Technikum Szklarskie (1960-1965) – Wspomnienia ucznia

Decyzja

Każdy absolwent wołomińskiej podstawówki z roku szkolnego 1958/59 musiał zmierzyć się z pytaniem „co dalej?”. Było to pytanie skierowane przede wszystkim do rodziców, w mniejszym stopniu do niego samego, ponieważ oprócz stopni na świadectwie, które świadczyły, że „miał do czegoś głowę lub nie”, liczyła się w owym czasie wola starszych. Kalkulacje rodziców poruszały się naówczas w dość wąskim kręgu możliwości. Ze szkół ponadpodstawowych oferował Wołomin jedno liceum ogólnokształcące, dwa technika: ekonomiczne oraz szklarskie i jedną szkołę zawodową (Zasadnicza Szkoła Handlowa). Zawodówki stały nisko w hierarchii rodzicelskich ambicji, gromadziły młodzież mało zdolną lub trudną, mówiło się o nich tonem lekceważącym i z odcieniem wyższości „zawodówki to półgłówki”. Ogólniak był szanowany, miał prestiż, prawdziwe wyzwanie dla środowiska małomiasteczkowego, ale zasiewał w głowach pewien lęk. Po ogólniaku musisz iść dalej! Dalej? Tak, na studia! Dla wielu rodziców było to z jednej strony wielkie marzenie o karierze dziecka, z drugiej – strach, że się nie dostanie i co? Sama matura już nie wystarczy, inaczej niż przed wojną, czeka cię praca najwyżej w biurze, bez perspektyw. Lepiej idź do technikum, będziesz miał maturę i możesz iść na studia, a jak się nie dostaniesz, pójdziesz do wyuczonego zawodu. W tym myśleniu było sporo racji i zapobiegliwości życiowej. Pozostawało więc podjąć decyzję: technikum ekonomiczne czy szklarskie? Gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego wolałem zostać „szklarzem”, nie potrafiłbym odpowiedzieć jednoznacznie. W rodzinie nie było ani tradycji handlowych ani szklarskich, nikt z kolegów nie stawał też przed podobnym dylematem, musiałem zdecydować sam. Najprawdopodobniej, o ile mogę sobie przypomnieć, odwiedziłem dla orientacji szkołę i zapachniało mi nieznanym, odległym, słowem ‒ przygodą. Na pewno nie miałem głowy do ekonomii, bałem się przy tym, że czeka mnie praca w biurze lub w sklepie, założyłem natomiast, że jakoś dam radę z technologią szkła,
w zamian za co „jedyne technikum szklarskie w Polsce” obiecywało mi wyjazdy na praktyki do atrakcyjnych miejscowości, w których zwykle lokalizowano huty szkła (Szklarska Poręba, Ustronie, Krosno). Szkoła dysponowała internatem dla młodzieży przyjezdnej z odległych stron, więc i koledzy zapowiadali się ciekawie. A na dodatek klasy były czysto męskie, czyli całkowita odmiana! Wierzyłem też, że jako uczeń „pokażę się” na lekcjach historii i polskiego, w skrytości marzyłem o studiowaniu, ale to już dalsze dzieje.

W drodze do szkoły

Z domu na Kwiatowej do „Jedynki” było blisko. Z biegiem lat sąsiedztwo ulic Paplińskiego (dzisiaj Wileńskiej), Kasprzaka (Kościelnej), Mickiewicza, Broniewskiego i Miłej już nie wystarczyło świeżo upieczonemu absolwentowi podstawówki. Droga do kościoła, na rynek, czy na stację kolejową, jako teren poznawania świata, wyczerpywała swoje tajemnice i możliwości. Przyszedł czas, aby ruszyć dalej.

Zmiana szkoły zbiegła się w czasie ze zmianą miejsca zamieszkania. Nasza rodzina przeprowadziła się do Słonecznej. Drewniany domek na ulicy Bocznej 13 okazał się prawdziwym rajem. Właściwie trudno porównywać obydwa adresy, to były odrębne światy. Oficyna na Kwiatowej oferowała małe, zagrzybione mieszkanie, w mokre lata z wodą pod podłogą, niewielkie, zamknięte z trzech stron podwórko, na którym rosły jakieś krzaki i dwa rachityczne drzewka owocowe, kilka komórek na węgiel oraz, całkiem w rogu, wspólny wychodek. Każdy element składowy naszego obejścia zasługiwałby na dokładniejsze opisanie ‒ przecież w takim otoczeniu mieszkali wszyscy sąsiedzi z okolicy. Nikogo nie dziwiło, że podwórko usiane było świeżo wykopanymi lub właśnie zasypanymi dołami na nieczystości. O wspólnych na nim zabawach lub grze w piłkę nie było mowy, pozostawał placyk przed hutą, obce podwórko lub ulica. Komórki, na tyle niskie, że łatwe do pokonania, służyły do gonitw i wędrówek na obcy teren. W jakimś sensie centrum życia kamienicy stanowił wychodek (budka z jednym oczkiem dość regularnie wyczerpującym swoją pojemność), gdyż często ustawiała się przed nim kolejka niecierpliwych potrzebujących. Okno naszej kuchni wychodziło na podwórko, mieliśmy więc doskonały punkt obserwacyjny, dzięki któremu mogliśmy wykorzystać momenty bezkolejkowe lub uniknąć spotkania z nielubianym sąsiadem.

