Uczniowie jej kompletów

Jan Mierzejewski (ur. 10 stycznia 1929 r.) na lekcje do „panny Krysi” (tak mówił on i inni o nauczycielce, bo niewiele była od nich starsza) zaczął chodzić ponieważ miał zaległości na skutek choroby trwającej około dwa miesiące (zapalenie płuc po kąpieli w przerębli). Wówczas ojciec spotkał panią Natalię Kwapiszewską, mówił o problemie, a ta poradziła, by zgłosił się z synem do jej córki, Krystyny. Pierwsze wrażenie szkoły na poddaszu, młodego chłopaka zaskoczyło: zobaczył pełną mobilizację, atmosferę nauki i dyscypliny wśród uczniów, i o dziwo, dyscypliny, której nie trzeba było „trzymać”. Dla tych, którzy mieli zaległości panna Krysia prowadziła dodatkowe lekcje, Jaś korzystał z indywidualnej nauki języka niemieckiego, zawsze po niedzielnej mszy.

Pamięta spotkania na podwórku, pod drzewem, lipą czy kasztanowcem, tam odbywały się dyskusje. Panna Krysia starała się odpowiedzieć na wszystkie pytania, ale gdy nie potrafiła, mówiła: „Nie wiem, odpowiem jutro, zapytam ojca”. Jej stosunek do uczniów był koleżeński, wręcz serdeczny, tym ich ujmowała. Pamięta, jak na imieniny, w czerwcu, podarowała mu różę wyciętą z ogródka i tym u obserwatorów spowodowała „burzę mózgów”.

Jego kolegą był Stasiek Kielak, to z nim chętnie grał w szachy. Jeszcze po latach, gdy Staś wpadał do niego, podczas urlopu z wojska, z podchorążówki, rozgrywali partyjkę. Byli serdecznymi kolegami i poznali dwie przyjaciółki: Tereskę Dzwonkównę i Tereskę Dzikowską. Zakochali się, podział był prosty, każdy wybrał za żonę Tereskę, Staś – Dzikowską, Jan – Dzwonkównę, która jest jego żoną do dziś. Pamięta, jak u Marysi Borowskiej wieczorami odbywały się potańcówki, na których jej mama, Hela Repin i Tereska Zamojska grały na pianinie. To był cudowny czas.

Wiktorii Szatkowskiej podarował własnoręcznie zrobiony, srebrny pierścionek z orzełkiem. Po latach, gdy ją spotkał, mówiła, że przechowuje tę pamiątkę. Robił też sygnety, a wzór orzełka brał z guzika kolejarskiego. Jeden egzemplarz wycinał „iglaczkiem” 5-6 godzin, każde piórko musiało być widoczne.

Pamięta ucznia bardzo mądrego, zdolnego, Leonarda Urbanka, którego nazywano – Leon. To on na swoje nieszczęście pokazał kolegom oceny ze szkoły w Poznańskiem, a tam same jedynki. Chłopcy się śmiali, Leon niepotrzebnie płakał, bo tam jedynka, to u nas piątka, później było im wstyd, że dokuczali koledze. Na kompletach nauka szła w parze z wychowaniem. Pamięta, jak w 1945 lub 1946 roku panna Krysia zaprowadziła ich na pierwszy, dorosły bal karnawałowy w Stronnictwie Demokratycznym. Oprócz Janka był Stasiek Kielak i inni chłopcy, a dziewczyny to: Hela Repin, z którą najczęściej tańczył, Winia Szatkowska, Marysia Borowska, Teresa Zamojska i inne. Panna Krysia na wszystko miała oko, sama nie chciała tańczyć, ale im udzielała instruktażu, mówiąc: „Zobacz, Basia jeszcze nie tańczyła, Dziunia stoi pod ścianą, zatańcz też z Tereską”, a oni – młodzi, rozbawieni, chętnie wykonywali te polecenia. To na tym balu, usłyszał orkiestrę grającą Czerwone maki i zobaczył salutujących wojskowych. Wtedy przestali tańczyć, do dziś gdy słyszy tę melodię odruchowo staje wyprostowany i ten obrazek sprzed wielu lat przemyka mu przed oczami. Po balu, nad ranem biegał, od parcelacji do parcelacji z panną Krysią i Staśkiem Kielakiem, odprowadzając tancerki do domów.

Na koniec naszej rozmowy pan Jan Mierzejewski – dziś emerytowany kierownik zaplecza technicznego w Centralnym Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Stolarki Budowlanej w Wołominie, wyjął mały pamiętnik z lat 1942-1945. Pamiętnik, w którym zawarty jest wielki świat marzeń, miłości, umiłowania ojczyzny, mądrości przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Na przykład, w czerwcu 1945 roku, Hela Repin wpisała:

„Szczęśliwa młodość!… nawet smutki
zaprawne ma rozkoszą.
Dzień szczęścia długi…, żalu krótki,
łzy ulgę jej przynoszą.
Szczęśliwa młodość!…, swe boleści,
w słowiczym odda śpiewie.
I echem własnych skarg się pieści,
i o swym szczęściu nie wie!”.

