Z życiorysu Mirosława Hentosza można by zrobić niezwykle barwny film sensacyjno-historyczny. A gdyby scenarzysta dochował wierności faktom, to nikt by nie uwierzył, że film powstał w oparciu o prawdziwe życie. 

Workuta. Pónocnowschodnia Rosja, Republika Komi, nieopodal północnego pasma Uralu oraz Morza Karskiego. Workuta, wieczna zmarzlina. Śnieg tu topnieje w czerwcu, a we wrzeniu zaczyna już sypać nowy. Dwa, najwyżej trzy miesiące lata i białe noce.  

Workuta. Ta nazwa kojarzy się wielu europejskim i azjatyckim narodom z łagrami, cierpieniem i śmiercią. Są jednak takie osoby, które, dzięki mocy charakteru oraz pogodzie ducha przeszli przez to mroźne, stalinowskie piekło bez dramatycznych obrażeń. Dziś pozostały wspomnienia, najczęściej złe, choć są również i te dobre. Taką osobą jest Mirosław Hentosz, emeryt, mieszkaniec Wołomina, przed laty więzień Worukty. 

Od ucieczki do ucieczki 

Mirosław Hentosz przyszedł na świat w 1924 roku w Ustrzykach Dolnych. Ojciec pracował na kolei, matka wychowywała pięcioro dzieci. Wkrótce po urodzeniu Mirosława rodzina przenosi się do Sambora (obecnie Ukraina), miejscowości położonej niedaleko tak Przemyśla, jak i Lwowa. Chłopiec uczęszczał do miejscowej szkoły podstawowej. 

– Mieszkaliśmy 200 metrów od Dniestru. Całe lato spędzaliśmy nad rzeką. Razem dzieci polskie i ukraińskie, nie było wówczas żadnych różnic. 

Wiele miejscowych małżeństw było mieszanych, mąż Polak, żona Ukrainka. Albo on prawosławny, ona katoliczka. Razem obchodzili święta i prawosławne, i katolickie, raz w cerkwi, raz w kościele. Ukraińcy i Polacy żyli zgodnie i nie występowały waśnie narodowościowe. Te, i to w dramatycznej postaci pojawiły się dopiero w 1941 roku. 

Po rozpoczęciu działań wojennych Sambor zajął ZSRR. Mimo wojny Mirosław zdaje do gimnazjum, tzw. handlówki, gdzie uczęszcza przez dwa lata. 

Czerwiec 1941. Rozpoczyna się hitlerowski najazd na ZSRR. Do Sambora wkraczają Niemcy i rozpoczyna się okupacja. W październiku podczas łapanki chłopiec został zatrzymany na ulicy i trafił na roboty do niemieckiego gospodarza, bauera, który miał duże gospodarstwo w czeskich Sudetach. Początkowo Mirosław nawet nie wiedziałdokąd został wywieziony, jedni mówili tu po niemiecku, inni po czesku. 

– Nie umiałem obchodzić się ani z krowami, ani z końmi. Niemcy nas uczyli w ten oto sposób. Jeden starał się tłumaczyć, drugi używał bata. Wśród wywiezionych na roboty do bauera, znaleźli się i Polacy, i Ukraińcy, którzy zgodnie koegzystowali. W chłopcu narastała myśl o ucieczce. Wreszcie 26 grudnia postanowił wraz z kolegą, Genkiem uciec i wrócić do domu. Tego dnia Niemcy jeszcze świętowali Boże Narodzenie, gdy chłopcy przedzierali się do pobliskiego lasu. Spotkali po drodze Czecha, który im poradził, aby wsiedli do przejeżdżającego pociągu z niemieckimi żołnierzami. Twierdził, że w takich wagonach jest mniej kontroli, tym samym bezpieczniej dojechać. 

