Wołomin, lata 50-te, 60-te XX wieku. Zapomniane miejsca.

Wołomin lat pięćdziesiątych XX wieku – około 19 tysięcy mieszkańców, dwa zakłady przemysłowe: Zakłady Stolarki Budowlanej i Huta Szkła. Dużo starej zabudowy, często drewnianej. Nie było osiedli mieszkaniowych ani sklepów wielkopowierzchniowych. Ulice przeważnie brukowane, marnie oświetlone. W sumie spokojne, choć już wtedy różnie mówiono o Wołominie, miasto podwarszawskie.

Stacja Wołomin. Dworzec kolejowy to drewniany budynek z wejściem od ul. Warszawskiej. Po prawej stronie był bufet, w którym można było kupić drobne słodycze, drożdżówki, oranżadę i piwo. Po lewej stronie były 2 kasy biletowe i kasa bagażowa razem z przechowalnią. Na wprost wyjście w stronę peronów. Idąc na peron mijało się dużą, żeliwną pompę. Perony były dwa, chociaż niektórzy wołominiacy pamiętają trzy perony. Kiedy wybudowano nowy peron z poczekalnią i kasami, stare perony i budynek stacji zostały wyburzone.

Jednym z najstarszych budynków w Wołominie, jest zachowany do dnia dzisiejszego, budynek kolejowy przy obecnej ul. Legionów, blisko torów. Pobudowany został w 1883 roku w czasie budowy linii kolejowej WarszawskoPetersburskiej. Tabliczka z datą budowy jest widoczna po lewej stronie wejścia do budynku.

Do dnia dzisiejszego zachowało się sporo starych domów, jak dom na rogu ulic Ogrodowej i Warszawskiej. Pobudowany w 1908 roku dla pracowników kolei. Prawie cała ulica Warszawska to domy sprzed pierwszej wojny. Inne stare domy to np. ”Willa Danuta” przy ul. Piłsudskiego pobudowana także w 1908 roku. Na tej samej ulicy, na wysokości ul. Kobyłkowskiej, stoi stary piętrowy drewniak. Kolejne to piętrowy, drewniany dom na ul. Sikorskiego i dom na ul. Kościelnej. Jest też dużo starych domów z cegły. Łatwo je poznać bo kolor i kształt cegieł są bardzo charakterystyczne.

Moja Rodzina mieszkała przy ul. Powstańców 10. Tu się urodziłam i spędziłam 25 lat życia. Samą ulicę opisałam w II tomie „Rocznika Wołomińskiego”. Chodziłam do Przedszkola Miejskiego nr 1, które od 1923 r. mieściło się na parterze budynku znajdującego się na rogu ul. Ogrodowej i ul. Paplińskiego – obecnie Wileńskiej – (budynek Icka Tajbluma). Przedszkole miało marne warunki. Lokal bez wody i kanalizacji, ciasne pokoje, ale do dzisiaj pamiętam wspaniałą wychowawczynię p. Jadwigę i kierowniczkę p. Żylińską. Plac zabaw i ogród były po drugiej stronie ulicy, tam gdzie dziś mieści się Urząd Miasta. Na spacery chodziliśmy do parku na rogu ulic Moniuszki i Legionów (wtedy Armii Ludowej). Przed II wojną, od strony dzisiejszej ul. Legionów, wzdłuż Moniuszki znajdowały się: synagoga, cheder czyli szkółka dla chłopców żydowskich i mykwa. Synagoga i cheder zostały w czasie wojny zburzone, natomiast mykwa jako łaźnia jeszcze przez wiele lat służyła mieszkańcom Wołomina. Pamiętajmy, że w tamtych latach, w Wołominie, wodociąg i kanalizacja były rzadkością.