 

W czerwcu 1942 roku „Do wieńca wspomnień” wpisała się Danuta Fogel:

„Przyjaciela szczerego poznasz tylko w biedzie,
Bo fałszywy Cię zdradzi, skoro los zawiedzie.”

 

A Teresa Kopeć, w styczniu 1944 roku napisała:

„Gdy chmura smutku zasępi twe czoło,
Struna Ci tony odpowie smutnymi,
O przejrzyj wtedy koleżanek Koło,
I powiedz
Żal mi za Wami.”
 

I tu wpadł mi do głowy pomysł, spotkanie po wielu latach, pan Jan na pewno się stawi, a reszta koleżeństwa? Z panią Anielą Walaszek z Urbanków (ur. 1927 r.) przeprowadziłam krótką rozmowę telefoniczną. Patrzyłam na pożółkłą fotografię, z której uśmiechała się panna w okularach, w ciemnej sukience z białym kołnierzykiem. Na pytanie, czy pamięta panią Krystynę Kwapiszewską, usłyszałam: – Doskonale pamiętam panią Krysię, była to cudowna kobieta, a właściwe dziewczyna, pełna energii i optymizmu, a z którego jest roku?

– z 1922 roku

– To ona była taka młodziutka jak nas uczyła? Tylko o 5 lat ode mnie starsza.

– Jak po latach wspomina pani Wołomin?

– Wołomina nie pamiętam, dziś mam 82 lata, jestem w depresji, jestem niewidoma…. Ale pamiętam, byłam wolnym słuchaczem, chodziliśmy do prywatnego domu, była tam miła atmosfera i ciekawe spotkania. Drewniany domek w ogrodzie i taki zaciszny w wojennej zawierusze. My jako dzieci nie zdawaliśmy sobie sprawy jak pani Krysia naraża swoje życie (…).

Pani Aniela Walaszek po wyjeździe z Wołomina ukończyła Szkołę Ekonomiczną w Poznaniu i pracowała w Towarzystwie Ekonomicznym. Tam poznała Ksawerego Walaszka – późniejszego męża, który był profesorem instrumentów dętych w Średniej Szkole Muzycznej w Toruniu. Grał w orkiestrze Opery Poznańskiej na waltornii.

Brat pani Anieli – Leonard Urbanek, (ur. 1928 r.), emerytowany inżynier, zasłużony w pracach społecznych mieszkaniec Bydgoszczy, do dzisiejszego dnia utrzymuje stały kontakt ze swą nauczycielką z Wołomina, a swoje skrupulatnie zebrane pamiątki z lat okupacji oddał do Oddziału ZNP w Wołominie, celem przekazania w przyszłości do muzeum miasta.

Ukończył Politechnikę Wrocławską uzyskując tytuł inżyniera magistra. W latach 1954-1993 pracował w Polskim Radiu Bydgoszcz, jako inżynier ruchu i dyrektor techniczny. Do dziś utrzymuje kontakt, pisze, telefonuje i odwiedza panią Krystynę z żoną i córką Anią.

Z panem Leonardem nawiązałam kontakt poprzez panią Krystynę w 2004 roku. To on zafascynowany do dziś swoją nauczycielką, skrzętnie gromadził pamiątki związane z okresem okupacji i czasami współczesnymi: zdjęcia z czasów okupacji, oryginalne świadectwa ze Szkoły Podstawowej Nr 1 w Wołominie z lat 1937-1942 w języku polskim i niemieckim, odręcznie napisane przez panią Krystynę Kwapiszewską zaświadczenie, żeby mógł, jak pisze „gdzieś tam pójść dalej do gimnazjum” oraz album kart z wycinankami pani Krysi, które nazywa „miniaturowymi arcydziełami”.

W liście, podkreśla: „(…) nawiasem mówiąc nikt nie chce uwierzyć, że są to dosłowne wycinanki, bo nie można sobie wyobrazić wykonywania tego nożyczkami lub w jakiś inny sposób. Jakież to trzeba mieć zręczne ręce i „sokole oko” żeby to zrobić”.