Za murem zaczynał się teren huty. Na pewno tajemniczy i pociągający, rozpalony do czerwoności wannami ze szkłem, głośny i dymiący. Sercem naszej okolicy był jednak „rzeźnik”, sklep mięsny, do którego coś tam „rzucano”, ale nikt, łącznie ze sklepową, nie wiedział, kiedy i co. Takie nieregularne dostawy, ważnego dla życia wiktuału, odkrywały niespodziewanie pozytywne strony naszego powojennego, już socjalistycznego, bytowania. Rodzice i dzieci, praktycznie wszyscy mieli stałe dodatkowe zatrudnienie. Starsi zajmowali kolejkę, od czasu do czasu do niej wracali, dzieci pilnowały, czy już coś przywieźli. Siłą rzeczy, każdy znał każdego, wiedzieliśmy wszystko o sobie. Życie towarzyskie, można powiedzieć, kwitło w najlepsze.

Słoneczna przywitała nas w 1960 roku, czym miała najlepszego. Ciszą, piaskiem i zdrowym powietrzem. Na posesji Boczna 13 stał przedwojenny, sporych rozmiarów dom drewniany, otoczony dużym gęsto i dziko zarośniętym ogrodem. Sąsiadów nikt nie słyszał, ani nie widział. Do stacji kolejowej Wołomin-Słoneczna mieliśmy 300-400 metrów. Jednym słowem, a tak mawiano przed wojną, mieszkaliśmy „jak na letnisku”. Kłopot pojawił się wraz z plotkami, że Spółdzielnia Mieszkaniowa będzie stawiać nowe bloki, co w praktyce socjalistycznej rzeczywistości oznaczało, że władza zabierze ludziom własność, a da w zamian mieszkanie w bloku. Żeby jeszcze mieszkanie otrzymał każdy potrzebujący, ale gdzie tam! Wpychano ludzi do klitek, całą rodzinę z dorastającymi dziećmi, zabierając duży dom z ogrodem. Dzieci za parę lat doroślały, chciały się usamodzielnić, ale na własne mieszkanie musiały czekać latami No cóż, „za komuny” takie wywłaszczenia były nader częste. Nie pomagały nawet znajomości. Jedynym sposobem na przechytrzenie władzy było odpowiednio wczesne rozpoznanie jej planów i zastosowanie manewru wyprzedzającego. W każdym razie plotka o blokach krążyła wokół naszej posesji natarczywie kilka lat, aż w końcu nas dopadła, ale to już kolejna opowieść. Ze Słonecznej do szklarskiego prowadziły dwie drogi. Pierwsza, na skróty, wiodła ulicą Długą, koło starego młyna, dalej Sikorskiego, później lekko w prawo w Paplińskiego i w lewo w Daszyńskiego lub Mickiewicza do rynku. Z rynku w Kasprzaka do Armii Ludowej (Legionów) i niezły kawałek na sam jej koniec, pod numer 85. By zdążyć na pierwszą lekcję należało iść szybkim krokiem dobre pół godziny. Droga ta miała podstawowy mankament, narażała na wiele niebezpieczeństw. Zewsząd czyhały hordy psów, a i każdy pijany wyrostek mógł bezkarnie zaczepić ucznia, na przykład zrzucić mu czapkę z głowy lub dać kuksańca, ot tak, bez przyczyny. Jak się obronić? Pozostawała jedynie taktyka omijania wrażliwych miejsc i ucieczka. Można powiedzieć ‒ niezłe przygotowanie
do przyszłego życia, ale ja wybrałem inną trasę.