Większe imprezy plenerowe, między innymi z udziałem przedszkolaków, organizowane były na stadionie, który wtedy znajdował się przy ul. Armii Ludowej (obecnie Legionów), pod lasem Nasfetera. W późniejszych latach, kiedy chodziłam do Szkoły Podstawowej przy ulicy Warszawskiej, na lekcje WF chodziliśmy na stadion „Kolejarza”, obecny „Huragan”. Obok stadionu znajdowały się „Glinki”,czyli stawy tzw. Pięciosążniówka i Babski Staw. Pierwszy z nich to dzisiejszy staw przy budynku klubu „Huragan”, a drugi był w miejscu gdzie obecnie stoi jeden z wieżowców osiedla „Lipińska”. Pięciosążniówka była dość głęboka, natomiast Babski Staw płytki, stąd nazwa. Na Glinki chodziliśmy się kąpać i opalać. W zimie Babski Staw zamarzał i można było jeździć po nim na łyżwach. Po drugiej stronie drogi – teraz jest to szosa – były przepiękne łąki, na których rosły fiołki i kaczeńce. Teraz są tam ogródki działkowe. Do Pięciosążniówki przylegał staw, którego właścicielem był tzw. „Józio na olejno”. Przezwisko wzięło się stąd, że pan Józef pomalował ogrodzenie olejną farbą – co było wtedy rzadkością. Pamiętam ogród bardzo sympatycznego p. Józefa (nazwiska chyba nigdy nie znałam), do którego chodziłam kupować wiśnie. Droga od obecnej szosy 1 Maja do ulicy Lipińskiej przez działki p. Józefa, kiedy kwitły wiśnie, wyglądała jak z bajki.

Z czasem Glinki zostały zabudowane. Powstało osiedle „Lipińska”, Babski Staw zniknął, a Pięciosążniówka przypomina większą kałużę. Wołomin zaczął się rozbudowywać. Na podmokłych łąkach, przy torach kolejowych zaczęto budowę osiedla „Kobyłkowska”, ale to dopiero w latach 70-tych, a na razie ul. Kobyłkowska to był kanał. Kanał był też wzdłuż torów od Wołomina w stronę Kobyłki. Przechodził on pod nasypem kolejowym prostopadle do torów. Była to ulica Kanałowa – obecnie Fieldorfa – nad którą przerzucone były, w kilku miejscach, kładki.

W latach 50-tych, na terenach przy ulicy Zakładowej i między Szosą Jadowską a Duczkowską, zaczęto budowę osiedla „Słoneczna”. Kolejne osiedle to osiedle Przedsiębiorstwa Poszukiwań Nafty i Gazu. Pobudowane zostało na terenie między ul. Sławkowską, torami kolejowymi i ul. Świerczewskiego (obecnie Armii Krajowej).

Wspominając Wołomin tamtych lat, należy przypomnieć adresy niektórych instytucji. W budynku przy ul. Warszawskiej 17, gdzie obecnie znajduje się sklep z obuwiem (od strony torów), była poczta. Po wybudowaniu i przeniesieniu poczty do budynku na rogu ul. Wileńskiej i ul. Ogrodowej, w lokalu tym było PKO, do czasu wybudowania siedziby przy ul. Legionów. Urząd Miasta mieścił się w budynku na rogu ul. Nowej i Warszawskiej. Kolejne „stare” adresy to szpital przy ul. Powstańców 3, ośrodek zdrowia na ul. Powstańców 8, sąd – ul. Powstańców 12. W rynku znajdowała się remiza strażacka. W sali remizy odbywały się różne uroczystości, akademie, występy teatrzyków, itp. Rynek w tamtych latach wyglądał inaczej. Oprócz remizy i drewnianej wieży, na środku była studnia z dużą żeliwną pompą. Na rynku odbywały się targi, do czasu przeniesienia ich na plac przy ul. 1 Maja róg ul. Mickiewicza, w 1968 roku. To na rynku, podczas odpustu, rozstawiali swoje stoiska sprzedawcy baloników, piłeczek na gumce, korkowców, wiatraczków, różnych figurek glinianych, koralików itp. Na rynku były organizowane tzw. zabawy na dechach – tańce z muzyką.