W liście skierowanym do Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Wołominie, pan Leonard Urbanek pisze:

Wracając jeszcze do moich duchowych nastrojów, wewnętrznej satysfakcji i radości związanych z wołomińskim epizodem mego życiorysu, nie mogę sobie w tym przystępie nostalgii odmówić sięgnięcia do wspomnień z tamtych lat. A wspominam tutaj takich nauczycieli jak: pani Wanda Bublewska, Maria Ostrowska, Bolesław Pławski – mój wychowawca, pan Stanisław Szubiński – kierownik szkoły i charakterystyczna, pochylona postać pana  Wieczyńskiego w grubych okularach, wiecznie zakatarzonego oraz z młodszej generacji pan A. Rode – kolejny mój wychowawca, świetnie wygimnastykowany, u którego prywatnie uczyliśmy się języka niemieckiego (to on tak pięknie wykaligrafował moje świadectwo). Natomiast z bardziej przyziemnych wspomnień pozostała ulica Wileńska 8, w Wołominie, gdzie zamieszkaliśmy w 1938 roku, po przeniesieniu ojca (kolejarza) z dyrekcji poznańskiej PKP na trakcję elektryczną Warszawa-Wschodnia, oraz później ulica Fabryczna 2 (obecnie Daszyńskiego) w Wołominie, (naprzeciw takiej małej elektrowni) gdzie mieszkaliśmy przez całą okupację. No, ale już „milcz serce moje!”.

W liście z 28 czerwca 2009 roku, pan Leonard pisze:

(…) Spośród tych osób biorących udział w „tajnych kompletach” u p. Krysi,- w latach późniejszych życie pozwoliło mi spotkać Stasia Kielaka. (…) Byłem wtedy na jednomiesięcznych ćwiczeniach oficerów rezerwy w Wojskowej Akademii Politycznej przy ulicy Banacha w Warszawie. Należy tu dodać, że w przypadku oficerów rezerwy – pracowników radia (technicznych również) traktowano jako formację polityczną, podobnie jak rozgłośnie radiowe były zaliczane do obiektów typu „S” i w ten sposób znalazłem się w „szkole” WAP im. Feliksa Dzierżyńskiego.  I tam właśnie, jako wykładowca zjawił się w pełnej gali – obywatel major Stanisław Kielak. Nie pamiętam jakie wykłady prowadził, taktyczne, czy bardziej polityczne, ale w każdym razie na pierwszej przerwie zameldował mu się porucznik rezerwy Leonard Urbanek z Rozgłośni Polskiego Radia Bydgoszcz. Były wielkie oczy, a potem już było normalnie „cześć stary” itd. gadki, szmatki.(…)

P.S. W latach 60-tych spotkałem jeszcze w Bydgoszczy, w tramwaju Jadzię Ślubowską. Bardzo się ucieszyłem, bo fajnie się prezentowała. Rozmawialiśmy krótko, jak to w tramwaju i właściwie nie wiem jak się znalazła w Bydgoszczy, ale zrobiło mi się przyjemnie, że z naszej paczki wyszła taka zgrabna i ładna babka?. Oceny na świadectwach szkolnych pana Leonarda Urbanka świadczą o jego wielkich umiejętnościach i zdolnościach, które tak dobitnie podkreśla pani Krystyna, i kolega Jan Mierzejewski. Od 1937 do 1945 roku piątki i jedna ocena, dobry – z ćwiczeń cielesnych.

Inny uczeń, dziś już nieżyjący Przemysław Ciosłowski, 3 marca 1983 r. do pani Krystyny pisał:

(…) uświadomiłem sobie nagle, że w tym roku upływa równo 40 lat od chwili, gdy rozpocząłem edukację w małej facjatce u drogiej Pani Krystyny. Pamiętam, pamiętam doskonale te czasy – tak trudne i tragiczne, a jednak przynoszące tyle przepięknych wspomnień (…)”, a w liście z 2000 roku dodaje: „(…) chciałbym zapytać co u Pani nowego, jakie są losy Gugi i brata, jak zdrowie, bo to przecież trochę lat przybyło. Jakie są losy Helenki Repinówny i innych, których nazwisk nie pamiętam (…).Jestem rozczarowany dziwnym zachowaniem się najlepszej uczennicy (imienia i nazwiska nie pamiętam), kiedyś wpadłem na pomysł zrobienia filmu o naszych kompletach. Dzwoniłem do gazety gdzie pracowała z prośbą o zdanie na ten temat i ewentualną pomoc. Poznała mnie lecz wypowiedziała się powściągliwie i w sumie nic nie załatwiłem (…). Mam jeszcze jedno pytanie. Poznaliśmy się chyba w 1943 roku. Przyszła Pani do mojej babki, Kordziałkowej i na podwórzu jej domu, przy ulicy Wileńskiej 11, przedstawiła się Pani i zapytała, co ja sądzę o ewentualnej nauce na kompletach. Wyraziłem szczere zadowolenie i chęć rozpoczęcia nauki, oczywiście po uzyskaniu zgody rodziców.

Pytanie brzmi… skąd Pani mnie znała?