Na stacji udając Czechów kupili bilety i przyjechali do Pragi. Stąd ruszyli do Morawskiej Ostravy, gdzie zostali zatrzymani przez policję kolejową, która przekazała chłopców w ręce gestapo. Przesłuchiwany Mirosław wymyślił od ręki – jechali z kolegą za chlebem, z Sambora do Galicji. Przekroczenie granicy? Jakiej znowu granicy? Przecież wszędzie to Niemcy. Trudno powiedzieć, na ile gestapo kupiło tę bajeczkę. Pewnego dnia policjant eskortował ich w tramwaju jadącym w stronę Trzebini. Do wagonu wsiadła dziewczyna, wypytała więźniów a następnie obmyśliła plan. Ona zagada Niemca, chłopcy uciekną na stacji w Trzebinie, a stamtąd już niedaleko do Krakowa. Tak też się stało. 

Kraków, potem Przemyśl. W połowie stycznia Mirosław dotarł do Sambora, do rodzinnego domu. 

Parę miesięcy później, bo w kwietniuMirosława aresztuje tym razem ukraińska policja. Dwa tygodnie w miejscowym więzieniu, potem wyjazd do Przemyśla, do zbiorczego obozu, skąd chłopiec miał trafić na roboty do Niemiec. 

– Zawieźli mnie tam w piątek, a ja w poniedziałek już byłem z powrotem w domu. Przeskoczyłem przez parkan, tak z biegu, był z desek i miał ze dwa i pół metra wysokości. Byłem młody i wysportowany. 

Mimi 

Od tego czasu Mirosław żył w półukryciu. Dużo jeździł, trochę handlował, za Przemyśl wywoził pościel i ubrania, z tamtejszych wsi przywoził mąkę i krupy. Nie miał wówczas żadnych dokumentów i dopiero z czasem wyrobił sobie papiery, na swojego starszego brata, pod którego imieniem zaczął oficjalnie występować. Wreszcie trafiła się w miarę stała praca, rozwożenie chleba z piekarni do sklepów. Dostał nawet kenkartę. Tak minęło parę miesięcy. Pewnego dnia przez znajomego trafił do Armii Krajowej, gdzie został zaprzysiężony. Wybrał też sobie pseudonim. 

– Mimi. Od Mirosława. Ten był Orzeł, tamten Wilk, a ja wybrałem sobie taki skromny pseudonim. 

Chłopiec został przeszkolony. 

– Uczyliśmy się zakładać materiały wybuchowe na kolei. Mielimy trochę trotylu w kostkach, zapalniki. Nie posiadaliśmy za to detonatorów, więc uczyli nas, jak podkopać się dokładnie pod szynę. Trzeba było bateryjkę i blaszkę przywiązać do szyny. Pięć kilo trotylu daje już silny wybuch. 

Początkowo, poza samym komendantem Mirosław miał kontakt jeszcze tylko z trzema innymi członkami organizacji, bezpieczeństwo wymagało głębokiej konspiracji. Wkrótce Mirosława z garstką młodych mężczyzn wysłano do obrony jednej wsi. Do obrony przed nacjonalistami ukraińskimi, banderowcami. 

– Na wsiach działy się wówczas makabryczne rzeczy. Ukraińcy małe dzieci żywcem wrzucali do studni, kobiety były gwałcone, potem obcinano im piersi albo torturowano. 

Do walk polskoukraińskich Niemcy się nie wtrącali. Co więcej, obu stronom sprzedawali broń. W tym też czasie Mirosław brał udział w wysadzeniu niemieckiego pociągu pod Gródkiem Jagiellońskim. 

– Gdy pociąg nadjechał, jeden z dowódców przekręcił pokrętło. Pociąg wyleciał w powietrze. Wszystko zaczęło się walić. Wagony wpadały na siebie, przewracały się. Gdy pociąg się zatrzymał Niemcy z ostatnich wagon ów wyskoczyli i zaczęli się ostrzeliwać. Wtedy zauważyłem, że z naszej grupy oddzielił się mężczyzna. Był wysoki, dobrze zbudowany. Szedł wyprostowany i strzelał do Niemców z automatu. Nie przeszedł nawet piętnastu metrów, jak go skosiły kule nieprzyjaciela. To był młody Żyd, Sztajerman. Jego ojciec przed wojną grał w piłkarskiej reprezentacji Polski. Jak tylko Niemcy weszli do Sambora to ojca Sztajermana zamordowali, a jego dwóch synów poszło do partyzantki. A ten, co zginął miał jakie 25 lat. Musiał nosić w sobie ogromną nienawiść do Niemców i widocznie nie mógł już wytrzymać, poszedł na całość. 