Jeden przystanek kolejką elektryczną, niby nic, trochę jednak bezpieczniej i dużo ciekawiej. Sporo młodzieży dojeżdżało do wołomińskich szkół. Od strony Tłuszcza mój brat cioteczny Grześ Rychta, Andrzej Rudnik, przyszły dyrektor szkoły, starszy od nas Janusz Suchocki i oczywiście mój koleżka ze Słonecznej Rysio Musiałowicz, zwany „Musiałem”. Od strony Warszawy cała grupa chłopaków zwanych „warszawiakami”: Krzyś Plonka, Janusz Osica, Stasiek Stępień, Andrzej Jurczak, Krzysztof Kochanowicz. Stacja Wołomin służyła przez lata jako miejsce spotkań i okazja do nawiązania znajomości, zwłaszcza z dziewczętami. Kochałem się kilka razy, zawsze bez wzajemności. Obiektami moich westchnień były dziewczyny „dojeżdżające”, migające przez chwilę w tłumie, które nawet nie domyślały się, że jakiś rówieśnik patrzy na nie ukradkiem, specjalnie czeka na ich pociąg. Kolejowe randki. Zawsze krótkie, pospieszne, ale warte wspomnienia.

Ulica Armii Ludowej zapisywała się w pamięci codzienną wędrówką do szkoły. Rano – spiesznym krokiem, by nie spóźnić się na apel, po lekcjach – by zdążyć na zaplanowany pociąg, którym na przykład wracała jakaś miła buzia. Przejazd do Słonecznej nie był problemem, gorzej mieli koledzy dojeżdżający z Warszawy lub, jak Bogdan Markowski, mieszkający w Urlach. Wszystkim było żal Bogdana, który nigdy nie zostawał po lekcjach na zawodach sportowych czy na spotkaniu z pisarzem. Nawet nauczyciele o tym pamiętali i zwalniali go z niektórych zajęć.

Jeszcze o ulicy Armii Ludowej. Zapamiętałem ją w odcinkach, wyznaczanych nazwami przecznic lub jakimś charakterystycznym miejscem. Najpierw ze stacji przez kładkę do ulic Paplińskiego i Kasprzaka, nieformalnego centrum sklepowo-komunikacyjnego ówczesnego Wołomina. Tu krzyżowały się drogi do najważniejszych punktów miasta: huty, rynku, sądu, kościoła, GS-u, komitetu partii. Kawałek zwartej zabudowy proponował jeszcze odcinek do ulicy Lipińskiej, z narożnym drewnianym krzyżem, i do starego szpitala. Za szpitalem i biblioteką pedagogiczną zabudowa rzedła, pojawiały się domki, ogrody, niezabudowane place. Dwa świeżo wzniesione, nieotynkowane budynki to było nasze Technikum Szklarskie: szkoła, sala gimnastyczna i internat. Wokół i za nami już tylko typowa mazowiecka wieś.

Waldemar Błoński („Picek”) – polonista

Pierwszy rok nauki w technikum (1959/60) rozpoczął się pod dobrym znakiem, trafiłem na Waldemara Błońskiego, nauczyciela języka polskiego. Był świeżo po studiach, miał 26 lat. Nosił się, jak na nasze wyobrażenia, nadzwyczaj elegancko. Z tego powodu powszechnie nazywano go „Picek”, od popularnego powiedzenia „picuś-glancuś”. Zawsze w dobrze skrojonym garniturze z kamizelką, w białej koszuli i krawacie. Z lewej, górnej kieszonki marynarki wystawała chusteczka. Nikt z nas, chłopaków pochodzenia robotniczo-chłopskiego, nie wiedział, czemu ma ona służyć. Kojarzyliśmy ją z chusteczką do nosa, ale tę nosiło się w kieszeni spodni. Błoński widząc nasze zaciekawienie, objaśnił, że kieszonka nazywa się z niemieckiego „brustasza”, a chusteczka to „poszetka” nazwa pochodzi z francuskiego. Nie musiał pytać, czy bywa ona elementem naszego stroju męskiego, na przykład garnituru niedzielnego, nasze szeroko otwarte oczy zdradzały kompletną niewiedzę w tym zakresie. Ale elegancja naszego Picka nie była nudna i urzędniczo poprawna. Profesor Błoński miał duszę artysty, więc chodził w płaszczu niedbale zarzuconym na ramiona lub malowniczo rozpiętym, końce szala powiewały na wietrze, jednym słowem był zjawiskowy. Jego dociekliwość w obnażaniu naszej niewiedzy i nieustępliwość w jej tropieniu zrażała, ale i pociągała. Niby nas wyśmiewał, dawał się jednak wciągać w niebywałe, prawie niemieszczące się w głowie opowieści.

