Wizyta Zofii Nałkowskiej w Wołominie

Samochód się spóźniał. Minęła pierwsza trzydzieści, później druga i jeszcze druga trzydzieści. I chyba także trzecia. Genia [Goryszewska] zatelefonowała do Wołomina 18, do tej obywatelki Haberkowej […]. Już jechał. Zepsuł się w czasie porannego objazdu terenu przez sekretarkę Partii. Ale jest naprawiony. Jest w nim Haberkowa. […] Praga. Miejsce dawnego spalonego dworca Wileńskiego, skąd od dzieciństwa szły pociągi do Wołomina. […]

Wreszcie jest coś znajomego. O, tu stała buda Fiszerów, którą przenosili ze sobą jak kuferek. Tu był dom Terechowa (Fersena). Jeszcze jest, ale inny. Wjeżdżamy w drogę leśną bez drzew. Jasno, przewiewnie, nago. Dom Okoniów (Brackich) jest. Ale ani śladu Wasiaków (Dziobaków) ani Siennickich (Fuśniaków). Pusto. Duży samochód bez wysiłku wdrapuje się na tę drogę, którą między wysokimi, ciemnymi sosnami jeździłam na [koniu] Pomidorze. Jest dom niczym nie osłonięty, zmieniony. Jakieś chorągwie i delegacje. Młodzież ze szkół z kwiatami. […] Dużo osób.

Dom – dawniej mniejszy od drzew, schowany w nich – dziś wystercza z tej nagiej górki, jest inny, bardziej murowany, ma ganki z obu stron. Wzniesienie jest obmurowane cegłami, studnia tuż przy domu, tuż mała zrujnowana budowla z cegły. Obco.

Jest mi, jakbym była widmem, powracającym po śmierci – na miejsce dzieciństwa i młodości. Ojciec, mateczka, tamci ludzie. Ależ, ależ! Z nieprzeliczonych drzew są tylko dwie sosny. Jedna sprzed okna mamy, druga sponad tarasów sadu – obie większe, stare, samotne. Z sześciu klonów, zasadzonych przed domem – jest jeden sprzed mojego niegdyś okna. Jest olbrzymi, jest niewiarygodny. Nic nie jest podobne. Stoi jeszcze dąb na tarasie z lewej, też ogromny, ale sam. Z sosen podbitych leszczynami poniżej, gdzie była ławeczka darniowa – zostały tylko leszczyny. Nie wiem, czy jest kamień, tam wówczas leżący.

Tarasy, dawniej odarniowane, teraz są podmurowane cegłą – dziwne, zrujnowane, obce. Nie ma zupełnie sadu, nie ma klombów, tylko bzy nieliczne i jedna brzoskwinia. Na miejscu dawnych brzoskwiń są schody – też obdrapane. Nic nie da się odtworzyć w tym jakimś bezładzie i zdziczeniu, zmianach.

Na dole ani osin, ani olch. Małe krzaki, nie ma wcale płotu. Łąka bez olszyn, trytwa bez drzew. […] Obywatel Surowcew robi honory, pokazuje. Jest tu gospodarzem czy raczej. Zna, zna nawet Heli [Boguszewskiej]. Coś cytuje. […] Poznaję śliczną, malutką sadzawkę, w dole, w kłębach przyziemnej zieleni krzaków. Jest taka sama, jak w czasach, gdy wodziłam na nią ufne zabawne kaczki. Nie ma wcale rowu, nie ma ogrodzenia. Nie ma grządek, truskawek, malin, żadnych warzyw.

Wracamy do domu od strony zachodniej. Nie ma sadzonych tam na tarasach leszczyn, nie ma domu Goździejewskich ani dalej domu? Są dwa inne, murowane. Nie ma domu Szcześniaków (Wiłów) ani tego, który nabył (czy tylko w nim mieszkał?) [Stanisław] Lencewicz.

Dom! Wychodzimy od tyłu, od północy. Dawny pokój jadalny, gdzie w kącie na gałęzi siedziała sowa [Wunia] – jest holem, zresztą pustym. Drzwi frontowe zabite, zasłonięte bo nie ma szyb. Dwa [okna] boczne (bo takie były we Wrotkowie!) zasłonięte muślinem. Uchylam rogu, patrzę. Zupełnie inaczej, nisko, rozlegle – i bardzo pięknie. Inaczej.

W bocznych pokojach (z lewej dawniej ojca, później moim, z prawej – salonie) mieszkają jacyś lokatorzy. Drzwi zamknięte. Tak samo pokój, który miałyśmy jako dzieci – później gościnny i umywalnia. Tego nie zobaczyłam.

Idziemy na górę do pana Surowcewa. Nic nie rozumiem. Nie ma wcale dawnych stromych z zakrętem u dołu schodów na górę. Są gdzieś indziej (na miejscu kuchni? czy pokoju ojca?) porządne załamane schody, wiodące?

[…] Te małe pokoiki i stryszki dawne znikły. Wchodzimy do dużego pokoju z dużym oknem bez balkonu. To dawny mój pokój letni od zachodu – pisanie, odwiedziny R[ygiera], Sp[asowskiego], Sz[alita], Szp[era], L[orentowicza], na długo G[orzechowskiego]. Po latach powrót – i na długo Bogusław [Kuczyński], który – już w innej postaci – jakoś jest do dziś. Całe ogromne życie nawleczone jest na to miejsce, wszystko było ważne dopiero, gdy przewleczone zostało przez Górki.

Zofia Nałkowska
Dzienniki 1945-1954. Cz. 2.

1 Komentarz

  1. Pingback: Wizyta Zofii Nałkowskiej w Wołominie | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.