Po tamtej akcji Mirosław dostał pierwszą pochwałę i obiecano mu awans. 

Sabotaż 

W 1944 roku kontrofensywa Armii Radzieckiej dotarła do Sambora. Niemcy zaczęli się wycofywać, a Mirosław z najbliższymi kolegami dołączył do leśnego oddziału partyzanckiego. Po jakim czasie powrócił do Sambora, gdzie już była grupa kilkudziesięciu Rosjan. 

– Ciekawi żołnierze. W jednym kaloszu, jednym bucie, karabiny, jeden na sznurku, drugi na pasku. Później okazało się, że to NKWD. 

Niemcy przystąpili do kontrataku i ponownie zajęli Sambor. Trwało to jakie dwa tygodnie. I znów zostali wyparci przez nadciągające odziały radzieckie.  

Początkowo między AK a NKWD stosunki układały się poprawnie. Można nawet mówić o pewnej współpracy.  

W pierwszych dniach września 1944 roku Mirosław otrzymał wezwanie do Wojska Polskiego. W Drohobyczu był punkt zbiorczy. 

– Połowa z nas to byli Polacy, połowa Ukraińcy. Oddzieleni byliśmy drutem kolczastym. Ukraińców wysyłano na front, z tyłu za nimi szło NKDW, wysyłano ich jako mięso armatnie. 

W Drohobyczu po dwóch tygodniach ćwiczeń wojskowych Mirosław został aresztowany. Udało mu się jednak zbiec, wrócił i skontaktował się ze swoim dowódcą AK. 

– Nie miał żadnych instrukcji, co robić dalej, więc mówił, na razie czekamy. Z czasem poinformował nas, że musimy zacząć działać, bo Rosjanie podstawiają wagony i wywożą ludzi na wschód. Trzeba coś zrobić, zastraszyć, nie dopuścić do tego. 

W marcu 1945 przyszedł rozkaz. Zniszczyć pięć wagonów bydlęcych, którymi mieli być wywożeni ludzie. 

– Między osią kół i podłogą wagonu umocowaliśmy ładunek wybuchowy, a od papierosa zapaliliśmy lont. Potem ruszyliśmy do pobliskiego kina, tak, aby w chwili wybuchu mieć alibi. A wybuch był potężny. Potem do nas dotarło, że to była robota banderowców. W dwa dni później otrzymaliśmy od naszego komendanta gratulacje. 

Rosjanie na tych terenach prowadzili następującą politykę wobec miejscowej ludności. Ukraińców wywozili w głąb ZSRR, Polaków deportowano do Polski. AK próbowało temu przeciwdziałać, jednak raczej na próżno. Następowały kolejne akcje, tym razem Mirosław uczestniczył w wysadzeniu mostka pod torami kolejowymi. 

środowisku AK rozpoczęły się aresztowania, a w domu Mirosława, podczas jego nieobecności przeprowadzono rewizję. Między innymi znaleziono pistolet. Po rewizji aresztowano ojca Mirosława. Chłopiec z grupką jemu podobnych zaczął się ukrywać. Przewodziła im jedna myśl – ucieczka do Polski. Pewnej nocy ruszyła za nimi pogoń, byli to chłopi, do których dołączyli rosyjscy żołnierze. Ledwie wówczas uszli z życiem. 

– Wiedzieliśmy, że musimy uciekać do Polski. Co miało być dalej? Tego nie wiedzieliśmy. 