Język polski w programie pięcioletniego technikum należał do zespołu przedmiotów ogólnych, jak matematyka, historia czy język obcy (do wyboru był tylko rosyjski), w przeciwieństwie do przedmiotów zawodowych. Niby mieliśmy się uczyć wszystkiego po równo, jasne było wszakże, że klasa od razu podzieli się według zdolności i zainteresowań. Szybko okazało się, że na dwudziestu paru chłopaków tylko trzech-czterech radziło sobie jakoś z polskim, dzięki czemu staliśmy się w pewnym sensie pupilkami Picka. Napawało nas to, podszytą lękiem, dumą.

Czym szokował? Nie tylko dbałością o wygląd. Również manierami i sposobem wyrażania się, tym, jak chodził, jak gestykulował, jak wkładał rękę do kieszeni. Był kimś innym niż pozostali nauczyciele. Mimo młodego wieku wzbudzał respekt. Jego znajomość literatury, biografii pisarzy, epok literackich wprost paraliżowała nas, słuchających. I te wygłaszane ze swadą obrazoburcze opinie, że jakiś autor popełnił liczne błędy, które on zauważył! Nie mieściło się nam w głowie, że pisarze mogą coś źle napisać. Przecież książka została wydrukowana, zatwierdzona przez ministerstwo, kupiona w księgarni, stoi na półce w bibliotece szkolnej. A on wyjmował z aktówki pokreślony na czerwono egzemplarz, czytał na głos całe zdania i mówił, co i gdzie należy poprawić. Cisza wymieszana z przerażeniem świadczyła o naszym wielkim zaaferowaniu. Akceptacji jednak nie było. To po co czytać książki i uczyć się z nich? Traci się tylko czas, przecież każdy nauczyciel może poddać krytyce inny fragment czy tekst. Ten oczywisty dylemat był do pojęcia dopiero znacznie później. Na razie trzymaliśmy się kurczowo wersji autorów podręczników szkolnych.
W zasadzie i Picek nie miał nic przeciwko temu, najważniejsze, powtarzał, byście zdali maturę.

W dwóch rodzajach zadań siał prawdziwy postrach: w pisaniu dyktand i w analizie wierszy, a to przecież podstawa każdego programu nauczania języka polskiego. W obu byliśmy równie niepewni swej koślawej wiedzy. Regularne dyktanda przerażały; sypały się pały, ale z czasem przynosiło to pewne efekty. Na portalu „Naszej klasy” czytam, że Mietek Śmietanko, przebywający obecnie w Stanach, wspomina z dumą, iż to właśnie Picek nauczył go raz na zawsze poprawnej pisowni zdania-przekleństwa uczniów: „gżegżółka rzyga do brytfanny” (w wersji oryginalnej zdanie brzmiało: „gżegżółki i piegże nażarły się na czczo rzeżuchy i rzędem rzygały do brytfanny”).

Podobne męczarnie spadały na uczniów przy okazji analizy wierszy. Bo co można więcej powiedzieć o miłości romantycznej na podstawie wierszy Adama Mickiewicza? Właściwie tylko tyle, że poeta kochał się nieszczęśliwie w Maryli,
która porzuciła go dla innego. Na pytanie Picka, jakimi słowami wyraża poeta swoje uczucia, nogi miękły, a w głowie pojawiała się niebezpieczna pustka. Pomocnicze pytania tylko pogarszały sytuację. Z czasem stosunki klasy z Pickiem ułożyły się polubownie. Do głosu meldowali się „humaniści”, „technikom” dawał spokój. Na lekcjach z przedmiotów ścisłych i zawodowych było odwrotnie. Tym sposobem dotrwaliśmy szczęśliwie wszyscy do matury.

Spotkałem go ponownie na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Miał z naszą grupą zajęcia z metodyki literatury. Zawsze ten sam, rozmowny, elokwentny, błyskotliwy, szykował się do wyjazdu na lektorat języka polskiego do Francji. Po latach, gdy pracowałem już we Frankfurcie nad Menem i przyjechałem do Warszawy w przerwie semestralnej, natknąłem się na Błońskiego przypadkowo na Nowym Świecie. Jak zwykle elegancko rozwiany, w otwartym płaszczu, z książkami pod pachą. Nieco zdziwiony, zsuwając z nosa okulary, zapytał – O, co u ciebie? Dziękuję, panie profesorze; pracuję w Niemczech na uniwersytecie, zrobiłem doktorat, właśnie ukazała się moja książka – chwaliłem się ile wlezie. No, no, uczniowie dojrzewają i przerastają dawnych mistrzów. Tak zresztą powinno być… Odpowiedziałem skromnie: na początku technikum byłem raczej słabym uczniem, panu zawdzięczam przemianę. Moja droga polonistyczna to wyłącznie pańska zasługa. Widocznie zainteresowała go opowieść, więc zaprosił mnie do siebie, do mieszkania w pobliżu, na Mokotowskiej. Miło spędziliśmy czas przy herbacie, pokazał mi swoje publikacje. To było nasze ostatnie spotkanie. Później dowiedziałem się paru nowych szczegółów. Urodził się w 1934 roku, na drugie imię miał Witold, pochodził z rodziny szlacheckiej herbu Nałęcz. Zmarł w 2002 roku. Teraz wszystko pasowało do siebie: noblesse oblige!, szlachectwo zobowiązywało, panie profesorze Błoński!