Snując wspomnienia z tamtych lat, przypominam sobie jak za namową Pani uczyłem łaciny innego ucznia, który po wojnie miał ogromne kłopoty z powodu tego uciętego karabinu, który nosił pod płaszczem (…). Wspomnienia bogatych przeżyć nigdy nie znikną z pamięci z tego krótkiego przecież okresu nauki u Pani. Na kompletach zdobyłem wszystko to, co było mi potrzebne w późniejszym okresie czasu. Pamiętam słowa mojego ojca: ?Jedni walczą bronią, inni tacy jak Ty, spełniają swoje powinności przy pomocy książki i pióra? (…). Do mojej ogromnej kolekcji dokładam dzisiejszą kartkę świąteczną otrzymaną od Pani (…).

Anna Bujak ze Ślubowskich (ur.1930 r.) „małą” maturę zdawała w 1947 roku, w szkole przy ulicy Kanałowej w Wołominie, „dużą” na Górnośląskiej w Warszawie, mieszka w Wołominie. Swoje wspomnienia z okresu okupacji i nauki na kompletach wiąże ze strachem. Była rezolutną dziewczynką, ale żeby nie spóźnić się na lekcje przychodziła wcześniej i czekała na ganku. Z nudów czy ciekawości włożyła głowę między szczebelki w barierce i nie mogła jej wyjąć, ale z tej opresji uratowała ją pani Natalia – matka pani Krystyny. Egzaminy odbywały się w pokoju na parterze, uczniowie wchodzili pojedynczo, po udzielonej odpowiedzi na pytania prędko przemieszczali się do domów. Bali się kontroli, ale młodość i pęd do nauki był silniejszy niż lęk. Dziunia, Hania i Wiesiek z rodzicami, Władysławą i Edwardem, mieszkali wówczas przy ulicy Kościuszki, od ulicy Lipińskiej 46, dzielił ich niewielki odcinek drogi.

Jadwiga Wiatrowska z Janowskich (ur.1928 r.) nazywana Dziunią mówi:

Tata pracował na Poczcie Polskiej, miał państwową posadę i wszystko wskazywało, że rodziców będzie stać na kształcenie córek w dowolnej szkole. Ale wybuchła wojna, mimo to, łudzili się, że prędko nastąpi pokój i drzwi szkół będą stały otworem. Tak się jednak nie stało. Nastąpiły ciężkie lata, a wraz z nimi przyszła umiejętność radzenia sobie w różnych sytuacjach. Wiadomość o tajnym nauczaniu u państwa Kwapiszewskich rozchodziła się „drogą pantoflową”. Poznałam tam nauczycieli: Stanisławę Balonową, Marię Łobocką, księży Botta i Piusińskiego oraz Krystynę Kwapiszewską, z którą kontaktuję się do dziś.

Pani Krysia miała nadzwyczajny stosunek do nas i zawsze była nadzwyczajnie przygotowana do lekcji. Całą Kampanię Napoleona dyktowała bez notatek, umiała przekazać wiedzę, była niezwykle zdolna. Oprócz lekcji, podczas niedzielnego czytania lektur można było mieć ze sobą druty czy szydełko i wykonywać ręczne robótki. Najczęściej były to skarpety, swetry i rękawiczki. Pierwszą klasę kompletów zaliczyłam w Prywatnym Gimnazjum Żeńskim im. Zofii Łabusiewicz w Warszawie na podstawie egzaminu. Drugą klasę zaliczył wszystkim pan Józef Czerniakowski, który wizytował z sąsiedniego pokoju wykładającego nauczyciela i uczniów. Ponieważ zabroniono nam wchodzić do tego pokoju, sami organizowaliśmy podchody i podglądanie. Trzecią klasę zdawaliśmy na podstawie egzaminu przed komisją w Wołominie, której przewodniczył dr Władysław Majewski, dyrektor gimnazjum.

Z Jadzią Ślubowską chodziłam do Wieczorowej Szkoły Przysposobienia Zawodowego, a moimi bliskimi koleżankami, były: Winia Szatkowska, Krysia Chełchowska i Hanka Wandel.

Teresa Szarłat z Kopciów (ur. 1930 r.) pamięta, że książki ukryte za pazuchą niosła jej mama. Dla zmylenia wroga szła w pewnej odległości za córką. Vis a vis domu państwa Kwapiszewskich, mieszkał pan Bolesław, nauczyciel matematyki, który także udzielał lekcji, zapłatę u niego regulował ojciec węglem, który dostawał jako deputat w zakładzie pracy.

