Strzępy wspomnień – rozmowa z Mironem Cicheckim

Jest synem Józefa Cicheckiego (1888-1953), sekretarza Urzędu Gminy Bródno (1913-19), burmistrza Pruszkowa (1919-34) i Wołomina (1934-42), więźnia gestapo, działacza Armii Krajowej. Sam też niemało przeżył i o tym, co pamięta – a pamięta niemal wszystko – mógłby opowiadać… i opowiadać. Naprawdę jest o czym! Planuje wydać książkę ze wspomnieniami o swojej rodzinie, przyjaciołach, znajomych, czasach młodości, wojnie…

Ma Pan szczęście do osób i zdarzeń nieprzeciętnych. Trudno się zdecydować od czego, albo od kogo zacząć. Może od tej słynnej, pruszkowskiej prohibicji, do której przyczynił się Pana ojciec?

To rzeczywiście ciekawe. Ojciec był chyba pierwszym w Europie, a na pewno pierwszym w Polsce burmistrzem, który ogłosił zakaz sprzedaży alkoholu w sieci handlowej! To było w latach 20., nie pamiętam kiedy dokładnie. Pruszków był konglomeratem napływowej ludności, głównie robotniczej, bo miasto przemysłowe, i alkoholizm strasznie się tam szerzył. Mieszkaliśmy wtedy na Klonowej, nad magistratem i do ojca przyszła delegacja kobiet pruszkowskich z prośbą, żeby coś zrobił, by ich mężowie nie przepijali ciężko zarobionych pieniędzy, bo pod koniec miesiąca nie mają po prostu z czego żyć i wykarmić dzieci. Problem został natychmiast przedstawiony na forum Rady Pruszkowa i zapadła uchwała o prohibicji. To była decyzja bardzo kontrowersyjna. Pamiętam, że tłumy kobiet przychodziły i dziękowały ojcu za tę decyzję a na drugi dzień tłumy młodych mężczyzn gwizdały, że burmistrz skrępował im możliwość używania alkoholu. W Polsce Pruszków był jedyny. Prasa to opisywała, napadała na ojca, ale kobiety pruszkowskie były zadowolone.

A w jaki sposób Pana ojciec został burmistrzem? Podobno nie tak, jak to się dziś często dzieje, „z łapanki”, ale miał stosowne ku temu wykształcenie?

Ojciec skończył gimnazjum i liceum we Włocławku, gdzie się nauczył języka niemieckiego. Później ojciec wysłał go do Lipska, do studium samorządu terytorialnego. Tu muszę podkreślić, że wzór samorządu niemieckiego był słynny w całej Europie, szkoła w związku z tym bardzo dobra, a więc kiedy wrócił – od razu dostał posadę. Przez 6 lat był sekretarzem gminy Bródno, później, już w Polsce niepodległej, naczelnik państwa Józef Piłsudski podpisał jego nominację na stanowisko burmistrza Pruszkowa. To miasto było po pierwszej wojnie światowej bardzo biedne, kolosalnie niedoinwestowane. W ciągu 15-letniej kadencji ojca wykonano tam gigantyczną pracę.

Na przykład?

Na przykład gruntowną modernizację ciągów komunikacyjnych – ulic, parków, placów, skwerów.

Brak było nawierzchni i materiałów do jej ułożenia, ojciec utworzył więc miejską betoniarnię, która produkowała trelinkę, płyty chodnikowe, krawężniki. To była wielka inwestycja i – poza korzyściami, jakie czerpało z niej samo miasto – data pracę wielu bezrobotnym. Ojciec osobiście na bieżąco kontrolował przebieg robót: rankiem, przed rozpoczęciem urzędowania kontrolował pracujące na ulicach brygady, korygował błędy, wydawał polecenia i instrukcje.

