– Wojsko odsłużyłem w Łucku, w 24 pułku 27 Dywizji Wołyńskiej, wróciłem stamtąd w stopniu sierżanta podchorążego. Dziwne, ale gdy wybuchła wojna nie dostałem żadnego powołania. Pojechałem zatem do Rembertowa, gdzie formowała się zapasowa kompania. Zostaliśmy skierowani na pierwszą linię, do obrony Warszawy. Stolica długo się nie broniła, padła, a mnie udało się uniknąć niewoli i wróciłem do Wołomina.

W Wołominie trwały naloty, Niemcy ostrzeliwali miasto z broni maszynowej, na ul. Chopina bomba zniszczyła kilka budynków. Nie istniała już kolej. Straty poniesione w pierwszych dniach września były dość znaczne. Mieszkaliśmy wtedy przy ul. Piłsudskiego, pod numerem 3. Mój ojciec został na miejscu zgodnie z poleceniem najwyższych władz państwowych. Natychmiast po wybuchu wojny zorganizował z moją siostrą Barbarą, działaczką harcerską, szpital przy szkole podstawowej nr 4. (Szkoła została zbudowana, kiedy mój ojciec był burmistrzem Wołomina.) Do tego szpitala zwożeni byli wszyscy ranni podczas nalotów. Na apel ojca społeczeństwo przynosiło do szpitala niezbędne wyposażenie.

Przed 17 września od strony Radzymina Niemcy wkroczyli do miasta. Wprowadzili swoje rządy, nakazali oddać radioodbiorniki. Nie wszyscy dostosowali się do rozporządzenia, zatem wiadomość o agresji radzieckiej dotarła do nas natychmiast. Niemcy bardzo szybko zaczęli tworzyć swoje garnizony, natomiast Polacy rozpoczęli ruch konspiracyjny: Pod koniec 1939 roku najsilniejszą tajną organizacją w rejonie Wołominie były „Wilki” utworzone przez byłych oficerów zawodowych i rezerwy. Ja sam zaangażowałem się w konspirację z chwilą powstania Związku Walki Zbrojnej.

Ciężkie, okupacyjne lata

A życie wokół było straszne. Straciliśmy wolność, a Niemcy na każdym kroku okazywali swoją wyższość. Niespodziewanie zaakceptowali władzę samorządową, wymagając w zamian posłuszeństwa wobec swoich nakazów.

Już na początku okupacji ludność zajęła się handlem. Brakowało przecież wszystkiego, handel oficjalny przestał istnieć i był dopiero na nowo organizowany. Wszelkie nielegalne towary były konfiskowane przez patrole żandarmów. Pamiętam pierwsze okupacyjne święta Bożego Narodzenia. Bardzo smutne, spędzone z rodziną na rozmyślaniu, co dalej z nami będzie.

Na początku 1939 roku zacząłem pracować, jednocześnie studiując, w Komunalnej Kasie Powiatu Warszawskiego, Oddział w Wołominie, w budynku obecnej szkoły podstawowej nr 1. Kasa mieściła się na parterze, natomiast dwa piętra budynku zajmował magistrat. Byłem kierownikiem działu Akcji Kredytowej, a praca w tym dziale polegała na przyznawaniu rolnikom pożyczek. Już nie pamiętam, ile zarabiałem jako kierownik. W 1941 roku w „Huraganie” zaczął się tworzyć ruch sportowy, piłkarze trenowali na boisku pod lasem. Dowiedzieliśmy się, że w Warszawie powstał tajny, Okręgowy Związek Piłki Nożnej, a przedwojenni działacze zamierzają wznowić rozgrywki. Zgłosiliśmy się i my, stąd te treningi. Stale pod ochroną czujek wojskowych, bo przecież okupant zabronił takich młodzieżowych spotkań pod karą obozu lub śmierci. A ponieważ piłkarze byli jednocześnie żołnierzami Polski Podziemnej, na mecze jeździliśmy z bronią i bywało, że z boiska musieliśmy uciekać.

Powróćmy na chwilę do wcześniejszych wydarzeń. Po złożeniu przysięgi przyjąłem pseudonim „Olsza” i ze względu na zainteresowania dziennikarskie zostałem przydzielony do Biura Informacji i Propagandy Komendy Obwodu „Rajski Ptak”. Konspiracja była tak ścisła, że znaliśmy tylko bezpośredniego dowódcę i dwie, trzy osoby ponadto. Zabezpieczaliśmy się w ten sposób przed ewentualną penetracją szpiegów niemieckich.

