkach dla emerytek, z których najstarsza ma 92 a najmłodsza 62. Pomyślano i o tem, aby w całym budynku, we wszystkich pokojach było dużo, bardzo dużo światła słonecznego. Światło nie jest przypadkowem, postarał się o nie ks. kanonik.

— Kupiliśmy pod schronienie plac w Warszawie, na ulicy Lipowej, nad Wisłą, ale, rozpatrzywszy się po okolicy, pomyślałem sobie, że staruszki byłyby tam, jak w więzieniu: ani pola, ani ogrodu, ani lasu, a gdy się dzielnica zabuduje, te, które szerzyły światło, będą mieszkać w ciemnościach! Nie, to się nie godzi, plac zatrzymałem na sprzedaż, a kupiłem kilkanaście morgów w Zielonce, na otwartem powietrzu… One na światło zasłużyły – mówił do nas ksiądz dyrektor, z radością wznosząc ku górze ręce, jakby niemi zgarniał światło z powietrza dla nowej siedziby.

Pani Emilia Blochowa, prezesowa Rady Opiekuńczej

Ale wychwalając schronienie, wyrządzam mu niedźwiedzią przysługę, bo czytelnicy gotowi pomyślić, że skoro jest już „pałac”, więc nie więcej nie potrzeba. Budowniczy p. Stefan Szyller starał się budynkowi dać piękną stylowość i obmyślił pałacyk, który zdaleka tak mi zaimponował. Ten wygląd pański nie podniósł kosztów, dom zwyczajny, kamienica szablonowa nie byłaby tańszą, tylko o wiele brzydszą. Budowniczy zrobił ofiarę ze swego talentu, i panowie majstrowie rzemieślnicy zgodzili się na kredyt. Bez kredytu piękne dzieło pozostałoby może dotychczas w sferze zamiarów. Miejsce dla nauczycielek przybędzie drugie tyle, długi się spłacą, jeśli projekt, obmyślany przez księdza kanonika, znajdzie zwolenników: kto ofiaruje rb. 4.000 na rzecz Schronienia, ten będzie miał prawo umieścić w niem jednę nauczycielkę, za rb. 6,000 uzyska przywilej dla dwóch — a w obu razach fundacye będą nosiły nazwiska ofiarodawców.

Schronienie nazwałem portem zbawienia dla emerytek bez emerytury, ale posiada ono jeszcze doniosłe znaczenie w stosunkach między nauczycielką bez miejsca a publicznością. Młoda, niedoświadczona, szukająca zajęcia nauczycielka pada nieraz ofiarą kantorów, do których z naiwną ufnością się udaje, wierzy ona także ślepo ogłoszeniom w dziennikach, namowom pierwszych lepszych znajomych, wierzy każdemu przybywszy do wielkiego miasta, gdzie ją wszystko olśniewa, odurza — wierzy i często wpada w zastawione sidła. Uniknie tej bolesnej niespodzianki udając się pod dach Schronienia w Zielonce, gdzie ją przyjmą jak młodszą siostrę, jak dziecko osierocone, jak bojowniczkę z ciemnotą; pozostanie tam, dopóki nie znajdzie miejsca, otoczona taką opieką serdeczną, jaką otaczają zakonnicy na górze S-go Bernarda podróżnych zbłąkanych w zamieci śnieżnej, a zamieć, z jaką młode nauczycielki walczyć muszą, bywa stokroć sroższą od harcującej w górach niebotycznych.

Ale nie można wszystkich potrzeb Schronienia kłaść na rachunek ofiarności społecznej, powinny o niem pamiętać przedewszystkiem same nauczycielki, zapisując się na członkinie jego, opłacające stale drobną składkę roczną. Obowiązek ten wogóle jest lekceważony, nauczycielka młoda nie myśli o starości, a jeśli jest urodziwą i zepsutą pochlebstwami, rachuje na los ślepy, na dobre zamążpójście, wstydzi się przyznać, że jest socyuszką przytułku dla steranych pracownic. Nie dziwnego, młodość sterania nie przewiduje.

Uskarżała się przed nami jedna z młodych posłanniczek światła, że przez zapisanie się do stowarzyszenia — straciła narzeczonego. Ambicyę młodzieńca ubodło przypuszczenie, że jego ukochana, jeśli nie wyjdzie za niego, resztę życia spędzi w przytułku… zawstydził się i uległ namowom rodziny, przeciwnej poślubieniu biednej panny przez przyszłego dziedzica dużego majątku. Cios to bolesny, ale niech Bogu dziękuje, że nie stała się żoną człowieka bez charakteru. Niewszyscy młodzi są tak ograniczeni; wogóle więcej oni szanują nauczycielki, dbające o swoją przyszłość i w tym celu robiące możliwe oszczędności, niż wydające wszystko, co zarobią, aby dorównać strojem i lekceważeniem grosza paniom i pannom uprzywilejowanym majątkowo.

Niech sympatyczne Schronienie będzie także osłodą dla szanownego budowniczego po gorzkiej pigułce, jaką mu dali do przełknięcia koledzy jego, architekci krakowscy. Zarzucili mu grzech ciężki, bo niszczenie pamiątek, które i w stylu kościołów się przechowują, potępili zburzenie wież na katedrach w Płocku i Włocławku i zastąpienie ich swojemi pomysłami, w których cała przeszłość charakterystyczna zginęła. Nie myślę wdawać się w spór specyalistów utalentowanych i jaknajlepszej woli, nie umiałbym go rozstrzygnąć dość silnemi danemi, więc tylko, kierując się sentymentem zachowawczym — staję po stronie oponentów i razem z nimi głosuję za utrzymaniem architektury przeszłości, o ile oczywiście można ze względu na materyał, koszt i inne okoliczności. Tylko karykaturalność usuwać należy, ale niema jej chyba w naszych tumach i kościołach starych.

Sęp

Biesiada Literacka
pismo literacko-polityczne illustrowane
1902, t. 54, nr 46 (14 listopada)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.