Rozmaitych, pozytywnych działań było naprawdę mnóstwo i nie sposób opowiedzieć o tym w krótkiej rozmowie. Dodam tylko, że ojciec był inicjatorem powstania burs opiekuńczo – wychowawczych dla wojennych sierot, utworzenia schroniska dla starców, domu dla dzieci upośledzonych, zorganizowania kolonii i półkolonii dla dzieci z najbiedniejszych rodzin, powołania Miejskiego Ośrodka Zdrowia. W jednym z zabytkowych pałaców stworzył salę widowiskową, w której kwitła później sztuka estradowa, i bazę sportową dla Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. To tam właśnie trenowała moja siostra Alina, zwana w domu Lalą, która reprezentowała Polskę na berlińskiej olimpiadzie w 1936 roku.

Pan też był na tej olimpiadzie. Jak do tego doszło?

Ja również trenowałem gimnastykę, chociaż nie miałem takiego talentu jak moja siostra. Bardziej pociągała mnie lekkoatletyka. Lala była wówczas wszechstronna – biegała w sztafecie, skakała w dal, jeździła na łyżwach, no i przede wszystkim uprawiała gimnastykę przyrządową. Właśnie w tej dyscyplinie reprezentowała kraj na olimpiadzie berlińskiej.

Ale ja pojechałem tam przypadkowo.

To znaczy?

Siostra była na zgrupowaniu przedolimpijskim na Bielanach. Były tam zresztą w tym czasie również wspaniałe polskie lekkoatletki – m.in. Wajsówna, Walasiewiczówna, Kwaśniewska. Jeździłem więc tam często i fotografowałem je, bo właśnie od ciotki Michalskiej dostałem na imieniny aparat. Taki z błonami 6/9. I któregoś dnia zjawił się na Bielanach redaktor z krakowskiego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. Zaczęliśmy rozmawiać. Ja mu od czasu do czasu strzelałem nazwiskami sportowców i wynikami, bo wszystkie tabele miałem w głowie. W którymś momencie on stwierdził, że świetnie się znam na sporcie i zaproponował mi wyjazd do Berlina w charakterze korespondenta „IKC” w dziedzinie lekkiej atletyki. Zgodziłem się, ale nie bardzo wierzyłem tej propozycji. Za parę dni jednak przyszła pocztą umowa. Podpisałem ją, odesłałem i pojechałem z ekipą.

W Berlinie robiłem zdjęcia tym samym aparatem od ciotki. Niedawno dałem go wnuczce, Kasi, bo ona takie starocie zbiera.

Ma Pan na pewno z Berlina mnóstwo wspomnień…

Szczególnie co do zachowania się tego wariata – Hitlera. Ludzkie pojęcie przechodzi, co on tam wyprawiał. Na przykład przed trybuną, na której siedział z całą swoją brunatną ekipą, odbywał się finał skoku w dal. Jessie Owens, Murzyn (zdobył na tej olimpiadzie 4 złote medale) do przedostatniego skoku przegrywał z Niemcem. Do ostatniego wystartował z pozycji sprintera – wykopał sobie dołki – i osiągnął wynik 8 metrów 10 centymetrów! A najlepszy skok Niemca to było chyba 7,98. Kiedy ogłoszono zwycięstwo Owensa, Hitler zerwał się z miejsca, cała horda za nim i ostentacyjnie wszyscy opuścili zawody. Tylko dlatego, że Amerykanin, a na dodatek Murzyn pokonał Niemca!!!

Wróćmy do postaci Pana ojca. W 1934 r. został burmistrzem Wołomina i piastował to stanowisko przez 8 lat, a więc również pod okupacją niemiecką. Dlaczego?

Chcę przede wszystkim podkreślić, że Wołomin w roku 1934 był miastem równie, a może nawet bardziej zaniedbanym co Pruszków 15 lat wcześniej. Do września ’39, kiedy na miasto spadły pierwsze bomby i trzeba było zająć się rannymi i poszkodowanymi w różny sposób mieszkańcami, ojciec dokonał tu gigantycznych zmian. Wspomnę tylko miejska elektrownię, prowadzona przez inż. Mossakowskiego, która całemu Wołominowi zapewniała energię. To nie była sprawa tak prosta jak w zindustrializowanym Pruszkowie, który już wcześniej dostarczał prąd do znacznej części Warszawy.