W Wołominie było jedno kino „Hel” przy ul. Warszawskiej, róg ul. Ogrodowej z wejściem od strony torów. Część mieszkalna tego budynku została kilkanaście lat temu wyburzona, a w pozostałej części mieściła się Biblioteka Pedagogiczna. Kino miało salę z balkonem i najtrudniej było dostać bilet właśnie na balkonie, a frekwencja na seansach była ogromna. Szczególnie, gdy wyświetlany był film produkcji innej niż radziecka. Sala miała poziomą podłogę, więc z widocznością z dalszych miejsc bywało różnie. Krzesła skrzypiały, a dodatkową „atrakcją” były biegające po podłodze, w czasie seansu, szczury. W sali kinowej odbywały się akademie.

Kolejnym miejscem pełniącym rolę społeczno-kulturalną był Dom Parafialny przy Kościele Matki Bożej Częstochowskiej. Tu były wystawiane spektakle Teatru Ziemi Mazowieckiej, jasełka, a także pamiętam wielkie wydarzenie – występy orkiestry Waldemara Kazaneckiego, z takimi gwiazdami jak Janusz Gniatkowski, Natasza Zylska, Carmen Moreno, Rene Glaneau, Jan Danek. Po wybudowaniu, przy Zakładach Stolarki Budowlanej, Domu Kultury, wiele imprez odbywało się właśnie tam. W stolarce koncertował wiosną 1963 roku Zespół Niebiesko-Czarni, z którym śpiewał Czesław Wydrzycki (Niemen). Oprócz Niemena występowali: Jerzy Kosela, Bernard Dornowski, Krzysztof Klenczon, Piotr Janczerski, Mirosław Bobrowski. Przez kilka lat, niestety dokładnych dat nie pamiętam, ale było to na przełomie lat 50-tych i 60-tych, w baraku na rogu ulic Armii Ludowej (obecnie Legionów) i Warszawskiej był klub ZMS. Były tam organizowane wieczorki taneczne, można było się spotkać ze znajomymi na pogaduszki przy herbacie.

W Wołominie było kilka restauracji. Na ul. Warszawskiej od strony PKP, w budynku przylegającym do Szkoły Nr 2, znajdowała się restauracja „Niespodzianka” z dużą oszkloną werandą. Do restauracji wchodziło się właśnie przez werandę. Po przeniesieniu restauracji do baraku na ul. Sienkiewicza, blisko ul. Mickiewicza (nie ma już tego budynku), lokal zajęła spółdzielnia krawiecka „Pożyteczna”. Wyrzucane ścinki krawieckie to był raj dla dziewcząt ze Szkoły nr 2. W tamtych latach nie było telewizji, komputerów, a dziewczynki bawiły się lalkami dla których same szyły kreacje. Po przeniesieniu „Pożytecznej” do siedziby przy ul. Świerczewskiego (obecnie Armii Krajowej), weranda została zlikwidowana, a lokal w budynku przerobiony na mieszkania. Restauracja „Niespodzianka” przeniesiona została z baraku na ul. Sienkiewicza do nowego budynku na ul. Mickiewicza.

Kolejna restauracja to „U Murzynka” przy ul. Mickiewicza, róg ul. Kasprzaka (teraz Kościelnej). Obecnie mieści się tam Eurobank i Bank ING. Restauracja ta była znana ze znakomitych flaków z pulpetami. Przez jakiś czas przy ul. Armii Ludowej nr 56 (obecnie Legionów) znajdowała się jadłodajnia pani Gliwnej. Do pani Gliwnej chodziło się na niedzielny obiad. To była znakomita, staropolska kuchnia, a popisowym daniem pani Gliwnej był pieczony indyk. Przy ulicy Warszawskiej na rogu Ogrodowej była restauracja tzw. „Po schodkach”, bo wejście do niej było z rogu, z kilkoma schodkami, które wychodzącym sprawiały nieraz sporo kłopotu. Obecnie w tym miejscu znajduje się sklep z używaną odzieżą. Był jeszcze bar w kamienicy, niedawno wyburzonej, przy ul. Warszawskiej obok cukierni Gilskiego.

