Zwyczajne małomiejskie obejście ze stajnią, wozownią, podwórzem dość obszernem. Na tle murowanej stodółki, czy lamusa, w tem arcyskromnem otoczeniu szereg czekających kilkunastu żołnierzy. Pierwszy wśród nich młody, szczupły podporucznik z ręką na temblaku.

Ten skromny szereg, stojący rankiem dn. 18 b.m. na podwórzu jednego z domostw w Radzyminie, ten szereg, jakby umyślnie dobrany z mężczyzn raczej niepokaźnych, a o wyrazie oczu przeważnie cichym, łagodnym, — ten sznur ogorzałych, wychudzonych od trudu postaci to ni mniej ni więcej, jak tylko poczet kandydatów na kawalerów orderu „Virtuti militari”, które im na piersi za chwilę przypnie dowódca frontu, jenerał Haller. Nie ma wśród nich ani jednego, który to odznaczenie dostał za czyn, nie budzący powszechnego podziwu. By w wojsku polskiem dostać „Virtuti militari” należy być naprawdę bohaterem. Więc oto ów oficer z ręką na temblaku, ppor. Stanisław Szymański z 30 p. strzelców kaniowskich dostaje w czasie bitwy ciężki postrzał w ramię. Krew z niego ciecze, a on ani na chwilę nie przestaje komenderować kompanją — i dopiero po spełnieniu zadania pozwala sobie osunąć się nieprzytomny z bólu od strzaskanej ręki.

Oto kapral, który widząc, że wszyscy oficerowie kompanii zginęli, obejmuje samorzutnie kompanię i w nieprawdopodobnie trudnych warunkach odbija kontratakiem wieś, stanowiącą klucz powodzenia naszego lub klęski.

Oto niepokaźny chłopczyna. Pluton, w którym służy otoczono ze wszystkich stron Nieprzyjaciel wali na tę garstkę w przeważającej ilości z najeżonymi bagnetami. W plutonie powstaje zrozumiała panika. Wszyscy rzucają broń. Wtedy on na raz ile ma sił w piersiach wrzeszczy: „Psia krew, nie poddam się!”. Chwyta karabin, wali raz po raz, zabija czterech nacierających nań bolszewików. Jego furja udziela się plutonowi. Następuje w tłumie przypływ zaciekłości. Struchleli przed chwilą, teraz rzucają się za tym chłopakiem pewni, że idą na niechybną śmierć. Ale o cudzie odwagi: przewaga bodszewicka staje oszołomiona, a następnie w jakiemś dzikiem przerażeniu ucieka.

Tak stali w szarych, zakurzonych mundurach, cisi i przyciszeni wewnętrznie, gdy w otoczeniu swego sztabu, w otoczeniu dowódców X-ej, XI-ej i białorusko-litewskiej dywizji, z których to dywizyj wybrano na dzień ów bohaterów do odznaczenia, w asyście rycerza dalekich krwawych dróg generała Żeligowskiego, gdy w tem otoczeniu i w asyście J. Eks. kardynała Rakowskiego, oraz biskupa polowego ks. Galla, generał Haller przystąpił do uroczystości wręczenia odznaczeń.

— Baczność!

I wszyscy, nie wyłączając gencralicji przykładają dwa palce do czapki. I w tym geście najwyższych wodzów jest coś. jakby zasalutowanie bóstwom waleczności: bóstwom, które skrzydłami swojemi dotknęły serca tych młodych chłopaków. Poczem adjutant podaje Hallerowi odpis protokułu. Generał odczytuje po kolei imię, nazwisko, rangę oraz relację czynu.

Za to wszystko Naczelny Wódz postanowił Cię odznaczyć orderem „Virtuti Militari”. Podchodzi do kawalera odznaki, przypina mu wstążeczkę na prawej piersi i na znak braterstwa całuje go w  oba policzki. Nie wszyscy z wywoływanych są obecni. Raz po raz dowódca dywizji melduje: —Nieobecny, w tej chwili idzie w ataku…

I przedziwne wrażenie wywołuje taki moment. Widzi się wyobraźnią bohatera, który nie ma możności odebrania nawet odznaki — bo tam, skąd oto co chwila dochodzi huk armat — on pełni najszczytniejszy z ludzkich czynów: obowiązek. Przez uczucia nas wszystkich przebiega w takiej chwili pełen uwielbienia głos:

— Cześć Ci!