A wracając do sprawy okupacji niemieckiej: władze Polski Podziemnej, która powstała już 27 września 1939, zgodnie z instrukcja przedwojennych władz sanacyjnych zaleciły, by burmistrzowie zostali na swoich stanowiskach, o ile to będzie możliwe. Niemcy na ogół, zwłaszcza po prawej stronie Wisły, godzili się na to, bo przez burmistrzów chcieli mieć bliższy kontakt ze społeczeństwem, lepiej nim „rządzić”. Kiedy jednak w Wołominie stworzono getto i naciskano później na ojca, by jako administrator współdziałał w jego likwidacji – prysnął do Pruszkowa, gdzie się ukrył u ciotki.

W styczniu 1942 został aresztowany przez gestapo i osadzony na Pawiaku. O co go oskarżono? Przecież nawet okupant trzymał się jakichś zasad kiedy próbował się pozbyć osoby publicznej…

To była sztuka nie z tej ziemi. W ślad za donosem jakiegoś konfidenta oskarżono mojego ojca o… działanie na szkodę państwa niemieckiego. Dlaczego? Bo wdowom po polskich żołnierzach i żonom tych, którzy nie wrócili z wojny i których los nie był znany, wydawał nielegalne w świetle niemieckich przepisów – kartki żywnościowe. Poza tym załatwiał zmiany nazwisk czy meldunków w kenkartach i lewe kenkarty dla tych, którzy się ukrywali. A kenkarta była jedyna legitymacja Polaka pod okupacja niemiecka i niełatwo było ja podrobić – zawierała fotografię, odbicie kciuka, adres, podpis. Poza tym wydawana była przez starostę radzymińskiego, Wołomin był bowiem wówczas w radzymińskim powiecie. Co groziło za „działanie na szkodę państwa niemieckiego”?

Oczywiście kara najwyższa – kara śmierci. Jakoś jednak udało się Panu ojca z Pawiaka wyciągnąć?

Przy pomocy AK. Trwało to kilka miesięcy. Polecono mi kontakt z Emmą Fleming, mieszkajacą blisko siedziby gestapo, której maż był krupierem niemieckiego domu gry. To była piękna kobieta, ale niezbyt piękny interes prowadziła. Trudniła się po prostu wykupywaniem ludzi z łap niemieckich i nieźle na tym zarabiała. Kiedy tam przychodziłem – włosy stawały mi dęba… W wielkim przedpokoju, na starodawnym wieszaku z hakami i duża półka na kapelusze, zawsze leżało kilka… gestapowskich czapek z trupimi czaszkami. Oni tam siedzieli od rana do wieczora, śpiewali niemieckie pieśni i pili wódkę. Cynk o tym miejscu dał mi Antczak albo Antolak – nie pamiętam nazwiska – pracujący u nich jako sekretarz ale faktycznie wtyczka AK.

Kiedyś zaprosiła mnie do swojego buduaru i zażądała za uwolnienie ojca jakiejś zawrotnej sumy, za która można było wówczas kupić mieszkanie. Wiedziałem, że nie wolno mi zapłacić wszystkiego od razu i postawiłem jej taki właśnie warunek. Zgodziła się wziąć pierwsza połowę kiedy ojciec zostanie przeniesiony z Pawiaka na Rakowiecka, druga – po uwolnieniu. Takie przeniesienie miało znaczyć, że kwalifikacja oskarżenia została zmieniona, te już nie chodzi o sprawę polityczna ale o kryminalna, za która groziło tylko więzienie – nie śmierć. Pół roku trwało, zanim ojca na Rakowiecka przenieśli.

A tam długo jeszcze był więziony?

Dostał wyrok: 14 miesięcy. Zaliczono mu to, co już odsiedział na Pawiaku. Szczęśliwy los sprawił, że na Rakowieckiej pracowała znajoma ciotki, mogłem więc dostarczać mu cebulę – źródło witaminy C – boczek, smalec… Był bardzo osłabiony.