Z tego okresu pamięta też innych jak: Natalię Kwapiszewską i jej córkę Gugę, Sabinę Drop – nauczycielkę historii i z ulicy Kanałowej, Janinę Cichowicz- polonistkę, bardzo wymagającą i ostrą. Pani Teresa ukończyła Wydział Prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Jest sędzią w stanie spoczynku, pracowała w sądzie wołomińskim i w Warszawie.

Mirosław Skrodzki i Teresa Bukowiecka ze Skrodzkich. Wspomnienia poniższe spisała Zdzisława Skrodzka, żona Mirosława, synowa Aleksandra Skrodzkiego:

(…)Teresa uczęszczała na komplety gimnazjalne w roku 1943-1944. Był to czas, gdy każda forma tajnego nauczania była przez okupanta hitlerowskiego surowo prześladowana i karana nawet śmiercią. Znajdowali się jednak ludzie tej miary, jak pp. Kwapiszewscy, którzy z wielkim oddaniem spełniali swój nauczycielski obowiązek uczenia. Zawsze uważali, że nastąpią czasy, kiedy młode pokolenie będzie żyło już w wolnej Polsce i musi być do tego przygotowane. Pani Kwapiszewska uczyła polskiego, historii, geografii. Przestrzegała form grzecznego i uprzejmego zachowania się. Lekcje odbywały się w domu pp. Kwapiszewskich w niewielkim pokoju. Grupa młodzieży (6-7 osób) gromadziła się przy stole, a często siedzieli na schodach. Spotkania lekcyjne odbywały się z zachowaniem zasady konspiracji. Młodzież przychodziła pojedynczo i rozchodziła się także ostrożnie.

W pokoju, gdzie odbywały się lekcje, jednocześnie wykonywaliśmy ręczne robótki z wełny na drutach. Jedyny w grupie chłopiec, brat koleżanki [Anieli – dop. aut.] – Leonard Urbanek, których rodzina była wysiedlona z Poznańskiego również ?dziergał? na drutach. Podręczniki do nauki i lektura znajdowała się w domu pp. Kwapiszewskich. Fragmenty wspólnie czytane i omawiane były na lekcjach. Lekcji religii udzielał ks. Januszko, a umuzykalnienia – p. Łobocka. Lekcje umuzykalnienia odbywały się w wyznaczonych terminach w mieszkaniu p. Łobockiej. Pod koniec roku szkolnego przyjeżdżała komisja egzaminacyjna, która sprawdzała zdobytą wiedzę i wydawała świadectwa przejścia do następnej klasy. Teresa wie, że komisja ta przyjeżdżała z liceum przy ulicy Kępnej w Warszawie. Zachowało się z tego okresu zdjęcie grupy młodzieży z p. Kwapiszewską, które Teresa chętnie dołączy do swoich wspomnień. Jeszcze pamięta, że po wojnie, kiedy była już słuchaczką Liceum Sztuk Plastycznych w Warszawie przy ulicy Myśliwieckiej, otrzymała od pani Krystyny Kwapiszewskiej propozycję wykonania dekoracji z okazji święta państwowego w liceum na Kępnej. Było to ostatnie wydarzenie, które w jej życiu związane zostało z tajnym nauczaniem podczas wojny.

W rozmowie pani Teresa dodaje:

pamiętam, że państwo Kwapiszewscy mieszkali u nas, ponieważ było tu bezpieczniej, tak nam się wydawało. Pewnego dnia zawieruszony pocisk uderzył w pompę, odbił się, przebił ścianę w kuchni, przewrócił kredens. Następnego dnia pod gruzami znaleźliśmy głośno tykający budzik, który jeszcze przez wiele lat wskazywał godziny. Nasz dom jako jedyny w okolicy był solidnie podpiwniczony. Tam schronienie znajdowały dzieci z sierocińca z Albertynkami, tam na składzie węgla ukrywał się, ojciec: Aleksander SkrodzkiJózef Kwapiszewski i sąsiad przed groźbą wywiezienia do Niemiec.

W jednym z pokoi była kaplica, w której ksiądz odprawiał msze św. dla dzieci i domowników. Kiedy Rosjanie zajęli dom, a Skrodzkich wyrzucili, państwo Kwapiszewscy wrócili na Lipińską.

Danuta Głódź ze Stefańskich (ur.1930) mieszkała wówczas przy ulicy Kościuszki, w niedalekiej odległości od domu Krystyny Kwapiszewskiej. Pani Danuta na komplety chodziła przez jeden rok, potem podjęła naukę w szkole im. Z. Łabusiewicz w Warszawie.

W ich domu, w jednym z pokoi, w latach 1940-1945 mieściło się przedszkole nr 2, którego kierowniczką była Janina Anders. Dziunia, Danusia i Darek chętnie tam zaglądali.