W latach, które wspominam nie było w Wołominie dużych marketów, ale były różne sklepy i sklepiki. Zacznę od piekarni. Teraz, kiedy jest tak ogromny wybór pieczywa, wspominam piekarnię Żmudzkich – róg ul. Ogrodowej i ul. Armii Ludowej (obecnie Legionów), gdzie kupowało się chrupiące kajzerki, rogale, bułki paryskie: mniejsze (2 zł) i duże (4 zł). Chleb kosztował 3 zł. Obecne pieczywo nie umywa się smakiem do tamtego, pachnącego i z chrupiącą skórką. Mam jeszcze inne wspomnienia związane z piekarnią pp. Żmudzkich. Zawsze przed świętami ciasta pieczone były w piekarni. Po wyjęciu z pieca ostatniej partii chleba, do pieca wstawiane były blachy z ciastami przyniesionymi przez znajome panie pp. Żmudzkich. Dzieci towarzyszące matkom przysypiały na stolnicach przykrywających dzieże do ciasta, czekając na koniec pieczenia.

Na ulicy Kasprzaka (teraz Kościelna), po lewej stronie, w drewnianym baraku była piekarnia Streicha. W tym miejscu jest teraz budynek mieszkalny ze sklepami na parterze. Po prawej stronie ulicy była piekarnia Podpory, a zaraz za nią piekarnia Szymaniaka (w tym miejscu jest obecnie pasmanteria). W rynku znajdowała się piekarnia Kiełczykowskich. Były też piekarnie Domurata: jedna na obecnej ul. Wileńskiej w sąsiedztwie budynku milicji, a druga przez jakiś czas na ul. Warszawskiej vis a vis sklepu Makuły i piekarnia p. Kakitka na ul. Armii Ludowej (Legionów) na wysokości ul.Traugutta.

Warzywniaki były inne niż obecne. Poza warzywami i owocami można było kupić w nich nabiał, pieczywo, kolorową oranżadę, przyprawy, zapachy do ciast, suszone grzyby, śliwki itd. Również drobne cukierki w kształcie misiów, świnek, laleczek, a w słojach stały kasze, fasola i groch. Taki warzywniak miała p. Marysia Wierecka w baraku na rogu ul. Armii Ludowej (Legionów) i ul. Kasprzaka (Kościelna). Wejście do sklepu znajdowało się przy kasztanie na którym również i dzisiaj wiesza się nekrologi. Na tym samym rogu mieścił się okrągły kiosk z prasą i papierosami na sztuki p. Rzeczkowskiego. Pani Marysia mieszkała w czworaku ocalałym z majątku Wojciechowskich na tzw. Wiśniosze. Kolejny warzywniak, to sklepik pp. Jastrzębskich na ul. Paplińskiego (obecnie Wileńska), naprzeciw obecnej Spółdzielni Lekarskiej. Charakterystyczne w tych sklepach były duże dębowe beczki z kiszoną kapustą i ogórkami. Na ladach białe sery i stojące duże gliniane gary albo wiadra ze śmietaną oraz słoje z żurem. Kolejny tego typu sklep to sklep Przedpełskich na rogu ul. Nowej i ul.Warszawskiej. Do niego to biegaliśmy ze szkoły na oranżadę.

Nieco innego rodzaju sklepem był sklep tzw. Cioci Józi na Armii Ludowej (Legionów), na wysokości ul. Ogrodowej. Oprócz owoców, oranżady, wody sodowej w syfonach, słodyczy, sezamków, lizaków, makagigi (czyli placuszków miodowo makowych), drobnych cukierków w różnych kształtach robionych z krochmalu i farbki, było drewno na opał kupowane na pęczki. U Cioci Józi można było kupić również tanie wina np. tzw. „patykiem pisane”, czy „truskawkowe kapslowane”. „Owocarnia” – taki był szyld – to sklep pp. Żmudzkich na ulicy Armii Ludowej (Legionów), między ul. Paplińskiego (Wileńska) i ul. Warszawską. Obecnie jest tu zupełnie inna zabudowa, bo wszystkie domy na tym odcinku zostały wyburzone. W „Owocarni” oprócz owoców były różnego rodzaju słodycze. Po wejściu do sklepu, po prawej widziało się słoje z dropsami, cukierkami ślazowym, grylażowymi, iryskami, krówkami śmietankowymi sprzedawanymi na sztuki, ogromnymi żółtymi, czerwonymi, zielonymi landrynkami. Na wprost była lada obita blachą, na której znajdowały się myte automatycznie szklanki oraz był kran z wodą sodową, zimną i tak gazowaną, że szczypała w nos. Można było kupić wodę czystą lub z sokiem. Natomiast po lewej stronie sklepu królowały ciastka. Cudowne, duże ptysie z bitą śmietaną, wielkie kruche rozpływające się w ustach bezy z kremem i eklerki z bitą śmietaną polane czekoladą. Były też inne ciastka, ale tamte były najlepsze. Często wracając ze szkoły (koniec lat pięćdziesiątych i początek sześćdziesiątych), wstępowaliśmy do „Owocarni” na ciastka i wodę sodową.