Kiedy ojciec wyszedł z więzienia, już nie wrócił do Wołomina, bo nie mógł. Zabrał się za pracę konspiracyjną w Warszawie.

Co robił?

Znów nie starczy czasu ani miejsca, żebym wszystko opowiedział. Najkrócej: na Jasnej, razem z moim najmłodszym bratem, Andrzejem, otworzył skład papieru i materiałów piśmiennych. Papier był później kradziony z drukarni niemieckiej gadzinówki – „Nowego Kuriera Warszawskiego” i po pewnych technologicznych przeróbkach służył do druku warszawskiego, akowskiego „Biuletynu Informacyjnego” i wydawanego przez wołomiński obwód „Rajski ptak” pisma „Na przedpolu”. Na Jasnej 3 był również magazyn broni i miejsce spotkań oddziałów sabotażowych „Kedywu” po wykonaniu zadań.

Jak można tam było zorganizować magazyn broni?

To był stary, secesyjny budynek, na fundamentach z granitowych bloków. Któregoś dnia odwiedził mnie kolega, Bolek Ostrowski, przedwojenny oficer zawodowy, kawalerzysta i powiedział, że to pomieszczenie może się bardzo przydać „Kedywowi”. Okazało się, te wystarczyło kupić laubzegi (takie małe piłki), obruszyć nimi te głazy i je wyciągnąć. Zrobiło się tam wówczas dużo miejsca na schowanie broni, amunicji i materiałów wybuchowych.

Rozmawialiśmy głównie o Pana ojcu i do wspomnień o nim jeszcze wrócimy. Ale Pan również niemało przeszedł i na dodatek opowiada Pan o tym spokojnie, z humorem… Skąd w Panu tyle pogody ducha?

Mam po prostu taka naturę. Taki się urodziłem. A poza tym uprawianie sportu zahartowało we mnie i ciało, i ducha.

Co Pan sadzi o obecności sowieckiego czołgu na rogatkach Wołomlna?

Ten czołg, który przywiózł nam „wolność” w postaci NKWD powinien zostać usunięty. Przecież to, co mogliśmy zrobić dla żołnierzy radzieckich – zrobiliśmy. Podczas słynnej bitwy czołgowej ratowaliśmy ich z płonących czołgów i przewoziliśmy do doktora Izdebskiego, który ich leczył z poparzeń. Brakowało wtedy tłuszczu, którego takie leczenie wymaga, wyciągaliśmy więc z tych czołgów smar do gąsienic, bo się do tego nadawał.

Nic do tych żołnierzy nie mieliśmy. Wiadomo przecież, te żołnierz dostaje rozkaz i idzie walczyć. Ale w ślad za nimi przyszło NKWD…

Panie Mironie, zbliża się Wigilia Bożego Narodzenia. Przeżył Pan podobno szczególną Wigilię, w roku 1944, jako żołnierz I Armii Wojska Polskiego… Zanim porozmawiamy o samych Świętach proszę mi powiedzieć, jak Pan trafił do tego, a nie innego wojska?

W 1939 r. nie zostałem, niestety, zmobilizowany. Pojechałem do Rembertowa, ale tam mi powiedziano, że nie ma już takiej możliwości, bo postępy armii niemieckich są zbyt szybkie – dziennie 60-80 kilometrów. Trafiłem wówczas do kompanii ochotników, którzy uczestniczyli w obronie Warszawy. Walczyliśmy do kapitulacji – do 27 września. Potem udało mi się uniknąć niewoli – od pani, której syn był na froncie, dostałem pasujące na mnie, cywilne obrania i zostawiłem u niej mundur. Potem niemal całą okupację spędziłem w Wołominie. No i służyłem w AK.

We wrześniu 1944 został Pan aresztowany przez NKWD. Tu, w Wołominie?