Teresa Stryjek z Zamojskich (ur.1932 r.) wspomina:

W grupie uczniów pani Krystyny Kwapiszewskiej znalazłam się w bardzo trudnym okresie życia. Do Powstania Warszawskiego mieszkałam i uczyłam się w Warszawie. Po półrocznej gehennie (życie wśród walczących stron, wypędzenie ze stolicy, obóz w Pruszkowie, ucieczka z niego i tułaczka), gdy część Polski została już wyzwolona, ja ze swoimi bliskimi dotarłam do Wołomina. Całą okupację moja mama, Janina Zamojska była tu nauczycielką i kierowniczką Przedszkola Nr 1. Liczyliśmy na pomoc życzliwych osób w sytuacji, gdy dosłownie nikt z całej rodziny nie miał dachu nad głową. Nie zawiedliśmy się. Zaopiekowali się nami rodzice wychowanków mamy.

Natychmiast w połowie lutego 1945 roku zaczęłam uczyć się na kompletach zorganizowanych przez państwa Kwapiszewskich. Z wielkim entuzjazmem duża grupa młodzieży nadganiała stracony dla nauki czas. Do lipca 1945 roku każde z nas przerobiło wymagany program stosownej klasy. Ja, jeszcze w Warszawie, zdałam egzamin do tajnego gimnazjum im. Emilii Plater, zatem pod kierunkiem pani Krystyny ukończyłam pierwszą klasę. Od września 1945 roku jeździłam już do Warszawy do gimnazjum im. Zofii Łabusiewicz. Mimo iż tylko około pięć miesięcy uczyłam się w domku przy ulicy Lipińskiej, to czas ten pozostał mi w pamięci bardzo mocno.

Po tragicznym okresie drugiej połowy roku 1944 bardzo doceniałam możliwość uczenia się wśród rówieśników, przez życzliwych i mądrych nauczycieli wychowawców. Tam właśnie poznałam swą przyszłą przyjaciółkę Marysię Borowską – Tygielską. Aż do jej śmierci w 1987 roku byłyśmy ze sobą bardzo blisko. Oczywiście warunki nauki były niesłychanie skromne. Nie mieliśmy podręczników do wielu przedmiotów, brakowało normalnych zeszytów, często pisaliśmy – przynajmniej ja – na jakimś wygospodarowanym papierze pakowym, ale kompetencje naszych pedagogów niwelowały te niedogodności.

Z pełnym przekonaniem twierdzę, że nie stosowano wobec nas taryfy ulgowej i dzięki temu zdobyliśmy mocne podstawy do dalszej edukacji. Ja już wtedy odkryłam urok matematyki. Potem ukończyłam liceum matematyczno – fizyczne, Wydział Matematyki na Uniwersytecie Warszawskim i przez ponad 40 lat uczyłam tego przedmiotu, podobno z pasją i skutecznie.

Teresa Stryjek jest emerytowaną nauczycielką, byłą dyrektorką Liceum Ogólnokształcącego im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego oraz byłą wicedyrektorką Liceum Ogólnokształcącego im. Reja w Warszawie. Córka Janiny z d. Lewandowskiej i Józefa Zamojskich. Była częstym gościem w Miejskim Przedszkolu Nr 1 w Wołominie, tu wykorzystywała swoje zdolności muzyczne rozwinięte na lekcjach u pani Łobockiej.

Danuta Fogel – Danisz (ur. 1928 r.), wypowiedź zaczerpnięta z domowej książki państwa Daniszów, pisanej na użytek rodziny.

Dowiedziałam się, że panna Krysia Kwapiszewska, której rodzice są nauczycielami, prowadzi tajne komplety gimnazjalne. To bardzo mnie ucieszyło, poprosiłam mamusię, aby poszła ze mną do panny Krysi i zapisała mnie do pierwszej klasy. Sprawa została szybko zakończona, od pierwszego września zaczynam naukę, bardzo cieszę się z tego. Państwo Kwapiszewscy mieszkali we własnym domu, stojącym na bocznej ulicy, miejsce więc było dość bezpieczne. Tajne nauczanie było sprawą bardzo niebezpieczną, w razie wpadki groziły obozy, a nawet śmierć. Ale to nas nie przestraszało, wierzyliśmy wszyscy, że nic nam się nie stanie. Teraz najważniejszą rzeczą było zdobycie podręczników do klasy pierwszej gimnazjalnej. Trzeba szukać używanych, bo nowych w księgarniach nie było. Pojechałam do Warszawy, aby kupić książki od chłopców sprzedających swoje podręczniki koło bramy bazaru na Targowej, czyli dzisiejszym Różyckiego (nikt wtedy tego nazwiska nie używał). Wyprawa moja była udana, kupiłam wszystko co było mi potrzebne, wróciłam więc zadowolona.