Profesorowie i koledzy

W technikum miałem sporo szczęścia: do nauczycieli i do kolegów. Ale nauka zaczęła mi się pechowo. Na początku II klasy poważnie zachorowałem i kiedy po czterech miesiącach wróciłem do szkoły, dyrektor Piotr Rostkowski zdecydował, że nie dam sobie rady i muszę powtórzyć rok. Nowa polonistka Zofia Sznitko, która objęła polski po Błońskim, przekonywała dyrekcję, że na pewno sobie poradzę, jednak nauczyciele zawodu kręcili głowami. Ma za dużo zaległości w rysunku, chemii, a jeszcze warsztaty, laboratoria, tego nie da się nadrobić, mówili jednym głosem. Po cichu musiałem przyznać im rację. Pierwszą klasę zacząłem z Mietkiem Śmietanko, Krzysiem Grabskim, Jurkiem Janochą, Tomkiem Ratajskim, Jurkiem Staroniem, Zygmuntem Kociszem i oczywiście z Rysiem Musiałowiczem, z którym siedziałem w ławce. Podział na klasę „A”, do której chodzili Grześ Rychta i Andrzej Rudnik, i „B”, do której trafiłem w następnym roku, był absolutnie formalny.

Znaliśmy się z różnych miejsc. Nowa klasa oznaczała nowych kolegów: Wiesiek Filipow, Wojtek Flaga, Ignacy Jóźwiak, Staszek Kiciński, Adam Markiewicz, Lucek Mikiciuk, Janusz Mościbrodzki i jeszcze wielu innych, razem około 30. Wielu z różnych miejsc Polski i z tego powodu mieszkających w internacie, spora grupa dojeżdżających od strony Warszawy, reszta miejscowych. W większości roczniki 1945/46, które tworzyły pierwsze pokolenie PRL. Urodzeni już po wojnie mieliśmy stać się pierwszym pokoleniem wychowanym i uformowanym w socjalizmie, nieskażonym miazmatami kapitalistycznego międzywojnia. Ale szkoła podstawowa nie zrobiła z nas „pionierów” na wzór radziecki, raczej przeciwnie – harcerzy przedwojennej Polski, którzy w 1956 roku całkowicie oficjalnie i z pełnym zaangażowaniem zbierali datki na pomoc Węgrom.

Gorzej było z poziomem kształcenia. Społeczeństwo, świadome korzyści, chętnie posyłało dzieci do szkół, jednak różnic środowiskowych i braków w obyciu i wiedzy ogólnej nie dawało się szybko nadrobić. W niewielu domach można było dziecku pomóc, powszechne stawały się korepetycje. Po podstawówce, jak wspominałem, młodzież trafiała do ogólniaków, techników lub zawodówek, co oznaczało nie tylko wybór drogi zawodowej, ale określało status i przyszłą pozycję społeczną. W naszym technikum powinna zatem znaleźć się (z definicji) młodzież średnio zdolna, o niezbyt wygórowanych ambicjach zawodowych i życiowych. Czy tak było rzeczywiście?

Szkoła średnia to czas dojrzewania, ciekawości świata, okres krystalizowania się zainteresowań, nabywania umiejętności, rozwoju naturalnych zdolności. Szybko okazywało się, kto ma do czego smykałkę, czy nauka sprawia mu radość, czy przychodzi z trudem. A jeszcze życie towarzyskie, naturalne pokusy wieku… Ze wszystkim musieli sobie radzić nasi profesorowie, od dyrektora po woźnego (u nas była chyba woźna?).