Ukrywali się, to tu, to tam. W Zielone Świątki Mirosław przebywał w domu kolegi. Nagle kto wpadł z krzykiem, że dookoła żołnierze, że dom obstawiony. Mirosław z drugim chłopcem pospiesznie ukryli w schowku w stajni. Jednak Rosjanie bez trudu ich odnaleźli. Mirosław miał przy sobie pistolet. Został z tamtym chłopakiem, jego siostrą i ojcem aresztowany. Nastąpiły przesłuchania. 

– Pytali o pseudonim. Mówię Mimi. Oni na to, że niezbyt groźny, a tyle spraw narobiłem. I przeczytali mi całą listę. A ja przyznałem się jedynie do trzech akcji, w tym, wysadzenia wagonów i wysadzenia mostku. 

Wyrok śmierci 

Przesłuchanie. 

– Położyli mnie na ławce, zdjęli koszulę i siekli mnie pejczem od szyi do pośladków. Pierwsze uderzenie było straszne, a później jakby ciało zdrętwiało. Na początku krzyczałem, po kolejnych razach zobojętniałem na wszystko. 

Mirosław w samborskim więzieniu przebywał siedemnaście dni, później wszystkich zatrzymanych przewieziono do Lwowa. Podczas rozprawy, która trwała trzy dni, było sądzonych trzydzieści sześć osób, w tym ojciec Mirosława. Ojca po paru miesiącach zwolniono z więzienia, jednak wkrótce zmarł. Trzech żołnierzy AK, wśród nich Mirosław, otrzymało wyrok śmierci, pozostali sądzeni otrzymali od pięciu do dziesięciu lat więzienia. Skazańcy siedzieli w jednej celi z żołnierzami radzieckimi, którzy wcześniej byli w niewoli niemieckiej, następnie za własowcami. Jak się później okazało wszyscy zostali straceni przez swoich. 

Polakom dano kartki papieru i ołówek, aby napisali prośbę o ułaskawienie. Mirosław i jego dowódca początkowo się wzbraniali, jednak w imieniu całej trójki o takie ułaskawienie wystąpił najmłodszy skazaniec. Mirosław pożegnał się z ojcem, będąc przekonany, że już nigdy się nie zobaczą. 

– Nie przypuszczałem, że to ja przeżyję ojca. Nie baliśmy się rozstrzelania. Baliśmy się śmierci przez uduszenie, przez zamurowanie ścianie, przez zakopanie żywcem. A takiej śmierci byłem świadkiem w 1941 roku. Po inwazji na ZSRR, w tydzień po tym jak wkroczyli Niemcy poszlimy kąpać się nad Dniestr. Sucho, gorąco, a tam w jednym miejscu ziemia się rusza. Okazało się, że to była jama pełna zwłok żywcem zakopanych ludzi. Mieli zakneblowane usta, 117 trupów tam było. To byli samborscy więźniowie, zabici, najprawdopodobniej przez Rosjan, tuż przed zajęciem Sambora przez Niemców. 

Część samborskich więźniów została przez Rosjan rozstrzelana na więziennym dziedzińcu. Trupy, już po wkroczeniu Niemców musieli pochować w masowym grobie Żydzi, zgonieni do tej roboty. Jeśli który z Żydów zwlekał z robotą, to dostawał cios kolbą i wrzucano go do tego grobu. 

– Sowieci, hitlerowcy, jedni od drugich nie byli lepsi. 

Mirosław w celi śmierci przesiedział pięćdziesiąt pięć dni. Wtedy okazało się, że ze względu na młody wiek zamieniono mu karę śmierci na katorgę, 20 lat przymusowych robót. Mirosław wspomina, jak radzili sobie wówczas w więzieniu. Raz na miesiąc dostawali paczki żywnościowe od rodzin. Taka paczka była dzielona równo między wszystkich współwięźniów, zarówno Polaków, jak i tamtych żołnierzy radzieckich. 

– To były takie mikroskopijne porcje, że można było je na raz przełknąć. Kawek słoniny, suchar smażony w oleju, czosnek lub kawałek cebuli. 

Wieści Podwarszawskie 2003

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.