Niedaleko „Owocarni”, w piętrowym drewniaku pomalowanym na bordowo, znajdował się sklep Świtało-Kopczyńska. Oferował on owoce, słodycze oraz, między innymi, duży wybór lizaków. Zaraz obok, miała sklep z ciastkami p. Stępińska, a także był sklep p. Mieczysława Grejko. Wspominając sklepy ze słodyczami, nie można pominąć cukierni pp. Gilskich. Mieściła się ona w budynku niedawno wyburzonym, przy ul. Warszawskiej (od strony torów). Po wejściu do cukierni, po lewej stronie zauważało się ladę z lodami: śmietankowymi, waniliowymi, czekoladowymi, owocowymi, ale przede wszystkim, nie często spotykanymi w tamtych czasach, lodami pistacjowymi. Nakładał je do prostokątnych wafli p. Gilski. Jeżeli kupowało się jedną kulkę, to dostawało się ją w waflowym rożku. Może to efekt upływu czasu i wspomnień, ale takich wspaniałych lodów dzisiaj już nie ma. Za ladą z lodami stały gabloty z ciastkami. Kilka rodzajów tortowych, ciastka ponczowe, babeczki z budyniem, szarlotki, serniki, no i pączki – puszyste i lukrowane. W Tłusty Czwartek przed cukiernią Gilskich stała długa kolejka. Wszyscy chcieli pączki od Gilskich. Po prawej stronie sklepu, do ściany przymocowana była półka, przy której można było stanąć i zjeść ciastko.

Sklepem, który dobrze pamiętam był sklep spożywczy na ul. Armii Ludowej (Legionów) naprzeciw obecnej Kościelnej, tam gdzie teraz jest sklep spożywczo-garmażeryjny. Przy wejściu po prawej stronie stały beczki ze śledziami, kapustą kiszoną, ogórkami kiszonymi. Po lewej stronie była lada, na której zawsze leżały: bryła marmolady, bryła kolorowych galaretek (biała, czerwona, zielona, żółta) i blok chałwy. Często stały też skrzynki z wędzonymi szprotkami i piklingami. Obok tego wszystkiego, na ladzie leżała szynka z dużą warstwą tłuszczu. Oczywiście były też towary typowe dla sklepów spożywczych, takie jak mąka, cukier, itp. Kolejny sklep spożywczy był na Armii Ludowej (Legionów), gdzie teraz jest księgarnia i na Armii Ludowej (Legionów), blisko ul. Ogrodowej, tam gdzie teraz jest sklep z materiałami. Ten sklep nazywano „u Blondyn” z racji koloru włosów sprzedających tam ekspedientek.

Na ul. Kasprzaka (Kościelna), obok piekarni Szymaniaka, miała sklep p. Henryka Suchodolska. Można tam było kupić owoce, słodycze, oranżadę, wyroby czekoladowe, a przed Świętami Wielkanocnymi na wystawie stały święconki zrobione z marcepana. Innego rodzaju sklepem był znajdujący się na rogu ul. Kasprzaka (Kościelnej) i ul. Przechodniej, sklep p. Felicji Rebandel. Przy kasie siedziała zawsze elegancka właścicielka, natomiast radą i pomocą w wyborze alkoholu służył pan Kazimierz Dobrowolski. Tu oprócz alkoholu kupowało się np. aromaty do ciast, nalewane przez p. Dobrowolskiego, z dużych butli, przez mały lejeczek, do przyniesionych butelek.