Najpierw nas trzymano w Wołominie, na Piaskowej, później w Ostrówku, koło Klembowa. (Niedawno odsłanialiśmy tam pomnik przypominający NKWD-owską katownię, przez którą przeszło kilkaset osób – z AK, BCh i NSZ). Usiłowano mi udowodnić przynależność do Armii Krajowej. Ciągle byłem przesłuchiwany. Kiedy tylko przysnąłem – Rosjanie wyciągali mnie z baraku, repetowali broń i udawali, że chcą mnie rozstrzelać. Nie zgadnie pani, jak się z tego wywinąłem…

Nawet nie będę próbowała zgadywać. Co Pan wymyślił?

Studiowałem wówczas prawo – a właściwie kontynuowałem na tajnych kompletach rozpoczęte przed wojną studia – i równocześnie pracowałem w Komunalnej Kasie Oszczędności Powiatu Wołomińskiego. Dyrektor Kasy, Julian Milewski, powierzył mi stanowisko kierownika działu akcji kredytowej na wsi. No i tą akcją kredytową, czyli AK się podparłem. NKWD zorganizowało konfrontację z moim szefem, który potwierdził, że AK to po prostu „akcja kredytowa”. Wtedy skierowano mnie do I Armii Wojska Polskiego. Nie mogłem się od tego wykręcić, bo inaczej pojechałbym na białe niedźwiedzie. Nie przyznałem się tylko do stopnia oficera (podporucznika) rezerwy i do polsko-sowieckiej armii wstępiłem jako zwykły żołnierz.

Jaka to była jednostka?

Najpierw 3 Pułk Zapasowy, potem mnie „kupili” oficerowie – zaopatrzeniowcy, którzy uzupełniali skład personalny poszczególnych jednostek (był „naturalny ubytek” – ranni, zabici). Trafiłem do 8 Pułku Piechoty 3 Dywizji im. Romualda Traugutta. Na początku w każdej kompanii byłem przez jakiś czas, później zostałem wcielony do normalnego oddziału wojskowego. Wybrałem pułk fizylierów – to w czasie II wojny światowej były, bezpośrednio podległe dowódcy pułku, pododdziały piechoty uzbrojone w pistolety maszynowe. Ochranialiśmy czołgi, kierowani byliśmy na zwiady i „zwiady bojem” – to już techniczna terminologia wojskowa.

Któregoś dnia wyruszyliśmy na front pod Choszczówkę koło Jabłonny, tuż przy pałacu naszych „możnowładców”, gdzie wówczas mieścił się sztab pułku. Niemcy mieli tam przyczółek, jakieś 10 km długości na 3 km głębokości. My mieliśmy go zlikwidować i zmusić Niemców do udania się na lewy brzeg Wisły. Nasze akcje służyły przede wszystkim pozyskaniu „języków”, czyli wzięciu do niewoli Niemców, których zeznania pozwoliłyby określić z jakimi, liczebnie, wojskami mamy do czynienia, jak są uzbrojone niemieckie oddziały, jaką strategię planują.

Nie był Pan chyba zachwycony wcieleniem do komunistycznego wojska?

Nie, ale przecież sama idea walki z Niemcami była taka sama, jak idea AK-owców. Tak czy inaczej się tych Niemców tłukło, tyle że w innych barwach. Nie w biało-czerwonych a w czerwonych. Po jednej z akcji „zwiadu bojem” doszło do tego, że kiedy wzięliśmy dwóch Niemców do niewoli, szef sztabu tego pułku, major Mormitko – rodowity Rosjanin – stwierdził, że krwią zmazaliśmy swoje „winy” AK-owskie.

Jesteśmy coraz bliżej Wigilii. Podobno w 1944 była wyjątkowo ciężka zima?