Są i inni nieobecni: to ranni w tych potrzebach, które im odznakę dały. Są jeszcze inni… Oto Haller wywołuje imię.

— Zginął…

Wstążeczka „Virtuti Militari” przypięta będzie do munduru, w którym go pogrzebią… Na sądzie ostatecznym kwitnąć będzie jej barwa na jestestwie ich duszy. Zasalutują przed nią chóry archanielskie, ta szturmowa kompanja tronu Stworzyciela.

Ostatni z obecnych odznaczony. Generał Haller przemawia do bohaterów. Wiemy, jak mówi wódz z pod Rarańczy. Jaka jest siła świetlanego uczucia w jego słowach, zawsze wydobytych wprost  z duszy. I teraz mówi porywająco. Mówi im o tem, że być mężnym, a być żołnierzem polskim — to jedno. Mówi im o tem, że ich waleczność jest odwiecznie polska. Mówi im o Bogu i o Ojczyźnie. Mówi wreszcie do ich kompanij, bataljonów i pułków: —Choć tylko wy jesteście odznaczeni, ale wiedzcie, że honor odznaczenia spada na całe wasze oddziały. Idźcie na wroga, który ma wszystkie cechy, oprócz tych, co świadczą o człowieczeństwie. Idźcie świecić przykładem i w imię Boga, w imię Polski — zwyciężajcie!

I zwyciężą! Bo tak im kazał wódz.

Uroczystość wręczenia orderów poprzedziła inna, nie mniej ważna ceremonia. J. Eminencja ks. kardynał Kakowski wręczył generałowi Hallerowi srebrny medal, przysłany na ręce arcybiskupa warszawskiego przez Ojca św. Benedykta XV, a wybity na pamiątkę kanonizacji Joanny d‘Arc w niewielkiej ilości egzemplarzy dla obdarowania nim rycerzy chrześcijańskich w świecie katolickim.

— Tobie, generale, przede wszystkiem posiadać ten medal przystoi — mówił kardynał —Tobie, albowiem jesteś przykładem wiernego syna Kościoła i sługi Bożego, Tobie wręczyć go należy, bo walczysz dla obrony chrześcijaństwa przeciwko nawale, będącej chrześcijaństwa zaprzeczeniem. Ojciec święty kazał wybić ten medal na pamiątkę kanonizacji Joanny d‘Arc. Niech duch wybawczy Francji unosi się nad ramionami waszymi w wielkich dniach wybawiania Polski.

Równocześnie J. Eminencja złożył na ręce generała Hallera sto tysięcy marek, dar duchowieństwa polskiego dla ochotnika polskiego. Ze wzruszeniem, którego nie usiłował skrywać, Haller przyjął z rąk kardynała oba dary i przemówił do żołnierzy: — Niech ten dowód życzliwości Najwyższego Kapłana Kościoła Katolickiego przejmie was do głębi, żołnierze. Zaszczyt, jaki mię spotkał, wam jestem winien. Wasze męstwo, waszą miłość ojczyzny, waszą wierność religji uczcił Ojciec święty w tem obdarowaniu mię łaską swoją. Pamiętajcie o tej łasce i okażcie się godnymi tego ducha Joanny d‘Arc, który od tej chwili między nami zamieszka.

Dar stu tysięcy marek przeznaczył generał w połowie na gospody żołnierskie, w połowie zaś na pomoc doraźną dla najbiedniejszej ludności, dotkniętej najazdem bolszewickim. Wielkoduszna decyzja generała odezwie się niewątpliwie szerokiem echem po chatach wiejskich i po sercach ludzi umęczonych.

Adam Grzymała-Siedlecki

Rzeczpospolita R.1, nr 65
19 sierpnia 1920

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.