Pamiętam jeszcze jeden, nieduży sklep spożywczy na ul. Armii Ludowej (Legionów), niedaleko ul. Kasprzaka (Kościelna) w budynku niedawno wyburzonym. Oprócz drobnych artykułów spożywczych, wędlin, słodyczy, można było tam kupić wino, a niedaleko lady stał, na kuchence elektrycznej, czajnik z grzanym piwem. Oczywiście było też piwo z dużych drewnianych beczek. Zapamiętane sklepy mięsne to: róg ul. Lipińskiej i ul. Armii Ludowej (Legionów), róg ul. Warszawskiej i ul. Nowej, sklep na ul. Armii Ludowej (Legionów) blisko ul. Paplińskiego (Wileńska) w drewniaku, w którym był później sklep Uniwersum. Sprzedawali w nich przedwojenni rzeźnicy – panowie Zawisza, Ciuk, Socik. I jeszcze tania jatka p.Wojciechowskiego, w nieistniejącym już budynku, przy ul. Wileńskiej (obecnie) róg ul. Chopina.

Materiały piśmienne kupowało się u p. Prokopczukowej albo u p. Makuły. Pani Prokopczukowa miała sklep w drewniaku na rogu ul. Paplińskiego (Wileńska) i ul. Armii Ludowej (Legionów). Sklep był niewielki, ale z dużym wyborem towarów. Kredki, ołówki, kolorowe papiery do obkładania zeszytów, naklejki, bibuły, temperówki, obsadki do stalówek – tańsze i droższe, a także te bardzo drogie z wzorkiem „pawie oczko” mieniącym się w oczach, arkusze z wycinankami itd. Przed Świętami Bożego Narodzenia były tam pęki lamety, tzw. anielski włos, bombki, naklejki z aniołkami, krasnoludkami, różne srebrne i złote ozdoby choinkowe. Obok sklepu p. Prokopczukowej, od strony ul. Armii Ludowej (Legionów) był kiosk z gazetami w którym sprzedawał p. Tadeusz Sikorski. U p. Makuły było chyba jeszcze więcej towaru, większy wybór zeszytów, piórników, kredek, ołówków oraz różne rodzaje atramentu, ale też kolorowe papiery, krepiny, bibułki, papier tzw. glansowany (w arkuszach i w zeszytach), pergaminy, brystole, kalki techniczne itp. Pod koniec wakacji przed sklepem p. Makuły stała zawsze długa kolejka.

Na ul. Przechodniej był jeszcze sklep papierniczy pp. Cicheckich. Materiały piśmienne można było też kupić w księgarni „Świt” na ul. Kasprzaka (Kościelna). W tym miejscu jest teraz sklep odzieżowy. Księgarnia ta, to było chyba jedyne miejsce w Wołominie z książkami i podręcznikami szkolnymi. Po podręczniki trzeba było odstać w kolejce, no a książki – szczególnie te „lepsze” – ciężko było kupić bez „znajomości”. Patrząc teraz na pryzmy książek, nie tylko w księgarniach, trudno uwierzyć, że wtedy książka była rarytasem.

W tamtych latach były w Wołominie trzy apteki. Największa p. Olechowskiego na rogu ul. Mickiewicza i ul. Kasprzaka (Kościelna), gdzie teraz znajduje się bank. Lokal umeblowany był w piękne stare regały, w których stały pojemniki z naklejonymi na nich niezrozumiałymi dla nas, nazwami. Następnie apteka na rogu ul. Miłej i ul. Daszyńskiego oraz punkt apteczny na ul. Warszawskiej, od strony torów, obok cukierni p. Gilskiego. Pamiętam, że sprzedawał tam p. Klukacz. Na obecnej ulicy Legionów, pod numerem 20, był skład apteczny pp. Raczyńskich. Sklep miał ciemne umeblowanie, typowe dla ówczesnych sklepów kolonialnych, aptek czy drogerii. Solidna, ciężka konstrukcja złożona z szuflad, szufladek, półek, półeczek, oszklonych gablotek i szafeczek. Lada była oszklona, a w niej obiekt westchnień dziewczyn: cekiny i różne koraliki. Nie wiem dlaczego był to skład apteczny, ale ja zapamiętałam, że tam kupowało się mydło „Biały jeleń”, które było krojone z dużego bloku oraz farbkę do prania. Na ulicy Kasprzaka (Kościelnej) w rynku, był też skład apteczny p. Stefana Matrasia.