Ciężka i wczesna. Już w pierwszych dniach grudnia śniegu mieliśmy po kolana. No i siedzieliśmy w tej Choszczówce w okopach, bardzo niedaleko Niemców, z obu stron prowadzony był ostrzał artyleryjski. Normalna wojna…

W którymś momencie zgadałem się z młodszym kolegą (tym, który właśnie przed chwilą dzwonił) z kompanii rusznic przeciwpancernych, że zbliżają się święta, żołnierze są z dala od domu, nie jest im łatwo… On zawiadomił wtedy zastępcę dowódcy pułku do spraw politycznych, Leona Łustacza, że ja pochodzę z Wołomina i że mógłbym zorganizować jakąś wigilijną pomoc dla żołnierzy.

„Politruk” i Wigilia? Coś mi tutaj nie pasuje…

Łustacz był przed wojną adiunktem Wydziału Prawa Uniwersytetu Poznańskiego i z całą rodziną – ojcem, matką – pojechał w 39 r. do Grodna na wakacje. Wybuchła wojna, nie mogli wrócić do Poznania. Wtedy Sowieci wywieźli ich do Kazachstanu i tam internowali. Kiedy zaczęła powstawać armia Andersa, Polacy zjeżdżali się z całego ZSRR. Ale niektórzy nie zdążyli i wstąpili do armii Berlinga – I Armii WP, komunistycznej, ale przecież pod biało-czerwonymi sztandarami. Takie były nasze, polskie losy.

No to teraz jedziemy z Choszczówki do Wołomina. Czołgiem?

Nie! Broń Boże! Razem z porucznikiem Jankowskim pojechaliśmy konno. Kiedy żona mnie zobaczyła – omal nie zemdlała. Konie zostawiliśmy w bramie. Chłopaki polecieli coś skombinować dla nich do jedzenia, a myśmy zaczęli rozmawiać z mieszkańcami, których zresztą doskonale znałem, na temat pomocy dla żołnierzy. Trafiłem na wspaniały grunt. Włączyła się w to w szystko oczywiście moja żona, bardzo znany wołomiński piekarz – Janek Zych – przedwojenny działacz PPS – narzeczona jednego z kolegów (nie pamiętam jej nazwiska), no i właściwie całe społeczeństwo Wołomina, ujęte tym, że ja, ich ziomek służę w tym pułku.

Trzy dni organizowaliśmy gwiazdkę. Piekarze, rzeźnicy… wszyscy przynosili dary, pisali listy z życzeniami do żołnierzy. Kiedy wróciliśmy pod Choszczówkę, złożyliśmy meldunek, że w Wołominie powstało Towarzystwo Przyjaciół 8 Pułku Piechoty.

A po kolejnych 4 dniach znów byliśmy w Wołominie.

Domyślam się, że czekały paczki dla żołnierzy.

Paczki? – 6 wozów załadowanych żywnością, swetrami, szalikami, bimbrem, wyrobami wędliniarskimi, ciastem! Wszystkim, co można sobie wyobrazić. Muszę w tym miejscu wspomnieć też Mieczysława Orycha, który miał wówczas trzech synów, chłopaków na schwał, rodzinę Nowaków – trudno wymienić wszystkich, ale pomoc była ogromna.

Pojechaliśmy do Choszczówki konno, a moja żona, Janek Zych i ta dziewczyna – łazikiem. W drodze ostrzeliwały nas niemieckie samoloty, ale jakoś się udało dotrzeć na miejsce bez strat. Kapitan Łustacz był zachwycony. Całą delegację zaprosił do swojej kwatery w ziemlance. I tam była właśnie ta wigilia, która tak w pamięci mi utkwiła. Raz, że spędziłem ją z żoną na… froncie, dwa, że dzięki niej i Jankowi Zychowi tak udało mi się to wszystko zorganizować. Wszystkim Czytelnikom „Głosu Powiatu”, a przede wszystkim tym ofiarnymn mieszkańcom Wołomina, którzy przyczynili się do zorganizowania sławetnej gwiazdki 1944 – życzę prawdziwie radosnych świąt Bożego Narodzenia.

Ewa Barciszewska
Tekst publikowany na łamach Głosu Powiatu
19.11.2001.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.