Wakacje skończyły się. Zaczynam naukę u panny Krysi, a ze mną niektóre koleżanki ze szkoły powszechnej: Dziunia, Winia, Hania, Krysia, Zosia i Jadzia. Chłopców nie było, ale doszli w następnych latach, tajne nauczanie dopiero się rozwijało. Nasz komplet przyporządkowany był warszawskiemu prywatnemu gimnazjum im. Zofii Łabusiewicz. Przed wojną panna Krysia była absolwentką tej szkoły.

Naukę zaczęłyśmy tradycyjnie 1 września, w domu rodziców panny Krysi, który był właściwie drewnianą willą z werandą, otoczoną ogrodem pełnym kwiatów i krzewów. Nasz pokój do nauki znajdował się na górze. Siedziałyśmy przy dużym prostokątnym stole, na ścianie była mała tablica, duże, weneckie okno i drzwi następnego pokoju, ale tam nigdy nie byłam, może to był pokój Krysi lub jej brata Maćka. Wspominam o tym pokoju, bo z nim wiąże się pewna historia, ale o niej napiszę później. Lekcje zaczynały się rano, a kończyły koło południa. Starałyśmy się chodzić różnymi ulicami, aby nie wzbudzać podejrzeń, po co codziennie chodzimy do tego samego domu. Zamiast teczek nosiłyśmy różne torby. Nauka nasza u p. Krysi trwała trzy lata szkolne, a w każdym roku przybywał nowy komplet młodszej dziatwy, w końcu było nas już przeszło czterdzieści osób.

W pierwszej klasie wszystkich przedmiotów uczyła nas p. Krysia według przedwojennego programu dla szkół średnich, oczywiście nie mieliśmy rysunków, prac ręcznych, ani śpiewu i gimnastyki. Przy tak małej ilości dziewcząt, każda z nas musiała starannie przygotować zadany materiał, bo p. Krysia codziennie każdą z nas pytała po kilka razy. Uczyłyśmy się chętnie, ponieważ takie było nasze harcerskie zadanie : „Ucz się dobrze na przekór niemieckiemu wrogowi” – i temu byłyśmy wierne. Szybko polubiłyśmy naszą p. Krysię i jej małą siostrzyczkę Gugę, która czasem towarzyszyła nam przy nauce. Ten rok przeleciał nam szybko i miło.

Prawie cały czerwiec p. Krysia przygotowywała nas do egzaminu do klasy drugiej. Uczyłyśmy się pilnie, aby nie zrobić jej wstydu i zdać ten egzamin jak najlepiej. W końcu nadszedł ten dzień i pojechałyśmy pod opieką p. Krysi do Warszawy pełne strachu i niepokoju. Egzamin odbywał się w budynku jakiejś szkoły na ulicy Kępnej. W sali znowu ogarniała nas wielka obawa i zdenerwowanie, okna były zasłonięte, panował mrok, w ławkach siedziała grupka nieznanej nam młodzieży, więc myśmy też do nich dołączyły. Wchodzący profesorowie wraz z dyrektorem zapalili światło, myśmy wstały na powitanie i po krótkiej przemowie dyrekcji rozpoczął się egzamin. I tu pamięć mnie zawiodła, nie wiem o co pytali, co pisaliśmy, atmosfera była bardzo napięta, my pełne strachu i nerwów. Groza, która nas opanowała, nie wynikała z braku wiedzy, ale z sytuacji jaka zaistniała, tajne komplety, tajny egzamin, tajna nauka na wszystkich szczeblach, wszystko to było zabronione. U pani Krysi czuliśmy się bezpieczniej, w Warszawie wyglądało to zupełnie inaczej, dużo groźniej, ale wszystko skończyło się szczęśliwie. Z lekkim sercem wróciłyśmy do domu. Po kilku dniach przyszła wiadomość, że wszystkie po wakacjach jesteśmy w drugiej klasie. A teraz możemy spokojnie korzystać z wakacji i starać się o nowe podręczniki, a to też nie łatwa sprawa.

We wrześniu rozpoczęłam naukę jako drugoklasistka. W tym roku p. Krysia zaangażowała więcej wykładowców, sama uczyła języków: polskiego, łaciny i niemieckiego. Przedmiotów ścisłych, a szczególnie matematyki uczył nasz dobry znajomy ks. dr Józef Januszko, a pozostałe zajęcia prowadziły dwie panie: Stanisława Balonowa i Maria Łobocka. Wtedy to lekcje u p. Krysi odbywały się na trzy zmiany, właściwe przez cały dzień ktoś tam się uczył. Dziś myślę sobie, że w tej okolicy mieszkali porządni, uczciwi ludzie, na pewno wiedzieli co się dzieje u p. p. Kwapiszewskich, ale nikt o tym nie doniósł Niemcom. Po latach, pisząc te słowa, jestem wzruszona do głębi solidarnością sąsiadów. W trudnym okresie niewoli, my Polacy potrafiliśmy sobie pomagać, wspierać się wzajemnie i okazywać życzliwość na każdym kroku. To tajne nauczanie było sprawą bardzo ważną dla młodzieży ale i niebezpieczną.