Wspominając sklepy, nie można pominąć sklepu p. Mereczyńskiej na ul. Kasprzaka (Kościelna), w domu którego już nie ma, a który stał w miejscu obecnego pod numerem 19. Sklep z drobną odzieżą, pasmanterią, obuwiem domowym i różnymi dodatkami, jak chustki, apaszki, nakrycia głowy. Został on z czasem przeniesiony do lokalu na rogu ul. Warszawskiej i ul. Ogrodowej, gdzie obecnie znajduje się biuro podróży. Był też na rogu ul. Kasprzaka (Kościelna) i ul. Daszyńskiego sklep pp. Końskich. Tu kupowało się np. miski, ale również bywała tam wełna. W latach 50-tych i 60-tych było w Wołominie, oprócz sklepów, wiele zakładów rzemieślniczych. Na obecnej ulicy Kościelnej miał zakład fotograficzny p. Buchcar, p. Ścińska, p. Jurkiewicz (po lewej stronie ulicy, gdzie teraz jest pasmanteria), a przy ul. Warszawskiej, z wejściem od strony torów, p. Zarzycki (znajduje się tam obecnie lokal z lodami). Buty można było naprawić u p. Suzdorfa na ul. Armii Ludowej (Legionów), gdzie do niedawna mieścił się sklep z zabawkami, albo naprzeciwko u p. Zbrzeźnego (tamtego domu już nie ma). W rynku miał swój zakład szewc Trojanek, a przy stacji PKP, z wejściem na rogu ul. Chopina, przez wiele lat zakład szewski mieli bracia Józef i Franciszek Dębscy.

Na ul. Kasprzaka 22 (Kościelna), w budynku blisko wejścia na teren „Rolnika” zakład ślusarski miał p. Borsuk. Tu można było naprawić rower, a p. Borsuk, wezwany, przychodził także naprawić zamek w drzwiach. Bieliznę nosiło się do magla na ul. Armii Ludowej (Legionów). Były dwa magle, jeden obok sklepu Cioci Józi, drugi tam gdzie teraz znajduje się sklep elektryczny. Pamiętam obie panie maglarki, a szczególnie jedną, niską, korpulentną. Podziwiałam siłę z jaką wprawiała w ruch wielką maglownicę, która zajmowała niemal całe pomieszczenie.

I jeszcze jeden rzemieślnik, którego zawsze miło wspominam. To p. Józef Gmurek – fryzjer. Swój zakład miał w drewnianym domu na ul. Armii Ludowej, niedaleko ul. Warszawskiej. Później zakład został przeniesiony na ul. Ogrodową 9. Od dziecka pamiętam p. Gmurka, jak sadzał mnie na specjalnym taborecie i obcinał mi włosy. W czasach licealnych biegałyśmy z koleżankami do p. Gmurka, bo młode adeptki fryzjerstwa czesały nas bezpłatnie w ramach szkolenia.

Jest to tylko garść wspomnień, bo o Wołominie, z tamtych lat, można by jeszcze wiele opowiedzieć.

Teresa Rogulska
„Rocznik Wołomiński”
tom XII, 2016

1 Komentarz

  1. F.P.

    Jeśli chodzi o postać pana „Józia na olejno”, to od jednej z najstarszych mieszkanek ulicy Korsaka wiem, że pan Józef malował na olejno nie tylko płot, ale także lamperie we wnętrzach, i właściwie co tylko się dało. Polecał to także sąsiadom i znajomym, wierząc że farba olejna (gładka i łatwo zmywalna) to najlepszy sposób na utrzymanie czystości i zabezpieczenie przed bakteriami chrobotwórczymi. Słyszałam również, że przezwisko na tyle przylgnęło do pana Józefa, iż niewtajemniczeni byli przekonani, że Naolejno to nazwisko. Pan Józef Naolejno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.