Dyrektor Rostkowski – potężny mężczyzna o pewnych ruchach, świadomy swej pozycji. Widzę go jak dyrygował szkołą na otwartych, boiskowych lub zamkniętych, korytarzowych apelach. Górował nad zebranymi, ostrym i groźnym tonem potrafił napiętnować każdy wygłup, dostrzeżony natychmiast nawet w końcowych rzędach. Karcił sprawiedliwie i ojcowie często gęsto tłumaczyli się z postępków swoich rozbrykanych synów. Zwłaszcza chłopaki ze wsi mieli ciężko, niejeden rodzic zaraz na miejscu wymierzał ręką należną karę – „obciach” i ubaw był niezły. Dyrektor Rostkowski cieszył się powszechnym mirem, dostać się do jego gabinetu uchodziło za wielkie wyróżnienie. Czasem zaglądał do pokoju nauczycielskiego, lecz zawsze „po dyrektorsku”, czyli pewnym ruchem otwierając drzwi i uważnie lustrując pomieszczenie, jakby sprawdzał, liczył…? Gdy przeszedł na emeryturę i stał się „byłym dyrektorem”, prowadził jeszcze kilka godzin lekcji. Przypominam sobie, że czasem starym zwyczajem energicznie otwierał drzwi do pokoju nauczycielskiego, jakby właśnie miał przeprowadzić swoją tradycyjną inspekcję. Przyzwyczajenie ponoć jest drugą naturą człowieka.

Nowy dyrektor Ryszard Ludwiniak, również nauczyciel matematyki, chyba mnie lubił, choć orłem w tym przedmiocie nie byłem. Niezwykle kulturalny i miły w obejściu, nie pamiętam, żeby się denerwował. W końcowych klasach nawet mi folgował w trudniejszych kwestiach matematycznych, wiedząc, że i tak na inżyniera się nie nadaję. Nie dlatego jednak tak ciepło go wspominam. Przez bardzo długi czas reprezentował szkołę, a miałem jeszcze tę przyjemność, że pracowaliśmy razem.

Moja wybiórcza pamięć dzieli dawnych nauczycieli technikum szklarskiego na dwie grupy: nauczycieli zawodu i przedmiotów ogólnych. Powód jest zrozumiały. Ponieważ od początku nauki czułem, że szklarstwo nie będzie moim przeznaczeniem życiowym, starałem się wypełniać minimum programowe tam, gdzie musiałem, skupiając się na polskim i historii. Takie postawy były zresztą powszechnie akceptowane. Uczniowie coś (kogoś) lubili lub nie, nauczyciele podobnie. Trudno jednak powiedzieć, że w naszej małej społeczności komuś działa się krzywda.

Nauczyciele przedmiotu to galeria wspaniałych fachowców, zasłużonych w swoich dziedzinach. Miałem to szczęście, że jeszcze zetknąłem się z nestorem szklarstwa, Aleksandrem Dobrzańskim. Niskiego wzrostu, o ruchach i mowie
oszczędnej, w każdym calu stateczny i poważny. Przypominam sobie, jak w pokoju nauczycielskim, gdy sam już byłem nauczycielem, spierano się, o której godzinie przed wojną kursował ranny pociąg z Poznania do Warszawy. Inżynier słuchał i nic nie mówił. Następnego dnia przyniósł przedwojenny rozkład jazdy i spór stał się bezprzedmiotowy. Podobnie barwną, w uczniowskich opowieściach, była postać Wacława Nowotnego, nauczyciela koronnego przedmiotu „technologia szkła”, zwanego przez nas „Na tego”, z racji częstego używania owego powiedzonka. O Nowotnym piękne wspomnienie napisał Rysio Musiałowicz.

Inni, jak Mieczysław Gwiazdecki, Ireneusz Śmietanko, Włodzimierz Świetlik, Suski, Ryszard Faustyn czy Witold Żołędziowski prowadzili zajęcia czysto specjalistyczne, widzieliśmy się więc rzadziej. Docent Świetlik, nauczyciel ekonomii, na trwałe zapisał się w mojej pamięci uwagą o różnicy między przedsiębiorstwem kapitalistycznym i socjalistycznym. Pierwsze, powtarzał, nastawione jest na zysk, drugie na straty. Dziwnie musiał się czuć uczeń, który wkrótce miał podjąć pracę w zakładzie przemysłowym produkującym butelki, szklanki czy pięknie rzeźbione wazony, a mimo to przynoszącym planowane straty. Na pytanie: „Dlaczego tak się dzieje?”, odpowiadał ze spokojem: „By każdy z was miał gwarantowane przez socjalizm zatrudnienie”. Konsekwencji tego paradoksu nie potrafiliśmy jeszcze zanalizować.

Z profesorem Podhorodeckim rozumieliśmy się bardzo dobrze, zwłaszcza w kwestiach wcześniejszych dziejów Polski. Jego opowieści o wojnach z kozakami i Szwedami zapierały dech w młodych piersiach słuchaczy, a znał się na nich wybornie. Nieco trudniejsze okazywały się lekcje z historii najnowszej, zwłaszcza drażliwe kwestie wojny polsko-bolszewickiej i Katynia. Młodzież w starszych klasach chętnie zadawała niewygodne pytania, na które nie odpowiadał wprost. W końcu używał argumentu nie do zbicia: „Muszę was przygotować do matury, myślę, że rozumiecie”. Rozumieliśmy, bo kto nie chciał zdać matury?

