(…) Po pewnym czasie awansowałem. Poznałem szefa huty, Oberscharführera Florenza Muesa, którego ranga odpowiadała stopniowi starszego sierżanta, faktycznie zaś był potężnym biznesmenem. Już przy pierwszym spotkaniu zapytał, skąd tak dobrze znam niemiecki. Powiedziałem, że od dziecka mam szczególną zdolność i upodobanie do języków obcych i że znam równie biegle angielski i francuski. To zrobiło wrażenie. Powiedziałem tak, bo zawsze wychodziłem z założenia, że udawanie miernoty nie jest najlepszą metodą i dobrze się od czasu do czasu czymś pochwalić. Musiało to wpłynąć na mój bardzo szybki awans na placowego. Z popychadła, które musiało co pięć minut otwierać ciężką bramę, stałem się paniskiem, przy którym nędzny portier był niczym. Odpowiadałem za porządek i organizację wszystkiego, co działo się na placu huty.

Autor tych wspomnień, Antonii Marianowicz, szybko odnalazł się w okupacyjnych realiach wołomińskiej huty szkła. Dla uciekiniera z getta taka praca, wolność i względne bezpieczeństwo musiały być sytuacją wymarzoną…

(…) Jako kierownik placu musiałem doglądać załadunku wagonów, co było związane z ciągłą bieganiną i troską o to, żeby była wystarczająca liczba rąk do pracy. Niemców było mało i nie bardzo dobrze sobie z tym radzili. Poza tym istniało mnóstwo spraw nie związanych bezpośrednio z produkcją, ale także z magazynowaniem czy upłynnianiem produktów ubocznych. Z węgla używanego do pieców pozostawały hałdy koksu i miału, który trzeba było usuwać z placu. Bardzo szybko znalazłem lokalnych przedsiębiorców, którzy potrzebowali opału, i wszedłem z nimi w interesy. Pieniądze były dla huty — taki był kanał oficjalny. Ale oczywiście od każdej transakcji dostawałem prowizję. Po pewnym czasie doszło do ustalenia cen na te i inne usługi wymienne. Walutą wtedy były nie tylko pieniądze, ale i wódka.

Alkohol był zapewne walutą pewniejszą i bardziej pożądaną od gotówki, a przy tym dość łatwo dostępną dla pracownika na stanowisku, które zajmował Marianowicz:

Antoni Marianowicz urodził się 23 grudnia 1923 r. w Warszawie jako Kazimierz Jerzy Berman, w zasymilowanej rodzinie żydowskiej wyznania ewangelicko-reformowanego. Ukończył Gimnazjum im. M. Reja w Warszawie, dużą maturę zdał na tajnych kompletach w 1941 r. w warszawskim getcie, gdzie rozpoczął też studia prawnicze na kursach adwokata Mieczysława Ettingera. W lipcu 1942 r. wraz z matką wydostał się z getta i używając dokumentów na nazwisko Mieczysław Chmielewski, a potem Antoni Marianowicz pracował dłuższy czas w hucie szkła w Wołominie. Swoje wojenne losy opisał w wydanej w Spółdzielni Wydawniczej “Czytelnik” książce Życie surowo wzbronione. 

Huta miała kontyngent niemiecki. Monopol spirytusowy przekazywał nam za szkło pewną ilość pełnych butelek. Huta nimi płaciła. Stworzyliśmy stały system wartości i taryfy za każdą usługę. Na przykład stacja kolejowa za podstawienie wagonu w terminie (a działała opieszale i nie było za to sankcji) dostawała dwa litry wódki. Tak naprawdę dostawali jeden litr, a drugi zabieraliśmy dla siebie. Taką zawarliśmy umowę z zawiadowcą Kapustą i dyżurnym ruchu Wójcikiem. Mówię: my, bo nigdy nie działałem w pojedynkę. Wraz z innymi urzędnikami szybko stworzyliśmy sitwę osób działających w ścisłym porozumieniu. Dziś by to można nazwać gangiem. Gangiem, nie mafią, bo nie posługiwaliśmy się przemocą. Był to gang wódczany. Będąc częścią grupy przestępczej czułem się bezpiecznie. Czułbym się, paradoksalnie, bardzo zagrożony, gdybym w tym nie uczestniczył. Nie zachwycało mnie to ani nie było mi — ekonomicznie rzecz biorąc — potrzebne. Ale zostałem przestępcą — oczywiście z punktu widzenia Trzeciej Rzeszy.

Trudno dziś ocenić, czy rzeczywiście głównym motorem działań bohatera była troska o własne bezpieczeństwo. Aspekt finansowy wydaje się być jednak dość istotny…

„Wódczany gang” tworzyło oczywiście więcej ludzi – Marianowicz wymienia jeszcze kilka nazwisk, w tym Esch (Esz), podając kilka interesujących szczegółów.

(…) Szefem gangu był niejaki Mazurkiewicz, główny buchalter. Potężna postać — wzrostu metr pięćdziesiąt w kapeluszu. Stuprocentowy inteligent — wspaniały intelekt, biegła znajomość niemieckiego, wredny charakter. Tors i głowa mężczyzny na nóżkach krasnoludka. Do ścisłych przywódców należałem też ja, mając z racji stanowiska kontakty ze światem zewnętrznym, oraz zastępca Mazurkiewicza, też inteligent, nazwiskiem Głowacki. Bezinteresownie z nami związany był jeszcze kasjer, pan Esch – folksdojcz. Mieliśmy do niego całkowite zaufanie. Codziennie robił nam prasówkę z nasłuchów radiowych. Nienawidził Niemców żywiołowo, nie mniej niż my. Opowiadał, że gdyby się wojna skończyła, to by ich mordował. A folksdojczem został w sposób bardzo szczególny. Będąc Niemcem z pochodzenia, nie chciał z tego korzystać. Jego córka należała do jakiejś organizacji, słuchała radia i została złapana na gorącym uczynku. Wtedy pan Esch zgłosił się do właściwego urzędu i powiedział, że podpisze każdą listę, byle dziewczynę puścili. I tak się stało, Niemcy na to poszli. Uwielbialiśmy go, nie wtajemniczając jednak zbytnio w nasze machlojki. Był zbyt uczciwy.

W gangu były także panie. Personalna – pani Urbańska, sekretarka szefa huty, pani Płoszczańska – obie niemłode, ale jeszcze na chodzie. Była też maszynistka i stenotypistka Helena Bilecka, młodziutka, ładna i bystra, która od razu wpadła mi w oko. Nie zwracała na mnie z początku uwagi. Co mogło osobę na takim stanowisku służbowym łączyć z nędznym odźwiernym? Patrzyłem więc tylko na nią tęsknym wzrokiem.

(…) Prawdopodobnie zadziałały tu instynktowne mechanizmy samoobronne. Czuliśmy się zagrożeni i choć głośno nikt nie mówił o powodach, chcieliśmy się trzymać razem. Motorem był, jak wspomniałem, Mazurkiewicz, człowiek stworzony do wielkich zadań. To on kiedyś powiedział mi: „Słuchaj, Tolek (tak mnie wtedy nazywano), musimy zacząć zarabiać, bo te nasze płace są śmieszne”. Nie mogłem mu powiedzieć, że mnie ta propozycja nie interesuje. I tak się zaczęło – z tym koksem, wódką, wagonami, nielegalnymi deputatami.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.