Rok 1940 – życie coraz bardziej ciężkie. W sierpniu tego roku biorę ślub z Wiesławą, którą poznałem w Sekcji Akademickiej Polskiej Macierzy Szkolnej. Zamieszkaliśmy na ul. Sławkowskiej, potem przeprowadziliśmy się na Powstańców, pod numer 5. Tam w 1941 roku urodził się mój syn Sławomir, który jest prawnikiem i mieszka w Warszawie. Nadal pracowałem w KKW, a żona zajmowała się domem. Kiedy powstał ZWZ, dostałem polecenie zorganizowania papieru na druk pism i ulotek. Założyliśmy zatem sklep papierniczy w narożnym domu, na ul. Przechodniej. Mieliśmy w sprzedaży papier, zeszyty, tusze do pieczątek, ołówki, ale głównym zadaniem było sprowadzanie papieru z Warszawy.

Ludzie czekający na śmierć

Od początku okupacji wykonywane były w rejonie Wołomina akcje sabotażowe. Do najważniejszych można zaliczyć niszczenie słupów telegraficznych i telefonicznych na trasie od Zielonki do Radzymina, pozyskiwanie w garbarniach skóry na podeszwy do butów dla Żołnierzy AK, ataki na gminne ośrodki zajmujące się konfiskatą bydła i zboża. Na wspomnienie zasługuje akcja wykonana przez „Skorpiona” – Jana Wojtowicza, pracownika magistratu, który 3 maja 1943 roku przez „szczekaczkę” uliczną nadał hymn narodowy i przemówienie, w którym wzywał do walki z Niemcami. W listopadzie tego samego roku „Skorpion” został aresztowany i rozstrzelany na Pawiaku.

W 1942 roku przy ulicach: Orwida i Korsaka Niemcy założyli getto. Wcześniej utworzyli Radę Żydowską, której zlecili przygotowanie spisu wszystkich mieszkańców Wołomina żydowskiego pochodzenia. Bardzo szybko zorganizowana została pomoc dla getta, można określić, że każdy miał swojego Żyda, któremu pomagał. Likwidacja getta rozpoczęła się rok później, Żydzi zostali wyrzuceni z domów i poprowadzeni do Radzymina. Opierający się, bezsilni, starzy i schorowani (w getcie panował tyfus) byli rozstrzeliwani, a potem zakopywani na terenie obecnego „Huraganu.” Tych, którzy dotarli do Radzymina, wywieziono do Treblinki. Bolesny był widok ludzi czekających na śmierć, przerażała brutalność Niemców, ludność wołomińska szczerze współczuła wywożonym w nieznane. Wtedy właśnie mój ojciec przestał być burmistrzem i wyjechał do Pruszkowa. Gdy po pewnym czasie przyjechał odwiedzić rodzinę, został aresztowany przez gestapo, oskarżony o wrogą działalność wobec narodu i państwa niemieckiego i wywieziony na Pawiak.

W Dowództwie Obwodu zdecydowano o wykupieniu ojca z więzienia. Dotarliśmy do odpowiednich ludzi, udało się z oskarżenia zrobić sprawę karną, o dawanie kartek żywnościowych osobom nieuprawnionym.Ojca przeniesiono na Mokotów, skazano na osiem miesięcy więzienia. Po odbyciu zasądzonej kary – za co go podziwiam – założył firmę papierniczą przy ul. Marszałkowskiej, róg Jasnej w Warszawie, która była bazą organizowania i pozyskiwania papieru gazetowego w rolach i przerabiania go na arkusze. Na tym właśnie papierze był drukowany Biuletyn Informacyjny, a także konspiracyjne pismo Obwodu Rajski Ptak „Na przedpolu”. Byłem wówczas współpracownikiem szefa BIPu „Wołodyjowskiego”, por. Edwarda Siemińskiego i wspólnie organizowaliśmy zespoły nasłuchu, redakcji, druku i kolportażu. Następnie biuletyny i ulotki były rozprowadzane przez kolporterów i kolejarzy na całym obszarze, aż po Bug.

Wyzwolenie – miało być lepiej

W 1944 roku rozpoczęto wysiedlanie ludności Wołomina. Za Wisłą trwało powstanie, a Niemcy ustępowali przed nacierającą Armią Radziecką. Wołomin, podobnie jak Radzymin, znalazł się w zasięgu działań wojennych, tutaj toczyła się wielka bitwa pancerne z udziałem kilkuset czołgów. We wrześniu Niemcy ponownie wkroczyli do Wołomina. Wypędzili mieszkańców na zachód, tych, którzy zostali, rozstrzeliwano. Mimo to, wraz z żoną pozostałem w mieście. W sąsiednim domu przy ul. Powstańców mieścił się szpital, kierowany przez doktora Izdebskiego i doktor Prószyńską, tam właśnie się schroniliśmy, słusznie przewidując, że Niemcy z daleka ominą dom z napisem „Uwaga! Tyfus!”. W szpitalu przeczekaliśmy najgorszy okres walk, a po drugim natarciu radzieckim Niemcy ostatecznie opuścili Wołomin. Wchodzących witaliśmy pełni nadziei – że będzie lepiej.

Wieści Podwarszawskie
rok 1997

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.