Wspomnienie o nowej polonistce, Zofii Sznitko, zostawiłem na koniec. Była nauczycielką mało lubianą przez kolegów, z kilku powodów. Przede wszystkim z racji swej wielomówności i niewątpliwej uszczypliwości. Miała nam za złe różne rzeczy, czasem całkowicie niesprawiedliwie. Nasze stosunki układały się za to nieźle, trochę jakby mi matkowała, pamiętając o mojej przebytej chorobie. W przeciwieństwie do innych zachowałem w pamięci sporo jej monologów. Antyklerykalizm pani Zofii miał podłoże prywatne i był całkowicie wolny od taniego koniunkturalizmu politycznego. Z Panem Bogiem postanowiła ułożyć się indywidualnie. Jestem starą schorowaną kobietą, w każdej chwili może mi pęknąć żyłka w mózgu i po mnie. Był człowiek i nie ma go. Nawet taki, tu wykonywała charakterystyczny gest ręką określający brzuch księdza, nie zdążyłby przybiec. Zresztą, po co? O czym mielibyśmy rozmawiać? Opowiadałam wam, jak umierała Maria Konopnicka… Tak, tak, rozlegało się w sali. Konopnicka mówiła, że po co jej sługa, skoro za chwilę rozmawiać będzie z Panem! Właśnie, ale nie żartujcie. Jesteście jeszcze bardzo młodzi i co was obchodzi starość, choroby, śmierć?! Może kiedyś, teraz macie pstro w głowie… I tak jest chyba dobrze. Tylko nie zapominajcie, że zanim się zestarzejecie, musicie jeszcze jakoś przeżyć wasze życie. Ale nie łudźcie się, że to łatwe i proste. Paru z was wróci na ojcowiznę, kilku pójdzie do huty szkła, resztę pociągnie świat. Kto z ludu jest i wróci na swe miejsce, czeka go niełatwy los plebejusza. Ale wierzcie mi, ten kogo zwiedzie władza ludowa lub kto uzna, że ją przechytrzy, musi się mieć na baczności. Czeka go wiele pokus i pułapek… Dłuższe milczenie oznaczało, że lepiej nie wychylać się z pytaniami czy uwagami. Na szczęście lekcja dobiegała końca, a żarty przenosiły się na korytarz, podwórko szkolne lub do toalety męskiej. Z poezją Adama Mickiewicza uporaliśmy się w kilka lekcji, za to Julek Słowacki zajął nam około pół roku. Bardzo go lubiła i przy byle okazji wyśmiewała Mickiewicza za brudny surdut lub za małżeństwo z Celiną. Dla innych poetów romantycznych najzwyklej w świecie nie starczało czasu.

Sam zostałem profesorem technikum

Rozpoczynając naukę w technikum szklarskim nie przypuszczałem oczywiście, że sam zostanę kiedyś jego profesorem, tak jak Andrzej Rudnik szlifując buty po chodniku Armii Ludowej nie podejrzewał, że „wyszlifuje” bycie dyrektorem naszej szkoły! Zaistniał co prawda drobny znak, że sprawy mogą posunąć się w tę stronę. Otóż w naszej szkole istniała tradycja, że w dniu nauczyciela uczniowie ostatniej klasy, uznawani za najlepszych w jakimś kierunku, prowadzili lekcje ze swojego przedmiotu w młodszych klasach. Zabawa w nauczycieli, podczas gdy ci świętowali w swoim pokoju, przypadła do gustu wszystkim. Mnie też spotkało to wyróżnienie i miałem okazję przeprowadzić swoją pierwszą w życiu lekcję języka polskiego właśnie w takich okolicznościach. Zrozumiałe, że „bycie profesorem”, co prawda tylko jednodniowe, mogło napawać dumą. Ale nie tylko z tego powodu z każdym rokiem nauki utwierdzałem się w przekonaniu, że do pracy w hucie szkła, czy do studiowania na Akademii Górniczo-Hutniczej, się nie nadaję i moim przeznaczeniem jest polonistyka. Kiedy więc na IV roku studiów odbyłem praktykę studencką w swojej „budzie”, nic nie stało na przeszkodzie, by do niej wrócić w nowej roli, tym bardziej że dawni profesorowie gorąco mnie do tego namawiali. Tak też się stało i w roku szkolnym 1971/72 zacząłem pracę w Zaocznym Technikum Chemiczno-Ceramicznym. Wspominam ten okres jako przykład dobrej tradycji powrotu wychowanków do macierzystej szkoły. W podobnej roli znalazło się kilku z nas. Drugim powodem, dla którego tak wiele we wspomnieniu piszę o polonistyce, jest „cień Picka”. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, jak wielki wpływ na nasze życie wywierają ci nauczyciele, którzy dzięki wiedzy, osobowości czy talentowi pedagogicznemu, świadomie lub nie, stają się naszymi przewodnikami. To o nich mówimy „mój mistrz”.