Zawdzięczamy naszą edukację nie tylko nauczycielom, ale i dużej grupie innych ludzi. W drugiej klasie doszedł do nas chłopiec – Staszek Kielak, młodszy brat Tolka, a także Leon Urbanek, którego całą rodzinę Niemcy wysiedlili z Poznania. Leon dobrze się uczył, był zdolny, jak zresztą jego młodszy brat i starsza siostra Anielka. Po tylu latach może bym wszystkich nie pamiętała ale pomagają mi w tym zdjęcia.

Panna Krysia na zakończenie każdego roku robiła zdjęcia całej grupy uczącej się u niej. Chciała pewnie mieć pamiątkę a może i dowód tajnych kompletów. Po wojnie za swoją bardzo niebezpieczną działalność została odznaczona. W drugiej klasie lekcje były bardziej urozmaicone, uczyło nas czworo nauczycieli, których dobrze znaliśmy. Niespodziewane spotkanie z księdzem Januszko bardzo nas ucieszyło i zaskoczyło, tym bardziej, że nie miało nic wspólnego z religią, bo ksiądz uczył matematyki. Już prędzej pasowała mu łacina, ale p. Krysia potrzebowała matematyka, łacinę widocznie sama lepiej znała. Ten rok zleciał nam szybko, do południa nauka, później odrabianie lekcji, a w czasie wolnym od zajęć spotykaliśmy się u Jadzi i całą paczką chodziliśmy na spacery. Tę naszą gromadkę nazywaliśmy „wesołą rodzinką”, mieliśmy nawet swój hymn rodzinny, który często śpiewaliśmy, a była to piosenka „Grunt to rodzinka”. Była to wesoła piosenka, którą bardzo lubiliśmy i przetrwała z nami dość długo.

Pewnego dnia p. Krysia oznajmiła nam, że będziemy mieli gościa, ale go nie zobaczymy. Będzie on w pokoju obok słuchał naszych lekcji. Byliśmy bardzo zainteresowani niewidocznym przybyszem, nie mogliśmy się skupić na zajęciach, myśli nasze szybowały do tajemniczego nieznajomego. Po skończeniu nauki ja i Dziunia Janowska postanowiłyśmy zaspokoić naszą niezdrową zresztą ciekawość. Zamiast iść do domu, zaczaiłyśmy się za rogiem i czekałyśmy, aż gość wyjdzie na ulicę. Po jakimś czasie pojawił się pan w średnim wieku i skierował swe kroki w boczną ulicę. Odczekałyśmy kilka minut i ruszyłyśmy powoli za nim. Te podchody trwały dość długo, przeszłyśmy prawie pół miasta. W końcu pan skierował się w stronę kościoła i zniknął nam w bramie domu stojącego przy kościele. To był koniec naszej wycieczki, do bramy nie weszłyśmy. Następnego dnia p. Krysia dała nam naganę. Okazało się, że wizytator zorientował się, że dwie niemądre, ciekawskie dziewczyny śledzą go i poskarżył się naszej Krysi. Wstyd nam było, bo mogłyśmy narazić go na niebezpieczeństwo, ale w naszym wieku nie zawsze rozwaga brała górę nad ciekawością. Była to jednak dobra nauczka.

Ten rok szkolny szybko nam przeleciał, pod koniec czerwca znowu czekał nas egzamin. Tym razem grupka profesorów przyjechała do nas, uważali, że tak będzie bezpieczniej. Egzaminy się odbyły, wszyscy zdaliśmy do trzeciej klasy. Błogi odpoczynek nie trwał długo. Już w pierwszych dniach wiosny chodziły pogłoski, że Armia Czerwona wraz z Pierwszą Dywizją WP imienia Tadeusza Kościuszki przekracza granicę Polski. O całej historii tworzenia Armii Polskiej w ZSRR nie będę pisać, wspomnę tylko krótko, że na mocy umowy z gen. Sikorskim zaczęto tworzyć z Polaków będących w łagrach na Syberii Oddziały Wojska Polskiego. Część wojska opuściła z gen. Andersem Związek Radziecki, a ci, którzy nie zdążyli, pod wodzą pułkownika Berlinga poszli z Armią Czerwoną. Tu dodam, że z gen. Andersem poszedł również mój wujek – Tymoteusz Cyganowski, który później brał udział w wielu bitwach, oraz w największej – pod Monte Cassino.

W 1946 roku szczęśliwie powrócił do Polski”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.