W roku szkolnym 1971/72 wszedłem do dawnej klasy w nowej roli. Stanąłem naprzeciwko grupy uczniów zróżnicowanych nie tylko wiekowo, (niektórzy byli moimi rówieśnikami), ale również pod względem zajmowanych stanowisk w przemyśle. Trafiła mi się nawet „klasa kierowników”, specjalnie stworzona po to, by mogli zalegalizować awans społeczny oficjalnym dokumentem ukończenia technikum i świadectwem maturalnym. Wszyscy potrzebowali tylko „papierka”.

Kto miał stabilną pracę, a został kierownikiem z polecenia partyjnego, chciał czy nie, musiał uzupełnić wykształcenie. Dojrzali mężczyźni, ojcowie rodzin zasiedli ponownie w ławkach, na kilka godzin wypadając z dotychczasowych ról. Nie było to dla nich łatwe, tym bardziej że przyszło im się skonfrontować z bardzo młodym człowiekiem. Ja i oni: grzeczni, trochę nieufni, trochę pokpiwający w duchu, próbujący jakoś mnie zneutralizować. Wiedziałem o tym i sam szukałem sposobu na nawiązanie dobrego kontaktu z nimi. Najważniejsze było zbudowanie sobie autorytetu, bo bez tego nie zdołałbym ich niczego nauczyć, a miałem takie ambicje.

Przypomniałem sobie, jak postępował Picek, w dobrym i w złym. Wzbudzić zaufanie, a nawet podziw dla swojej wiedzy, a gdy klasa zacznie „dokazywać”, potrafić ją utrzymać w ryzach, do czego doskonale nadawały się dwie wypróbowane metody: dyktando oraz analiza wierszy. – to był jego przepis na pedagogiczny sukces. Z góry wiedziałem, że taktyka będzie skuteczna. Moi uczniowie zaoczni, na co dzień walczący dzielnie z przeciwnościami życia, stawali się bezbronni jak dzieci, gdy przychodziło im zmierzyć się z „gżegżółką rzygającą do brytfanny”. Prośbapolecenie, by zanalizowali „miłość romantyczną” na podstawie wierszy Adama Mickiewicza, doprowadzała ich prawie do rozpaczy. Ale klęska ucznia to klęska nauczyciela. Znalazłem więc, podobnie jak Picek, polubowne rozwiązanie. Muszę nadmienić, że i mnie trafiła się w technikum zaocznym perełka humanistyczna. Jeden z uczniów, prawdziwy wyjątek wśród techników, napisał bardzo ciekawą pracę dyplomową z języka polskiego, którą wysłałem na konkurs organizowany przez „Życie Warszawy”. Praca została nagrodzona. Co za radość dla ucznia oraz nauczyciela.

Moja szklarska belferka skończyła się po pięciu latach. W 1976 roku podjąłem pracę na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jednak, na szczęście, kontakty z bratnimi duchami wołomińskimi nie ustały, a to za sprawą Leszka Podhorodeckiego oraz Cezarego Waszczyńskiego. Z Leszkiem Podhorodeckim spotykałem się często w starej bibliotece UW. Przygotowywał nowe książki, prowadziliśmy pasjonujące rozmowy na różne tematy. Z Cezarym (który był też moim studentem) w latach późniejszych zbliżyła mnie miłość do literatury, zwłaszcza do poezji. Cezary sam pisał kiedyś wiersze. Skupił wokół siebie grono poetów, organizował spotkania. Mam w pamięci jedno z nich na terenie Technikum, na które przyjechał też Leszek Podhorodecki. Cezary zaprzestał poezjowania, ja, już w wieku dojrzałym, je zacząłem. Ten wątek rozmów, poszerzony o sprawy kultury wołomińskiej, warto kontynuować. Liczę, że i w kolejnym numerze „Rocznika” znajdzie się nieco miejsca na moje dalsze wspomnienia.

Piotr Roguski
„Rocznik Wołomiński”
tom XI, 2015

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.